
zdj. Raynaud de Lage/FdA
W jednej ze scen spektaklu pojawia się akwarium z wodą. Performerka będąca główną bohaterką tego epizodu podkłada pod nie telefon z włączoną kamerą, dodając jednocześnie substancję, która zabarwia wodę na niebiesko, a właściwie na lazurowo. Następnie wrzuca do akwarium różne rzeczy, zaśmiecając je do granic możliwości, potem zaś symuluje sikanie do niego, żeby w końcu zanurzyć w nim głowę, oczywiście w goglach do pływania i z fajką do nurkowania. Scenie tej przygląda się grupa biernych i nieco zblazowanych syren, w które chwilę wcześniej przeobrazili się performerzy grający uchodźców, owijając się wielkimi płatami czarnej folii. To rzeczywistość waszego ukochanego Morza Śródziemnego, zdaje się mówić Rébecca Chaillon, do tego właśnie doprowadzacie swoimi absolutnie niedopuszczalnymi i często żenującymi zachowaniami. I chociaż robicie to bardziej w sferze prywatnej niż publicznej, konsekwencje tych działań są zawsze ze sobą mocno powiązane: śmieci w morzu – globalne ocieplenie – wojny i miejsca, w których nie da się już żyć – migracje – więcej śmieci w morzu…
Opisuję tę scenę, gdyż spektakl Rébekki Chaillon zbudowany jest właśnie z takich obrazów, składających się na panoramę problemów współczesnego świata. Warto jednak zauważyć, że większość z nich zaczyna się właśnie od indywidualnego doświadczenia, by następnie stać się opowieścią o systemowych źródłach wykluczenia i przemocy. Każda scena odsłania kolejny mechanizm podtrzymujący istniejący porządek. Kluczem zaś do zrozumienia tego, co Chaillon próbuje z tym porządkiem zrobić, jest dystopijna powieść Octavii E. Butler „Przypowieść o siewcy”. Jej akcja rozgrywa się w niedalekiej przyszłości, w Ameryce dotkniętej katastrofą klimatyczną, ekonomiczną i społeczną. Bohaterka powieści, Lauren Olamina, traci rodzinę i dom, po czym wyrusza w drogę, podczas której dołączają do niej kolejni nomadzi, podobnie jak ona pozbawieni dotychczasowego życia. Z czasem tworzą wspólnotę, której spoiwem staje się wymyślona przez Lauren nowa religia, Earthseed, oparta na przekonaniu, że jedyną stałą zasadą świata jest zmiana. Katastrofa prowadzi więc u Butler nie tylko do rozpadu starego porządku, ale także do narodzin nowej wspólnoty, a wraz z nią – nowej wiary.
Rébecca Chaillon, wymyślając swoje przedstawienie, skrzętnie skorzystała z tego modelu, tyle że zamiast umieścić akcję w dystopijnej przyszłości, postawiła na teraźniejszość. Wybór jak najbardziej słuszny i logiczny, zważywszy, że portretowana przez nią katastrofa dzieje się na naszych oczach. Role nomadów odgrywa tu siedmioro performerek i performerów pod przewodnictwem samej reżyserki, która przez chwilę nawet pojawia się osobiście na scenie. Nie są to jednak osoby, które straciły swoje dotychczasowe życie – przynajmniej niczego takiego się o nich nie dowiadujemy – lecz osoby z różnych powodów społecznie wykluczone: ciałopozytywne, LGBT+ czy imigranckie. To niezwykle interesujące, bo życiowe doświadczenie performerów z jednej strony buduje podstawową narrację przedstawienia, z drugiej zaś wprowadza napięcie między tym, co fikcyjne, a tym, co rzeczywiste. To napięcie między fikcją a rzeczywistością sprawia, że przedstawienie traci bezpieczny dystans: za wykluczeniem scenicznych postaci cały czas majaczy rzeczywiste doświadczenie performerów. Dość powiedzieć, że pierwszą definicję zbiorowego narratora spektaklu możemy sprowadzić do szerokiego określenia: wykluczeni. Kiedy Rébecca Chaillon wchodzi na scenę, a jedna z performerek określa ją jako swoją szefową, pojawia się z kolei wątek autoteatralny. Do określeń zbiorowego narratora dochodzi kolejne: artyści. Jest jednak jeszcze jedna tożsamość tej grupy, obecna właściwie od pierwszego spojrzenia na scenę. Performerzy są bowiem również pracownikami fikcyjnego koncernu mleczarskiego, produkującego masło marki „Re-sident”. Nazwa odsyła zarówno do imigranckiego statusu rezydenta, jak i do istniejącej naprawdę marki masła Président. Podobny zabieg Rébecca Chaillon zastosowała już w spektaklu „Carte noire nommée désir”, wykorzystując nazwę i reklamowy wizerunek popularnej marki kawy Carte Noire. Wykluczeni i artyści okazują się więc jednocześnie pracownikami korporacji.
Spektakl rozpoczyna degustacja masła. Jedna z performerek, wystylizowana na mleczarkę z obrazu Vermeera, częstuje nim wchodzącą publiczność, pytając, czy jest smaczne i wystarczająco słone. Degustacja odbywa się na tle scenografii (znakomita praca Camille Riquier), w której ten sam motyw został zwielokrotniony do monstrualnych rozmiarów: przestrzeń organizują wielka bryła masła uformowana na kształt kobiecej piersi oraz stojąca pionowo kostka pełniąca funkcję ekranu. Masło pojawia się więc początkowo jako produkt „Re-sident”, by za sprawą kolejnych scenicznych działań stopniowo obrastać w nowe znaczenia. Kiedy na przykład na kostce-ekranie zaczynają pojawiać się nowe przykazania, przypomina ona tablice Mojżesza, a samo masło przestaje być wyłącznie korporacyjnym produktem i staje się jednym ze znaków rodzącej się religii.
Religijny trop wpisany jest zresztą w przedstawienie od samego początku, już w jego tytule. „La Parabole du Seum” odsyła wprost do „Przypowieści o siewcy” Butler, tyle że miejsce siewcy zajmuje u Rébekki Chaillon – „Seum” – slangowe określenie gniewu, frustracji i poczucia krzywdy. Nie bez znaczenia jest przy tym fakt, że słówko to narodziło się z potrzeby stworzenia własnego języka, zdolnego nazwać doświadczenia, dla których ten już istniejący okazał się niewystarczający. Podobny mechanizm uruchamia Rébecca Chaillon w swoim spektaklu: w miejsce Earthseed i Butlerowskiej wiary w zmianę pojawia się „Seum”, które zamiast rozbić grupę, staje się materiałem do budowania wspólnoty. Z niego rodzą się bunt, nowe przykazania i nowe rytuały. Jednym z nich jest finałowy wspólny wyrób masła. Produkt, którego na początku publiczność miała jedynie spróbować i ocenić jego smak, teraz powstaje na naszych oczach dzięki wspólnej pracy performerów. Trudno nie pomyśleć, że owym finałowym masłem jest również sam spektakl – wspólnie uformowana opowieść, będąca zarazem esencją ewangelii gniewu. Tak jak z mleka powstaje masło, tak z doświadczenia wykluczenia – przeżywanego w życiu i przetwarzanego na scenie – rodzą się nowe rytuały, a z nich wspólnota próbująca ustanowić własny porządek i własne przykazania. W tym sensie teatr stał się w spektaklu Rébekki Chaillon fabryką nowych mitów i nowych religii.
W kwestii wykonania Rébecca Chaillon i współreżyserująca spektakl Céline Champinot ponoszą konsekwencje balansowania na granicy teatru i performance’u. Pisałem już o podwójnym statusie performerów (granie/bycie), czego naturalną konsekwencją jest również konstruowanie scenicznego świata nie na zasadzie umowności, lecz rzeczywistego performatywnego działania. W praktyce wygląda to tak, że ubijanie masła nie odbywa się za pomocą teatralnego znaku czy skrótu, ale naprawdę. Ryzyko jest spore, bo naturalny czas wykonywania czynności, który normalnie nikomu nie przeszkadza, w teatrze potrafi ciągnąć się w nieskończoność. Duża grupa widzów doznaje więc szoku, bo przez dziesięć minut nic się – z perspektywy ich pojmowania teatru – nie dzieje. Ostentacyjne wyjścia ze spektakli Rébekki Chaillon do rzadkości więc nie należą. Mnie te doświadczenia fascynują, bo pozwalają badać w teatrze zjawisko czasu, wrzucając mnie jako widza w sam środek tego eksperymentu. W świecie kompulsywnego sięgania po telefon w każdej „wolnej chwili” są też aktem rzadkiej odwagi artystki. Rozumiem jednak moich kolegów po fachu i bardziej świadomych widzów, którzy krzywią się, twierdząc, że Rébecca Chaillon ma poważne problemy z dramaturgią.
Performerki i performerzy występujący w tym spektaklu są fantastyczni, bo niczego tu nie udają. Zresztą nie mają takiej możliwości: rzeczy robi się tu naprawdę, choć – paradoksalnie – zgodnie z naturą teatru pozostają one częścią fikcji. Wymienię ich wszystkich: Yanis Boulahia, Hassan Gourniz, Loulie Houmed, Camille Léon-Fucien, Nabila Mekkid, Julie Teuf i Living Smile Vidya. Miałem zresztą szczęście spotkać dużą część tego zespołu nazajutrz po premierze – na wiedeńskiej Pride Parade i zobaczyć ich w zupełnie innym, tym razem ulicznym performansie. Miałem wręcz wrażenie, że cała parada jest jednym wielkim epilogiem „La Parabole du Seum” – procesją na kształt tej w święto Bożego Ciała, manifestującą wiarę we własną wspólnotę i religię, tyle że – co ciekawe – już bez gniewu, który powołał je do życia.