Świąteczny bigos z kolędami – „Betlejem polskie” Rydla/Szumskiego z Teatru im. Osterwy w Lublinie (FA 2026 cz. IV)

Zdj. M. Majer

Jako że nie do końca mogłem się rozeznać w fabule spektaklu Rafała Szumskiego, postanowiłem najpierw przeczytać „Betlejem polskie” Lucjana Rydla. Dramat ten – w telegraficznym skrócie – to patriotyczne jasełka, w których biblijna historia narodzin Chrystusa zostaje przeniesiona w polskie realia. W pierwszym akcie pasterze dowiadują się od aniołów o przyjściu na świat Zbawiciela i wyruszają do Betlejem z darami, śpiewając kolędy i tańcząc krakowiaka. Drugi akt rozgrywa się na dworze Heroda, tu okrutnego tyrana i prześladowcy podbitego narodu. Jego rozkazy dotyczące zakazu używania ojczystego języka, odbierania ziemi i prześladowania religii stanowią czytelne aluzje do sytuacji Polaków pod zaborami. Gdy Herod dowiaduje się o narodzinach nowego Króla, pojawia się Szatan, który namawia go do wymordowania wszystkich nowo narodzonych dzieci, aby wśród nich zgładzić także Chrystusa. Herod ulega jego podszeptom i wydaje rozkaz rzezi niewiniątek, nie oszczędzając nawet własnego syna. Ostatecznie sam ginie z ręki Śmierci, a Szatan porywa go do piekła.

W trzecim akcie akcja przenosi się do szopki ustawionej w zimowym pejzażu Krakowa, u stóp Wawelu. Do Dzieciątka przybywają przedstawiciele polskiego ludu, rzemieślnicy, królowie, rycerze i bohaterowie narodowi, składając Mu dary i oddając pokłon. Pochód dawnej świetności Rzeczypospolitej stopniowo ustępuje obrazom narodowego cierpienia: pojawiają się prześladowani unici, mieszkańcy Wielkopolski oraz dzieci karane za mówienie po polsku. Maryja, przemieniona w Matkę Boską Częstochowską, Królową Polski, otacza wszystkich swoim płaszczem i błaga Jezusa o zakończenie niewoli narodu. W finale Dzieciątko błogosławi zgromadzonym. W ten sposób tradycyjne jasełka przeobrażają się w patriotyczne misterium, w którym historia narodzin Chrystusa staje się opowieścią o polskim cierpieniu, narodowej wspólnocie i nadziei na odzyskanie niepodległości.

Spektakl Rafała Szumskiego z Teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie zachowuje zasadniczy schemat jasełek Lucjana Rydla, ale nadaje im współczesną formę i zmienia wymowę finału. W pierwszej części pasterze, posługujący się stylizowaną gwarą ludową o wyraźnie góralskiej proweniencji, dowiadują się o narodzinach Chrystusa i przygotowują się do wyprawy do Betlejem. Opowieść rozgrywa się w atmosferze ludowego święta, z muzyką, tańcem i kolędami wykonywanymi również w nowoczesnych, elektronicznych aranżacjach. Następnie pojawia się Herod, bezwzględny władca, dla którego narodziny nowego Króla stanowią zagrożenie. Jasełkowa historia zderza się tu z obrazem przemocy, tyranii i nadużywania władzy, a jej powagę przełamują groteskowe intermedia, między innymi pojedynek Twardowskiego z Diabłem, rozegrany przy użyciu szabli i parasolki. Największa zmiana następuje jednak w trzecim akcie, zatytułowanym „Modlitwa o dzień dzisiejszy”, który na potrzeby przedstawienia zaadaptował i uzupełnił Maciej Wojtyszko. Zamiast tradycyjnego pochodu polskich królów, rycerzy i męczenników narodowych do szopki przybywają współcześni ludzie, zwracający się już nie tylko do Dzieciątka, lecz także bezpośrednio do publiczności. Ich wypowiedzi dotyczą dzisiejszych podziałów społecznych, nietolerancji, pochodzenia, religii, płci, koloru skóry, wojny i edukacji. Dawna modlitwa o wyzwolenie Polski spod zaborów zostaje zastąpiona apelem o przezwyciężenie wzajemnej wrogości i odbudowanie wspólnoty.

Niestety, na scenie rzecz cała nie wygląda już tak dobrze i klarownie jak w opisie. Choć zaczyna się wspaniale. Maciek (Michał Czyż) czysto i przejrzyście wprowadza wątek pasterzy, którzy otrzymują wiadomość o narodzeniu Pańskim i wyruszają, by pokłonić się Dzieciątku. W tę historię zostaje również wpleciony nieobecny u Rydla wątek miłosny Maćka i jednej z dziewcząt. Świetnym pomysłem okazują się owce wycięte z płaskich, białych płyt, przypominające dziecięce wycinanki albo figurki z papierowej szopki. Ich sylwetki, sprowadzone do kilku prostych, obłych kształtów, są jednocześnie zabawne i niezwykle wdzięczne scenicznie. Najważniejsze jednak, że w odpowiednich momentach rozświetlają się im oczy, budując magiczną, nieco tajemniczą i niejednoznaczną atmosferę scenicznych wydarzeń. Zderzenie tej osobliwej aury z komizmem całego pasterskiego wątku daje znakomite rezultaty, a tak pomyślany prolog wiele obiecuje.

Obietnice te okazują się jednak bez pokrycia, bo środkowa część spektaklu jest właściwie niezrozumiała. Pojawia się Herod, którego osobiście przez większą część sceny brałem za Boga. Nie wiadomo też, skąd bierze się Diabeł, o którym napiszę jeszcze osobno, bo jego sceniczna wersja jest dość kuriozalna. Pojawiają się również dwie kobiety, z których jedna jest z pewnością Maryją, matką Jezusa, druga Marylin Monroe, ale do dziś nie wiem, która. Do tego dochodzą interludia, choćby scena z Twardowskim, których funkcja w przedstawieniu pozostaje niejasna. Słowem, Rafał Szumski wybiera z dramatu Rydla rozmaite fragmenty, ale nie potrafi nadać im spójnej dramaturgii. Brakuje przede wszystkim jasnej ekspozycji postaci. U Rydla historia Heroda i następujące po niej komiczne intermedia są wyraźnie rozdzielone, nawet dosłownie – opadającą kurtyną. Szumski traktuje je natomiast jak kolejne ogniwa jednej, linearnej narracji, sugerując związki przyczynowo-skutkowe, których w oryginalnym tekście po prostu nie ma. Dziękowałem więc Bogu, gdy w trzeciej części spektaklu pasterze dotarli wreszcie do stajenki. Wszystko znów zaczęło układać się w jakąś sensowną całość. Także finał, oparty na nieco oczywistym i infantylnym tekście dopisanym przez Macieja Wojtyszkę, miał swoje znaczenie i czytelną formę. Była to prawdziwa ulga.

Forma zresztą to kolejny problem tego spektaklu, bo na moje oko Rafał Szumski zatrzymał się tu w połowie drogi. Celem wydaje się tu bowiem nowoczesny, nieco campowy musical, który z jednej strony zachowa piękno i radość tradycyjnej opowieści o narodzeniu Pańskim, z drugiej zaś przedstawi ją dynamicznie, z przewrotnym nerwem i odrobiną szaleństwa. Chodzi, jak rozumiem, o to, by przywrócić świeżość tej niezwykłej historii, która padła ofiarą zarówno postępującej sekularyzacji społeczeństwa, jak i grafomanii oraz nadętej pobożności, z jaką opowiadają ją sami wierni. I świetnie, tylko trzeba było pójść za ciosem: jeszcze bardziej odrealnić tę opowieść, rozwinąć komizm mający swe nieco szalone źródło w interludiach, pozwolić sobie na szalone skojarzenia i ekscentryczne pomysły, takie jak choćby owe świecące oczami owce. Tego jednak zabrakło. Ekscentryzm sprowadził się właściwie do dość żałośnie, a przy tym nieco homofobicznie przedstawionej postaci Diabła (dajcie panu Rusinowi jakieś inne majtki, czy naprawdę nie widzicie, że są one po prostu za małe?), surrealizm zaś skończył się na owcach. Osobnym problemem są kolędy, które już u Rydla stanowią integralną część dramaturgii, tu zaś pełnią funkcję musicalowych kupletów. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nowoczesnym elektronicznym aranżacjom towarzyszyła równie odważna interpretacja sceniczna. Tymczasem ich religijny charakter najwyraźniej onieśmiela twórców, którzy wykonują je niemal po bożemu, z nabożną powagą zupełnie nieprzystającą do proponowanej konwencji. W sumie nawet to rozumiem. We współczesnym Lublinie łatwo przecież o obrazę uczuć religijnych, a jeszcze łatwiej o lęk przed oskarżeniem o ich obrazę.

Mimo tych wszystkich narzekań spektakl lubelskiego teatru oglądało się całkiem wdzięcznie. I tak sobie myślę, że gdyby był grudzień, a nie październik, pewnie nawet by mi się to wszystko podobało. W końcu w wigilijną noc nawet teatralny krytyk zaczyna mówić ludzkim głosem.