Kilka lat temu w Teatrze Dramatycznym miałem okazję podpatrzeć jej pracę przy spektaklu „Borys Godunow”. Karczmarka. Rola drugoplanowa. Nic wielkiego. Mimo to, zwróciła moją uwagę. Uwielbiałem patrzeć jak się przeistacza co wieczór (a było z czego – uczestniczyła wtedy w telewizyjnym show), jak odpoczywa w swojej roli, jak kocha swoją pracę. Na każdej próbie czekałem na jej scenę, wiedziałem, że coś tam dołoży, coś zmieni, że się odda w stu procentach. Wieczorem oglądałem ją w telewizji, była wtedy taka „nieosiągalna”. Nigdy nie zapomnę jak na bankiecie po premierze, ona jedyna nie zapomniała o nas, asystentach. Totalnie mnie zaskoczyła. Każdego dnia wtedy myślałem, że nas nie specjalnie lubi. Miałem łzy w oczach… Jakiś czas potem jej filmowa kariera wystrzeliła – „Sala samobójców”, „Róża”, „Krew z krwi”, „Drogówka” i wreszcie „Ida”. Z przyjemnością patrzyłem na jej role. Każda inna, ale też w każdej z nich, jej aktorski talent mienił się różnymi kolorami i odcieniami. To, że ma wielki talent nie podlega żadnej wątpliwości, ale nie to stanowi o jej wyjątkowości – wszak kilkadziesiąt utalentowanych osób rodzi się w każdym pokoleniu. Ona – jak mało kto w polskiej rzeczywistości – z roli na rolę rozwija się coraz bardziej. Nie wiem w jaki sposób to robi – to na zawsze pozostanie jej zawodową tajemnicą. Ktoś mógłby powiedzieć, a po co się ma rozwijać, jest wielką aktorką i po prostu gra. Nic bardziej mylnego, aktor – nawet „wielki”, a może właśnie, „wielki” – nigdy nie może poczuć się bezpiecznie, nigdy nie może spocząć, nigdy nie może powiedzieć, sobie, że oto już wszystko umie, wszystko wie. Aktorstwo to ciągła podróż w nieznane, bez ubezpieczenia i zagwarantowanych hoteli. Ona, mam wrażenie, świetnie to rozumie i rusza w te podróże z niezmienną pokorą i wiarą, że w każdej podróży tylko jedno ma na pewno zagwarantowane – wspaniałą przygodę i swoje emocje, które skwapliwie zbiera do plecaczka, jak przedszkolak liście do swojego zielniczka. Czy te podróże zawsze są przyjemne? Patrząc na jej ostatnią rolę u Pawlikowskiego, a i te u Smarzewskiego, śmiem twierdzić, że niekoniecznie. Żeby zagrać takie skomplikowane i tragiczne postaci, trzeba się przecież bezwzględnie zagłębić w siebie, a przecież nigdy nie wiadomo, co tam można w sobie znaleźć, do czego się można dokopać. Tę cenę za wykonywanie tego zawodu musi jednak zapłacić każdy, kto się na niego decyduje. Nigdy nie zapomnę jej roli w „Idzie”. Do dzisiaj dźwięczy mi w uszach jej kwestia „jeśli tam pojedziesz, może się okazać, że Boga nie ma” a w głowie ciągle widzę jej dwie twarze, jedną lekko uśmiechniętą, w chustce – trochę jakby z filmów włoskiego realizmu i tę drugą z lasu, gdy siedzi i w milczeniu czeka… wielu aktorów oszukuje, gra swoimi sposobami, mizdrzy się do kamery, ona nigdy. Nie widziałem, żeby poszła na łatwiznę. Jest ze mną, widzem, w stu procentach tu i teraz. O ile jest to w miarę łatwe w teatrze, o tyle w filmie już niekoniecznie – wszak sceny nie są kręcone w porządku linearnym. Tak więc jej koncentracja, precyzja, pełna ludzka obecność, świadczą o tym jak wielką pracę włożyła w swoją rolę. Jeśli wierzyć w powiedzenie – „aktor się męczy, widz się nie męczy i odwrotnie” – musiała tę rolę bardzo przeżyć. Ale na pewno było warto i nie tylko z powodu deszczu filmowych nagród, które są w zawodzie aktora bardzo ważne, ale nie najważniejsze. Czego mogę na koniec życzyć Agacie Kuleszy, bo o niej tu mowa? Na pewno wielkiej roli w teatrze… wciąż na nią bardzo czekam. Jednakże, nie roli „znanej i popularnej lokomotywy” w kolejnym średnim przedstawieniu, ale prawdziwej roli dramatycznej, która będzie odpowiadała skali jej talentu.