Jeszcze dzień wyjdę stąd, przeskoczę każdy mur – o spektaklu “Cztery dobre powody, by rzucić wszystko w cholerę” w reż. Norberta Rakowskiego (V Maraton Teatralny)

zdj. Edgar de Poray

W Notatkach tokijskich Hiraty Orizy, rozgrywających się także w muzeum, miała miejsce taka oto znakomita scena. Na nieudanej randce spotyka się para: ona – miłośniczka malarstwa i osoba, która w gruncie rzeczy lubi chodzić w takie miejsca sama, oraz kolega nauczyciel, nie za bardzo zainteresowany sztuką. Kolejny poziom niedopasowania, które staje się widoczne na pierwszy rzut oka. Gdy specjalistka od malarstwa holenderskiego, Rosjanka Nina, robi publiczny wykład o Vermeerze, on jest zachwycony, jakby coś do niego dotarło, jakby wreszcie zrozumiał, gdzie i po co jest. Ona wraca z samotnego zwiedzania (nie miał ochoty jej towarzyszyć, czekał w hallu), a on ją pyta, czy wiedziała, że wszystkie postaci Vermeera patrzą w okno, bo on się właśnie tego przed chwilą dowiedział. Ona patrzy zdziwiona i odpowiada mu, że przecież wystarczyło pójść i na te obrazy popatrzeć. Cały czas bowiem oglądamy różne rzeczy, ale nic w gruncie rzeczy nie widzimy. Całkiem jak bohaterka spektaklu w opolskim Teatrze im. Kochanowskiego.

Jako że scena ta przypomniała mi się w trakcie oglądania spektaklu Norberta Rakowskiego, popatrzmy na jego spektakl oczami „miłośniczki malarstwa”: przytomnie i wnikliwie. Tym bardziej, że siedząc w teatrze, jesteśmy jednocześnie w galerii. Przyglądamy się zaś dziełu sztuki, złożonemu przecież z… obrazów. Fabuła jest prosta: w muzeum od lat pracuje strażniczka sali, pani Roma (znakomita Milena Lisiecka). Do jej obowiązków należy pilnowanie eksponatów, egzekwowanie wewnętrznego muzealnego regulaminu czy upominanie ludzi go łamiących, a tak naprawdę – trwanie na posterunku, bycie wciąż w tym samym miejscu w roli nigdy niewymienianego eksponatu. Towarzyszy jej w tym pocieszny ochroniarz Boguś (Jakub Klimaszewski), którego obowiązki są oczywiście adekwatne do stanowiska, aczkolwiek funkcja jego osoby w muzeum również sprowadza się do służby, trwania w tym samym miejscu na przekór wszystkiemu i wszystkim. W muzeum, jak to w muzeum -pojawiają się różni ludzie, oglądamy więc ciąg przypadkowych spotkań zwiedzających ze sobą czy to z panią Romą i Bogusiem. Ciąg ten jest zarazem katalizatorem procesu, w czasie którego pani Roma uświadamia sobie bezsens swojej pracy i to, że jest ona ostatnią rzeczą na ziemi, której tak naprawdę pragnie. Gdy się przypatrzeć tej nieskomplikowanej fabule dokładniej, widać od razu, że rozgrywa się ona na dwóch poziomach: tym fabularnym – widocznym – na który składa się sekwencja codziennych, czasami nawet niepowiązanych ze sobą zdarzeń, oraz tym podskórnym, realnym – stanowionym przez ciąg myślowy bohaterki wiążącej wszystko to, czemu się przyglądamy, w proces mający swój początek i koniec. I już samo to czyni spektakl Rakowskiego interesującym, współistnienie bowiem owych poziomów narracji zostaje tu opowiedziane w sposób niebanalny, inteligentny, z narracyjnym „oddechem”, w czasie którego widz ma szansę nie tylko odczytać zamysły reżysera, lecz także je ze sobą połączyć, zrozumieć i przeżyć.

To jednak nie wszystko, gdyż opowiastka ta zostaje wciśnięta w ramy niezwykle ciekawego świata, ujawniającego się nam tutaj przede wszystkim za pomocą znakomitej scenografii Marii Jankowskiej, zawierającej w sobie jeszcze jedną scenografię – aktualną wystawę w muzeum sztuki współczesnej, w którym się znajdujemy. Ów świat to nie tylko dekoracja, ale i pejzaż ludzki, wymalowany przez Rakowskiego przy pomocy aktorów i statystów, wcielających się w kolejnych zwiedzających, przychodzących – jak się okazuje – do tego muzeum po wszystko, tylko nie po to, by podziwiać sztukę. Ta zresztą – ograniczona do kilku banalnych projekcji, dwóch konceptualnych obrazów i będących czymś na kształt ich rewersu refleksów światła na ścianie – stanowi niezwykle ironiczny obraz artystycznej mizerii, w której my, współczesne społeczeństwo, czy szerzej, ludzka wspólnota – w myśl zasady mimesis – się przeglądamy.

Gdy jedna z bohaterek siada na specjalnej sofie tyłem do instalacji i zaczyna przyglądać się nam, widzom, robi się jeszcze ciekawiej. Okazuje się bowiem wtedy, że my, publiczność teatralna, stanowimy jeden z performatywnych eksponatów tej wystawy. Siedzimy w ciszy, bezruchu, stanowiąc „element” wystawy, którego nie powstydziłaby się na pewno sama Marina Abramović. Jakby tego było mało, w przestrzeń muzeum przychodzą kolejne postaci ze swoimi problemami i opowieściami, dopełniającymi swoimi performance’ami (przynajmniej z naszej perspektywy) wystawę sztuki współczesnej, na którą nieopatrznie wraz z biletem do teatru kupiliśmy wejściówkę. Narracja ta zresztą pięknie zostanie spuentowana w finale, gdy cały ten świat (wraz z nami) zostanie zatrzymany w przejmującej stop klatce, stając się na chwilę czymś daleko głębszym niż zapisem wystawy w muzeum czy spektaklu w teatrze. Stanie się prawdziwym, poruszającym odbiciem ludzkiego świata, którego my, publiczność, jesteśmy jednocześnie centralnym elementem i głównym obserwatorem. Wystarczy tylko patrzeć i widzieć.

Gdy się zauważy całą tę złożoność pejzażu Czterech dobrych powodów, jego totalność i brutalność diagnozy wyłaniającej się z zestawienia wszystkich „eksponatów” owej wystawy, finałowy gest pani Romy zaczyna się wymykać najprostszemu fabularnemu znaczeniu, sugerującemu, że bohaterka po prostu postanowiła rzucić pracę. Śmieszny wierszyk z książki, którą Roma sobie podczytywała w pracy (jeszcze jeden element zjadliwej ironii): Przeskoczył Kangur mur/Mur w zoo/Mój Boże, ale wysokie to/Mój Boże, jakie piękne, część publiczności rozśmieszył, mnie jednak do śmiechu nie było. Pomyślałem, że Roma odeszła na zawsze. Znakomicie zresztą Lisiecka zagrała scenę, w której dotarło do niej, że powinna odejść. Pomogła zresztą technika, w czasie bowiem bernhardowskiego monologu, brawurowo wyrzucanego z siebie przez Bartosza Woźnego (grał Renarta, obsesyjnie i rytualnie chodzącego do muzeum od kilku lat), coś się stało z jego mikroportem. W tym samym czasie pani Roma postanowiła złamać regulamin muzeum i wyłożyć się na sofie. Jako że oba te momenty się ze sobą zgrały, głos Woźnego nagle zaczął dobiegać jakby z jakiejś dalekiej studni, wrażenie było takie, jakby pani Roma cierpliwie dotąd słuchająca Renarta, nagle postanowiła przestać (przez co jego słowa dochodziły do nas zniekształcone, nieważne już), zatapiając się swoich myślach, żeby dojść w swoim monologu wewnętrznym do najważniejszych słów, które wypowiada, gdy Renart wreszcie skończy: Wie Pan, że nigdy nie byłam sobą. Nie jestem sobą.  Moje życie jest puste. I z zewnątrz i od wewnątrz.  Nie posiadam nic. Nic.      Do dzisiaj nie mogę tego finału zapomnieć…

Spektakl jest naprawdę dobrze skonstruowany – prosta historia zanurzana w coraz to bardziej nieoczywiste narracje – przez co jego komunikatywność jest niezwykle przejrzysta, pozwalając widzowi na samodzielne złożenie wszystkich elementów przedstawienia w jedno, co z kolei daje realną szansę na głębokie przeżycie. Znakomici są aktorzy, a także statyści, świetnie dopełniający swoją uważną obecnością na scenie obraz świata wykreowany przez twórców. Norbert Rakowski jest reżyserem wywodzącym się ze środowiska aktorów. Artyści z tego kręgu często mają problem z wizjonerskim myśleniem o teatrze, ustawiają sceny, zapraszają wybitnych realizatorów i myślą, że to wystarczy, że teatr sam się zrobi. Niestety, nie wystarczy: trzeba mieć wizję, którą rozumiem tutaj jako rodzaj osobistego dialogu z prezentowanym dziełem czy tekstem. Ona dopiero zaczyna organizować pozostałe relacje ze współpracownikami oraz określa cel i drogi, którymi wszyscy zgodnie się udają. I warto podkreślić, że Rakowski konsekwentnie przez lata tę swoją odrębność w owej grupie budował, choć łatwo nie było. Ważne, że dziś jest jednym z nielicznych reżyserów, który się od aktorstwa w reżyserii uwolnił, czego dowodem zarówno spektakl Cztery dobre powody, by rzucić wszystko w cholerę, jak i Znikanie, o którym jeszcze w tym tygodniu. Gratulacje!