Everywoman lat 49 – „Mała empiria” Sobczuk/Ilczuk ze STUDIA teatrgalerii w Warszawie

zdj. Natalia Kabanow

Tak gdzieś w połowie tego monodramu bohaterka Eweliny Żak – osoba znajdująca się aktualnie w osobliwej „poczekalni” między młodością a starością – kończy wątek języka i pamięci, wygłaszając następujące słowa: „Starym jest się też wtedy, gdy każdą myśl trzeba natychmiast zapisać, bo przepadnie na zawsze”. W tym momencie scena wraz z widownią pogrąża się w całkowitej ciemności, a my, widzowie możemy na własnej skórze poczuć, jak to jest z tym przepadaniem. Żak dorzuca jeszcze  pytania: To już tak teraz będzie? Alzheimer? Demencja? Odpowiada jej cisza, robi się nieswojo, w gardle nagle zaczyna coś rosnąć…

Opisuję szczegółowo ten moment, po pierwsze, bo jest piękny, po drugie zaś dlatego, że znakomicie pokazuje teatralną strategię, na której oparto tę opowieść. Oto, na teatralną scenę wkracza Ewelina Żak – konkretna aktorka lat 49 – żeby przemienić się w czasie spektaklu w bohaterkę mityczną, mieszczącą w swym wiecznym i bezczasowym losie żywoty wszystkich osób, które wcześniej czy później w tej „poczekalni” w połowie drogi swojego żywota się znalazły/znajdują/znajdą. I tych, które tę opowieść teatralną tworzyły (m.in. reżyserka, scenograf, dyrektorka), i tych, którzy ją oglądają. Co ciekawe, o ile pełne zaangażowanie osób, takich jak ja, dokładnie znajdujących się w wieku, o którym mówimy, jest tu jak najbardziej naturalne, porwanie całej widowni, zróżnicowanej przecież wiekowo – a tak było przedwczoraj – świadczy o tym, że Ilczuk i Żak udało się coś więcej, niż zrobienie spektaklu generacyjnego dla wybranych.

Wróćmy jednak do strategii teatralnej, Żak jest w tym spektaklu i naszą Beatrycze, i naszym narratorem/poetą – żeby do „Boskiej Komedii” raz tu się jeszcze odwołać. Osobliwość zaś tej opowieści polega na tym, że rzeczywistość, którą aktorka tworzy przy pomocy słów, zaczyna wchodzić z nią w dialog. Jako że jesteśmy w teatrze, rozgrywa się to natychmiast na dwóch planach, tym realnym i tym „metafizycznym”. Zobaczmy jak to działa: Żak mówi „przepadnie na zawsze”, Ilczuk „mówi” – „ciemność”. To teatralny poziom tej opowieści. Ten drugi jest bardziej poruszający, bo wszystko odbywa się tutaj przy pomocy iluzji. To już nie aktorka dialoguje z reżyserką, a Aktorka Lat 49 z rzeczywistością; kobieta w średnim wieku z dziwnymi kolejami swojego losu, układającego się do tego w prawie że matematyczny wzór, który się przed nią (ale i przed nami, widzami) w czasie tego opowiadania odkrywa. Co więcej, jawna teatralność tej opowieści, nie tylko nie przeszkadza iluzji, ale wręcz ją wzmacnia, dlatego choć od początku mówi się nam, widzom, że to wszystko jest sztuczne, my w jakiś niepojęty sposób odczuwamy, że jest najprawdziwsze w świecie. I… nasze. 

Wielka w tym zasługa Eweliny Żak, która stoi sobie w centrum tego świata, ubrana skromnie w czerwoną bluzkę i czarne spodnie (kostium nieodróżniający jej od widzek, do których się zwraca), wypowiada kolejne linijki znakomitego tekstu Sobczuk i, wraz z nami, dziwi się znaczeniom i asocjacjom, jakie się w relacji tego tekstu z jej myśleniem i naszym, widzowskim pojawiają. Odkrywa je, przygląda się im, upewniając się z minuty na minutę, że są one częścią tego samego „naddoświadczenia”. I choć nie do końca może ten proces kontrolować, ufa mitowi, ciesząc się publicznie z każdego możliwego jego wariantu, jaki dostaje od nas, widzów. A że ów mit jest i początkiem jej postaci oraz roli, i ich końcem, Ewelina Żak, w każdym wariancie tej opowieści jest prawdziwa i poruszająca: jako aktorka i jako kobieta lat 49 „w pośród ciemnego lasu”, przeżywająca w gruncie rzeczy swoje indywidualne i każde doświadczenie.

Warto jeszcze wspomnieć o scenicznej relacji aktorki/bohaterki ze swoim trzydziestoośmioletnim kolegą, kontrabasistą Radosławem Łukaszewiczem. Muzyka Macieja Zakrzewskiego, wykonywana przez Łukaszewicza na żywo, staje się jednym z języków, przy pomocy którego bohaterka wadzi się z rzeczywistością. Jest on jednak odmienny od reszty teatralnych środków, gdyż jawnie jest kreowany w spektaklu przez innego człowieka. Można więc ten wątek potraktować jako obraz relacji aktorki z medium, za pomocą którego się wypowiada, ale też i za metaforę autentycznej relacji bohaterki z drugim człowiekiem, znajdującym się niekoniecznie w tej samej sytuacji, co ona.  

Maja Kleczewska powiedziała w jednym z wywiadów (cytuję z pamięci), że ma już dość „teatru sznurka i patyka”, i choć naprawdę ją rozumiem, muszę napisać peany dla takiego właśnie spektaklu. Wysoki stołek, cztery pozszywane z wielu materiałów „szmaty” w funkcji kurtynek, znakomity kontrabasista i wspaniała aktorka. Żadnych fajerwerków, żadnych wielkich gestów – uważność aktorki na to, co tu i teraz, autentyczna wspólnota z publicznością i odkrywanie razem tego, co wszystkim wiadome, ale nieuświadomione. Plus autentyczne emocje, które sprawiają, że „Mała empiria” zamienia się w wielkie doświadczenie. Brawo!