“Zemsta” na Fredrze – o spektaklu Joanny Drozdy w Teatrze im. Mickiewicza w Częstochowie

zdj. Grzegorz Skowronek

Podkusiło mnie wczoraj, żeby zobaczyć w Teatrze Mickiewicza ZEMSTĘ Joanny Drozdy i mnie pokarało. Dane mi bowiem było spędzić dwie i pół godziny na straceńczej chałturze, udającej nowoczesną i postępową wersję “klasyki żywej”. Do tego takiej, która w drugiej części spektaklu ma aspiracje powiedzenia czegoś mądrego o Polsce, co kończy się artystycznym roztrzaskaniem o mur patriotycznej erekcji w stylu PiS. Nie piszę “Zemsta” Fredry, bo z nim nie ma to nic wspólnego, choć reżyserka czerpie z dramatu garściami.

 
Skalę porażki dobrze ilustruje scena z krokodylem. Jak wiadomo Papkin wychodzi w niej “na scene”, prężąc metaforyczne muskuły przed Klarą, żeby jej zaimponować. Autorka kostiumów Jola Łabacz daje mu więc zbroję z wymalowanym wyrzeźbionym torsem. Gdyby grał to sześćdziesięciolatek z piwnym bambochem byłoby ironicznie i zabawnie, ale kreuje go młody, przystojny i wysportowany Marcel Opaliński, zabieg więc wypada żenująco. Bo aktor rzeczywiście ma co nam widzom w tym temacie zaproponować. I dokładnie tak samo jest z Fredrą. Chociaż ma “wyćwiczony” przez dziesiątki lat ” kaloryfer”, reżyserka ubiera go w idiotyczny kostium, żeby powiedzieć nam, że hrabia Aleksander to stary dziad, potrzebujący jej liftingu. Wychodzi żenująco, bo styl tego botoksowania i ostrzykiwania młodego, żwawego i całkiem nieźle trzymającego się sugardaddy’go jest poniżej wszelkiej krytyki.
 
Publiczność wprawdzie wyje ze śmiechu i klaszcze na stojąco, ale poziom tego widowiska jest taki, jakby go stworzyła Joanna Kurska w TVP (za tę głodową pensję): przebieranki Cześnika i Rejenta w satynowe ciuszki, latanie z uciętym palcem stylizowanym na dildo czy śpiewanie (raczej fałszowanie, trudno je rozpoznać) znanych piosenek ze skrzydełkami aniołka – jak w katopopie Rubika – niech Wam dadzą namiastkę tego “dziwowiska”. Plus choreografia jakby żywcem wzięta od tego chałturnika Aguroli!
 
Aktorzy występują nieźle, łapiąc z widowni każdą brzytwę, jaką rzuci im publiczność, potem jednak muszą broczyć we krwi dalszego wypowiadania tekstu, co ciągnie ich na dno więc znowu muszą chwytać się jakiegoś żartu poniżej pasa. I tak w kółko. Zadziwiająco dobrze, jak na warunki brzegowe tego spektaklu, radzi sobie Hanna Zbyryt, grając kustoszkę muzeum do którego trafiliśmy, jest przerysowana, trzyma jednak balans. Szkoda, że większość spektaklu grana jest w podobnym tonie, co narracja kustoszki, a nie na przeciwnym biegunie. Wtedy mogłoby coś z tego wynikać.
 
Dobra, czepiam się. To był spektakl na Sylwestra, nikomu tu o nic nie chodziło. Miało być energetycznie i było. Chmurki świecące za to były zajebiste!