Ucieczka w noc – „Eks” von Mayenburga/Tyszkiewicza w Ateneum

zdj. Krzysztof Bieliński

Tekst von Mayenburga jest dla aktorów niezwykle podstępny. Na pierwszy rzut oka bowiem wydaje się skrajnym przykładem telenoweli. Żeby to udowodnić, zajrzyjmy do opisu fabuły ze strony spektaklu: „Daniel i Sibylle od lat są małżeństwem. Bywało różnie, ale bilans wydaje się być dodatni: mają stabilną pracę, wspaniałe dzieci i komfortowy apartament, w którym codzienność toczy się zwykle przewidywalnym rytmem. Aż do dnia, gdy tę przewidywalność burzy niespodziewane pukanie do drzwi. Na progu staje Franziska – dawna partnerka Daniela”. Dobre na farsę, komedię, a może nawet i na psychologiczny dramat, ale komplikacji tu raczej nie ma. Ot kolejny wariant opowieści o miłosnym trójkącie, która, jak bardzo byśmy tego nie pragnęli, nie zamieni się – przynajmniej na poziomie fabuły – w coś wielopoziomowego, iskrzącego się wielością możliwości interpretacji.

Można więc ochoczo przystąpić do pracy: rozpracować relacje między bohaterami, nauczyć się tekstu i wraz z reżyserem zacząć budować sytuacje. I tu od razu niespodzianka – pierwsza scena między małżonkami. Taka niby niewinna wieczorna rozmowa, odbywana pewnie w różnych wariantach każdego dnia, nic pozornie nieznacząca, w strukturze dramatu pełniąca jednak funkcję ekspozycji – bo to dzięki niej dowiadujemy się, jakie panują między małżonkami obecnie stosunki. Co ciekawe, źródłem owej wiedzy stają się nie dialogi, ale to, co wyłania się z nich w aktorskim działaniu. Rozmowa ta bowiem opiera się na kwestiach niedokończonych, monosylabach, minach, bąknięciach, a więc całym systemie komunikacyjnym dwóch osób, które bardzo dobrze się znają i rozumieją bez słów. W życiu to proste – żyjemy z kimś dwadzieścia lat i czytamy go jak ulubioną książkę, antycypując riposty, wybory czy zachowania takiej osoby prawie że w ciemno. W teatrze to niezwykle wymagające, gdyż owe dwadzieścia lat współżycia bohaterów trzeba zbudować w kilka tygodni, drobiazgowo analizując tekst i wyławiając z niego informacje na temat tego, kim oni są, jak ze sobą żyją i jaki obraz tego życia pokazują światu, często bardzo odległy od tego, co naprawdę kryje się pod powierzchnią. Następnie trzeba wspólnie z reżyserem przegadać każdą monosylabę, reakcję typu przewrotka oczna, niedokończone zdanie, żeby wiedzieć, co on czy ona mieli na myśli i jak na to zareagować. Bo każdy z tych pojedynczych „koralików”, żmudnie nawlekanych na aktorską nić, współtworzy nie tylko rolę, ale i samą narrację tekstu, stając się jej podstawowym budulcem. Wymaga to od aktorów natychmiastowej, stuprocentowej obecności scenicznej oraz całkowitego skupienia na partnerze. Nie wolno tu przeoczyć żadnego gestu ani zgubić najmniejszej reakcji, bo to one stają się impulsem uruchamiającym zarówno aktorstwo, jak i narrację, a także napięcia, na których opiera się cała sceniczna rzeczywistość.

I tak się właśnie dzieje w spektaklu Artura Tyszkiewicza: po dziesięciu minutach rozmowy Olgi Sarzyńskiej i Łukasza Simlata wiadomo już, że lekcja tekstu von Mayenburga została tu odrobiona wzorowo. To, jak się słuchają, jak w ułamku sekundy rejestrują reakcję partnera, by natychmiast przetworzyć ją na kolejną porcję wiedzy o tym, co właśnie usłyszeli — niekoniecznie na poziomie słów — i sformułować odpowiedź, przy tym nie wprost, lecz zawoalowaną, pokazuje, że wszyscy doskonale rozumieją, w czym grają i o co w tej grze chodzi. A idzie tu właśnie o to, by z historii przypominającej serial rodem z TVN-u wydestylować głęboką prawdę o ludziach, a jednocześnie odebrać widzom komfort łatwego osądu. Nie chodzi o rozwijanie tej opowieści wszerz, lecz w głąb — o powolne schodzenie po kolejnych poziomach osobowości bohaterów i odkrywanie motywacji, lęków oraz pragnień, które kryją się pod powierzchnią ich działań. W ten sposób spektakl nieustannie wystawia na próbę nasze przyzwyczajenia, pokazując, jak pochopnie i stereotypowo klasyfikujemy innych. Kiedy na scenie pojawia się Franziska, nic nie zapowiada, że największy dyskomfort w finale odczujemy nie z powodu jej nieszczęśliwego, choć nieco naiwnego losu, lecz dlatego, że staniemy się świadkami podłości, która ją spotyka.

Inną pułapką czyhającą na twórców biorących się za tekst von Mayenburga jest jego komizm, nieustannie balansujący na granicy tego, co śmieszne/straszne. Nieostrożne posługiwanie się tym mechanizmem – opartym na ostrych, ironicznych wymianach zdań między bohaterami, raz po raz wywołujących na widowni gromki śmiech – może łatwo sprowadzić spektakl do poziomu taniej farsy. A przecież kompletnie nie o to tutaj chodzi. Sztuka „Eks” została napisana tak, by ów komizm, działający na zasadzie kontrastu, jeszcze mocniej wydobywał dramat bohaterów. Aktorzy zmuszeni są więc nieustannie balansować na granicy, grać niejako przeciw publiczności i jej reakcjom oraz często wbrew sobie. Bo właśnie takie granie pod prąd wzmacnia sceniczne napięcie i przygotowuje zwroty akcji, na których dramat von Mayenburga jest zbudowany. I znów wielkie brawa należą się aktorom Ateneum, bo przejścia od buffo do serio wyglądają tu tak naturalnie i organicznie, że chwilami aż trudno uwierzyć, iż są efektem precyzyjnie wypracowanej aktorskiej konstrukcji.

Osobiście najbardziej zachwyciła mnie postać Daniela i sposób, w jaki została skonstruowana. Początkowo Łukasz Simlat gra takiego trochę fajtłapę, który dla świętego spokoju robi wiele rzeczy, niekoniecznie mu pasujących. Ponieważ wydaje się słabszy od swojej nieco może zbyt asertywnej jak na małżeńskie realia żony, zaczynamy go lubić i gdzieś tam mu kibicować. Pierwsza, naprawdę poważna rysa na jego wizerunku pojawia się wtedy, gdy proponuje seksualny układ swojej byłej partnerce. Simlat rozgrywa tę scenę w trudny do zapomnienia sposób. Bazując na nostalgii za przeszłością, a może na tęsknocie za tym, co jego bohater kiedyś poświęcił, próbuje opakować tę dość ordynarną propozycję w rodzaj spektaklu przeznaczonego wyłącznie dla Franziski. Trudno uchwycić w słowach istotę tego, co Simlat mówi i robi, ale jego zachowanie ma w sobie coś głęboko wywrotowego. Jakby na krótką chwilę odsłonił przed nami monstrualny chaos skrywany przez Daniela pod maską sympatycznego faceta, a potem natychmiast tę maskę założył z powrotem. I nie wiadomo już, co z tym zrobić. Propozycja ta pokazuje również, że ucieczka Daniela przed życiem pod skrzydła przebojowej żony była wyborem świadomym i wynikała nie ze słabości, lecz z siły oraz kalkulacji. Teraz, kiedy ów wybór zaczyna mu coraz bardziej ciążyć, szuka wentylu bezpieczeństwa i naprawdę nie ma dla niego znaczenia, że po raz kolejny miałoby się to odbyć kosztem jego byłej dziewczyny. Bo ona po prostu się dla niego nie liczy. W finale, gdy Sybille, chcąc upokorzyć swoją rywalkę, wyjawia Franzisce prawdziwe powody porzucenia jej przez Daniela, przeżywamy szok. Nasz dobry i miły chłopak z sąsiedztwa okazuje się bowiem kimś zupełnie innym. Twarzy Łukasza Simlata w tej scenie nie da się zapomnieć, bo maluje się na niej wszystko naraz: bezbrzeżny lęk, wstyd, przerażenie tym, co zrobił, a wreszcie potworne poczucie winy. Jeśli chodzi o postaci kobiece, to obie wydają się zresztą jego ofiarami: zarówno emocjonalnie podchodząca do życia Franziska — a ten typ ludzi zawsze dostaje od życia podwójnie — jak i wyrachowana Sybille. Obu bowiem Daniel tak skutecznie sprzedawał swoje obietnice, że w gruncie rzeczy nigdy nie musiał ich spełniać. Wystarczały im za szczęśliwe życie.

Olga Sarzyńska i Milena Suszyńska grają swoje role koncertowo. Wielkie wrażenie robią zwłaszcza sceny, w których Sybille ostentacyjnie zachowuje się żenująco, jakby doskonale wiedziała, że udawanie sarenki w lesie pełnym drapieżników od razu skazałoby ją na porażkę — porażkę, na którą przede wszystkim z powodów towarzyskich nie może sobie pozwolić. Z kolei moment, w którym Franziska musi zmierzyć się z prawdziwą zdradą Daniela, o której nie miała pojęcia, bo okazała się zbyt ufna i zbyt mocno uwierzyła we własną wersję rzeczywistości, chwyta za gardło i nie pozwala o sobie zapomnieć. Jak się bliżej przypatrzeć bohaterom tego dramatu, wszyscy próbują tu przed czymś uciec. I choć tylko jedno z nich naprawdę ucieka w noc, owa ucieczka wydaje się wspólnym marzeniem wszystkich — a może nawet koniecznością.

Spektakl Tyszkiewicza w Ateneum to teatr oparty na minimalizmie przestrzeni i środków (scenografia Joanny Zemanek), świetnym tekście (gratulacje dla Karoliny Bikont za tłumaczenie) oraz wybitnym, głębokim aktorstwie trójki gwiazd Ateneum. Reżyseria Tyszkiewicza jest znakomita, a jej paradoks polega na tym, że na pierwszy rzut oka wcale jej nie widać. W czasach, gdy wielu reżyserów walczy o uwagę widza, stawiając lub nie swoją parafkę pod każdym niemal zdaniem autora, Tyszkiewicz robi coś odwrotnego. Usuwa się w cień, całą energię kierując na tekst oraz aktorów. Efekt jest taki, że po dwóch godzinach wychodzi się z teatru z bohaterami w głowie, nie mając już pewności, gdzie kończą się Sybille, Franziska i Daniel, a zaczynają Olga, Milena i Łukasz.

Kategorie: , | |

Dyskusja i pisanie komentarzy zostały zakończone..