Raczej powierzchowna niż głęboka – o „Magicznej ranie” Doroty Masłowskiej w reż. Radosława B. Maciąga w Studio Teatrgalerii w Warszawie.

Zdj. Natalia Kabanow

Najnowsza powieść Doroty Masłowskiej ma niezwykle ciekawą formę. Na pierwszy rzut oka wygląda jak zbiór opowiadań, ale gdy się jej bliżej przyjrzeć, okazuje czymś więcej. Nie dość, że jest spięta klamrą opowieści o niedopasowanym do rzeczywistości chłopcu, Damianku, który ucieka od niej w totalnie odjechane miejsce, żeby spotkać tam swojego nieżyjącego wuja (brata matki, po którym dostał imię), to jeszcze jej struktura zostaje wzmocniona dyskretnymi nitkami narracyjnymi, łączącymi luźno poszczególne „opowiadania”. Przykładem – epizod nowego partnera matki Damianka – Znajomego, pracującego w klubie Kokos albo mniej oczywiste wątki: Zoldany czy serialu „Potęga Piastów”. Nagle więc po lekturze wszystko to jakoś magicznie składa się w zgrabną całość, z której wyłania się nieco zmęczony sobą świat poranionych głęboko bohaterów, uciekających od niego, gdzie tylko mogą. Najczęściej – w głąb siebie, a więc przestrzeń konstruowaną tu przy pomocy snu, haju czy innej halucynacji. Bo cały nasz świat to przecież w gruncie rzeczy „rozległy palimpsest głębokich, chaotycznych nacięć”, owa tytułowa „magiczna rana”, która „nigdy się nie zrasta, ani nie goi. Zaklęte w niej cierpienie ciągle się zaś odnawia, pobudzając i przynosząc nieskończone korzyści”.   

Reżyserowi Radosławowi B. Maciągowi oraz jego dramaturgowi Konradowi Hetelowi raczej ich nie przyniosła, gdyż przy scenicznej lekturze książki, popełnili oni jeden poważny błąd a mianowicie – nie rozpoznali właściwego teatralnego potencjału tej powieści. Mimo więc całkiem sprawnej adaptacji i niezłej warsztatowo reżyserii, literatura ta spłatała im niezłego figla, wymykając się w kilku momentach totalnie spod ich kontroli. A więc od początku, pomysł Maciąga i Hetela wydaje się oczywisty – ułożyć puzzle Masłowskiej w taki sposób, żeby pasowały do medium, jakim jest teatr, a więc przede wszystkim wzmocnić wewnętrzną dramaturgię całości i pokombinować z finałem, żeby było bardziej dramatycznie. Na papierze wygląda to super – klamrowa opowieść o Damianku i jego Wujku zostaje podzielona na fragmenty, które oddzielają na scenie kolejne epizody powieści, starannie tu wyselekcjonowane. Do tego zmiana finału, polegająca na przesunięciu na koniec umieszczonej w środku historii Gabi, którą opowiada ona w gabinecie psychiatrycznym doktor Pokerfejs. Znów strzał w dziesiątkę, gdyż rozdział ten kończy się obrazem ostatecznego fiaska życia bohaterki, która nie ma ani pracy, ani dachu nad głową, ani pomysłu, co dalej. Widzimy ją następnie, jak używając słów, a więc ostatniej rzeczy, jaka jej pozostała, konstruuje sobie własną, malutką arkę Noego, przybierającą w jej wyobraźni postać monstrualnego białego wycieczkowca linii amerykańskich, który „zabierze ją do tego lepszego życia, którego nigdy raczej nie będzie miała”. Piękny finał niebanalnego opowiadania, rozciągający się w spektaklu na całą powieść Masłowskiej.

Istotą jego scenicznej realizacji, brawurowo skonstruowanej tu przez Maję Pankiewicz, było wydobycie z prozy Masłowskiej jej esencji, a więc połączenia poważnej, ekstremalnie trudnej kondycji bohaterki – zarówno tej duchowej, jak i życiowej – z ironicznym, ciętym jak brzytwa językiem, opowiadającym nam tę historię, tu dodatkowo w pierwszej osobie. Oglądając Gabi, miało się jednak wrażenie, że opowieść, którą nam ona serwuje, nie była do końca jej, ale została dla niej stworzona, niczym rapowa nawijka. Pankiewicz wydaje się dobrze to rozumieć, gdyż mówiąc ten tekst ze sceny buduje go jednocześnie na dwóch płaszczyznach, które po chwili zaczynają się ze sobą totalnie rozjeżdżać. Aktorka więc nie tylko z werwą i kunsztem rozwija jej fabularną strukturę, zapisaną w słowach Masłowskiej, świetnie wyczuwając jej rytmy, sensy i puenty, ale też od początku sceny pilnuje i rozwija emocjonalną, podskórną narrację Gabi, która w miarę opowiadania rozsypuje się na naszych oczach. Aktorska wirtuozeria Pankiewicz polega tu więc na tym, że ów emocjonalny palimpsest od czasu do czasu przenika fabułę, ujawniając się z całą swoją siłą w finale tej opowieści (i spektaklu), a więc gdy przychodzi Gabi opowiadać o wycieczkowcu. Wtedy widzimy jej bohaterkę symbolicznie obnażoną, jej nagość zaś zostaje spotęgowana potokiem słów, które wyrzuca z siebie, z zastrzeżeniem, że wydają się one opowiadać o czymś diametralnie odmiennym, zarówno w sensach, jak i w tonacji. Pojawia się uczucie litości i trwogi, a stąd już krok do tragedii greckiej i prawdziwego oczyszczenia.

Jest tylko jeden szkopuł, w spektaklu Radosława B. Maciąga to jedyna taka scena, reszta bowiem prowadzona jest po aktorsku w takim nie do końca określonym, realistycznym chyba z zasady kluczu inscenizacyjnym, w którym aktorzy, utrzymując raz lepszą, raz gorszą kontrolę nad tekstem Masłowskiej, grają właściwie to, co tam jest napisane, nie za bardzo dbając o emocjonalny, podskórny, ekstremalnie ponury pejzaż swoich postaci. Świetnie na tym tle wyróżnia się na przykład Daniel Dobosz w roli Znajomego, opowiadający nam o swoim incydentalnym seksie z nieletnią kuzynką, który podobnie jak Maja Pankiewicz od razu łapie, o co tu chodzi. Prowadzi tę scenę znakomicie, z jednej strony wciąż nawijając, z drugiej gubiąc się we własnych uczuciach, pojawiających się w związku z całą sprawą. I gdy jest już u kresu sceny, a jego bohaterowi wystarczy się tylko rozpaść, czyli jakoś tam się przed nami obnażyć, Maciąg z Hetelem dopisują mu farsowe (?!), niezbyt tu pasujące zakończenie sceny, w myśl którego, jego bohater drugi raz nie może się oprzeć – tym razem dorosłym już – wdziękom swojej kuzynki. A wystarczyło zasugerować prawdziwą miłość zamiast ruchania i wszystko przybrałoby zgoła odmienną tragiczną wręcz tonację. Podobnie ze sceną przyjęcia u celebrytki i jej męża reżysera reklam: jest śmiesznie, bo taką narrację prowokuje język, ale nie ma problemu. Na marginesie przypomina mi się tu podobna scena ze sztuki Wyrypajewa „Pijani”, w której  paradoksalnie trzeźwy od alkoholu i pijany od rzeczywistości reżyser filmowy rozmawia z prostytutką. To było coś pięknego, porażającego i przerażającego jednocześnie i tak też powinno to tutaj wyglądać na scenie.

Analizując tak sobie po kolei całość spektaklu, dochodzę do wniosku, że owe dwa przykłady dogłębnego zrozumienia budowy tego świata były wynikiem przypadku, nie przemyślanej strategii reżyserskiej. Znakomita aktorska intuicja Mai Pankiewicz i Daniela Dobosza po prostu poprowadziła ich we właściwym kierunku, urwali się więc z reżyserskiego łańcucha, pokazując, czym mógł być ten spektakl, gdyby pójść wytyczoną przez nich drogą. A mógłby być obrazem świata na totalnej krawędzi, w którym jeden fałszywy bądź prawdziwy krok strąciłby odpowiednio jego bohaterów w otchłań piekła bądź wprowadził do raju. My zaś jednak, wraz z twórcami utknęliśmy w czyśćcu, czyli najgorzej. Oczywiście to jest Masłowska, więc miejscami jest naprawdę śmiesznie, ale w mojej opinii kompletnie nie o to tu chodzi. Muszę przyznać, że „Magiczna rana” to taki dziwny spektakl, w którym jego treściowa powierzchowność w jakiś niepojęty sposób przenosi się również na stronę wizualną. Scenografia Łukasza Misztala jest naprawdę porządna, ciekawe są kostiumy Patrycji Fitzet czy światło Roberta Mleczki, znakomite są również multimedia Natana Berkowicza, ale jako całość nie działają, bo nie mają odpowiedniego partnera w świecie, który formalnie kreują. Bywa i tak! 

W zapowiedzi spektaklu na stronie teatru napisano, że Radosław B. Maciąg (…) „udowadnia, że psychologizm zręcznie uzupełniany społecznym komentarzem, jest niezwykle silną i dojmującą drogą dla teatru podążającego za współczesnością” . Nic bardziej nietrafionego, niż te gładkie PR-owe zdanka! Psychologizm postaci jest tu przede wszystkim zderzony z ludzką perspektywą i aktem opowiadania siebie oraz świata, społeczny zaś komentarz to zaledwie odprysk – piana zbierająca się w czasie aktu opowiadania. Radosław B. Maciąg tego nie zauważył i zapłacił za to swoją cenę. Szkoda, bo była tu szansa na coś artystycznie wielkiego i jednocześnie bardzo komunikatywnego dla widza. Jestem jednocześnie przekonany, że ludzie będą „Magiczną ranę” oglądać, sława pisarki i jej kunsztu jest bowiem wciąż potężną lokomotywą promocyjną, a jej literatura trzyma po prostu poziom. Nie ma więc co rozdzierać szat, zwłaszcza że nagość chyba dzisiaj mocno spowszedniała.

Recenzja powstała w ramach projektu DOMAGAŁAsięTEATRU. Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego