Ewelina wciąż płacze – o spektaklu Anny Karasińskiej z TR Warszawa (SW)

zdj. Marta Ankiersztejn

Kiedy wchodzimy na widownię, orientujemy się, że scena jest pusta, a jedynym znaczącym elementem w jej obrębie jest pięć przyklejonych do podłogi taśmą białych krzyżyków, wyznaczających miejsca, w których mają się znaleźć aktorzy i aktorki. Cztery z nich znajdują się z przodu w równych odległościach od siebie, układając się w linię, piąty – umieszczony centralnie w stosunku do niej – jest mniej więcej metr za nimi. Niby nic, a jednak bardzo wiele. Spektakl zaczyna się od niemej sceny, w której aktorki i aktorzy: Adam Woronowicz, Rafał Maćkowiak, Maria Maj i Ewelina Pankowska stoją na owych krzyżykach, tyłem do widowni i obserwują (wraz z nami), jak każde z nich kolejno staje na piątym krzyżyku i wykonuje przed kolegami (oraz widzami) rodzaj szalonej choreografii, takiej totalnie „po bandzie”. Gdy ów oryginalny i nieoczywisty casting się kończy, wszyscy się do nas odwracają, żeby nam się przedstawić. Okazuje się, że choć zaangażowano do TR Warszawa amatorów: Kasię (która zastępuje grającego ją Adama Woronowicza), Monikę (wciela się w grającego ją Rafała Maćkowiaka), Janka (jest tu nieznaną mu Marią Maj) oraz Ewelinę (która miała kreować tu – zaskoczenie – Magdalenę Cielecką), nie wszyscy mają jednakowe zadania. Nikt tu jednak nie pyta, dlaczego tak jest, wszyscy ofiarnie grają swoje/nieswoje/swoje postaci – ta piętrowa iluzja teatru – i spektakl zmierza sobie spokojnie w ciszy do końca. Tylko nagle w pewnym jego momencie Ewelina grająca Ewelinę zastępującą Magdę (jedno piętro mniej) się buntuje, zrywa konwencję i nie chce dłużej brać udziału w tym pozornie niewinnym spektaklu. Pozostali w zupełnie niewinny sposób zmuszają ją więc do kontynuacji (znowu musi stanąć na swoim białym krzyżyku) – w końcu show must go on – a gdy nie wytrzymuje i pada zemdlona czy wręcz nieżywa (wątpliwości pojawiają się dopiero, gdy nie wstaje do oklasków), koledzy w mało już subtelny sposób ściągają ją ze sceny za nogi.

Spektakl ma niezwykle wyrafinowaną konstrukcję: niby mało się w nim dzieje, niby zdarzenia są prozaiczne, nieistotne czy z punktu widzenia tego, do czego przyzwyczajony jest stereotypowy widz – mało zauważalne, a jednak od momentu przedstawienia się aktorów, kiedy wiemy już, że coś tu się nie zgadza, z minuty na minutę narasta napięcie. Aktorzy ze swadą ogrywają niezwykle komiczny koncept wcielenia się w kogoś, kto ich na scenie zastępuje, a jednocześnie im bardziej naturalnie to się toczy, tym większe pojawia się poczucie obcości. Jest ono oczywiście od czasu do czasu umiejętnie podsycane znakomitą, prawie niezauważalną grą Eweliny Pankowskiej (a może to tylko iluzja?), aczkolwiek narracja ta – jeśli nawet początkowo nieco mniej komunikatywna – znajduje swoje spełnienie w przewrotnym finale, o którym już wspominałem.

O czym zatem jest to przedstawienie? To zależy, jak na nie spojrzeć. W planie ogólnym na pewno o tym, że stworzona wadliwie wspólnota zawsze dochodzi do momentu, w którym ktoś płaci osobistym dramatem za jej wadliwość, że dyktat większości zawsze jest w jakimś stopniu przemocowy. To także spektakl o tym, jak ów dyktat większości, sprawowany w ciszy i w takiej pozornej normalności, bywa destrukcyjny dla kogoś, kto zostaje mu znienacka poddany. Przyglądając się bliżej temu spektaklowi i jego kulisom, nie należy zapominać, że został on zrobiony przez reżyserkę debiutantkę, pochodzącą z branży filmowej. Ewelina płacze z tej perspektywy byłaby więc opowieścią o teatrze, tym przez duże T, który w ciszy ściera w proch wkraczające w jego świat młode dziewczyny, czy szerzej – osoby spoza jego zamkniętego kręgu. Poruszające jest oczywiście to, że ten proces przebiega pełzająco, prawie niezauważalnie. Przy akompaniamencie aplauzu zachwyconej widowni, podłechtanej dodatkowo obcowaniem ze znanymi twarzami, skąpanej w szampańskiej zabawie, która sama w sobie wystarcza za cel. Nie mogę w kontekście tego spektaklu opędzić się od wspomnienia kilku artystów, którzy popełnili samobójstwa w naszym środowisku, właśnie – tak właściwie z niczego. „Byli przecież tacy zajebiści, pełni życia, wyglądali na szczęśliwych”, a tu nagle „bum” – i ich nie ma. Wspomnijmy dziś o tych wszystkich prawdziwych „Ewelinach”, bo ich dramaty rozegrały się właśnie w ciszy i owej normalności, bo większość z nas albo nie zauważyła, albo zbagatelizowała ich płacz. 

A z innej beczki: nie da się dziś, z perspektywy tego wszystkiego, co się w ostatnich dwóch latach wydarzyło wewnątrz TR Warszawa, oglądać tego spektaklu inaczej niż jako przenikliwej diagnozy stanu znakomitej instytucji kultury, a więc i wspólnoty, która z wielu różnych przyczyn zaczęła po prostu od środka gnić. Łatwo dziś o taką konstatację, bo znamy już finał tej sprawy, podobnie jak wiemy, czym kończy się spektakl Karasińskiej. W czasie, gdy spektakl powstawał, dyskusja o problemach teatru i tego, jak powinien się zmienić, dopiero raczkowała. Osobiście pozwolę sobie na pełną goryczy, ale i ironii refleksję. Po obejrzeniu tego spektaklu tu, w Słupsku, w listopadzie 2023, a więc po wielu realnych rewolucjach teatralnych, które się dokonały w naszym kraju, w rdzeniu teatru nie zmieniło się nic. Żeby się do niego dostać, wciąż trzeba brać udział w upiornych „castingach”, a potem, gdy się już je wygra, uczestniczyć w spektaklach, polegających na doścignięciu samych siebie w pragnieniu bycia kimś takim, jak ci na szczycie zawodowej i artystycznej hierarchii „nowego wspaniałego świata”. Zmieniły się tylko nazwiska. Ewelina z kolei wciąż jest Eweliną, tylko jej płacz wydaje się jakby bardziej bezsilny…