Radu Afrima “W oczach Zachodu” – o “Trzech siostrach” z Teatru Narodowego im. I.L. Caragiale w Bukareszcie (DoKontaktu cz. IV)

zdj. Cătălin Georgescu

To, co w bukaresztańskich Trzech siostrach najciekawsze, zostało Czechowowi dopisane. W podtytule adaptacji czytamy (nie)naturalnie luźny scenariusz na podstawie sztuki Czechowa i tak należy ją traktować. Na razie muszę poczynić pewne założenia dla tego tekstu. Po obejrzeniu spektaklu zrozumiałem, że nie mogę tego spektaklu tak po prostu interpretować, gdyż oglądanie tej misternie utkanej z Czechowa i współczesności układanki ma sens tylko wtedy, gdy się jej kolejne elementy wychwytuje i samodzielnie układa w całość. Tak więc spróbuję napisać o tym spektaklu nieco kontekstowo, ale tak, żeby nie zepsuć zabawy w teatr.

Trzy siostry to dziwna sztuka – nie dość, że wszyscy jej bohaterowie są w jakimś stopniu na pierwszym planie, to jeszcze brak w niej takiej klasycznej  dramatycznej osi akcji, wokół której toczyłaby się opowieść.  Nazywam Trzy siostry sztuką „fotograficzną”, gdyż każdy jej akt jest rodzajem ruchomej fotografii, zrobionej w określonym momencie. Z zastrzeżeniem tylko takim, że obrazy owe przedstawiają wciąż te same osoby. Dopiero obejrzenie wszystkich czterech „fotografii”, jedna po drugiej, daje nam, niczym krótki film, pełen obraz tego, co zaszło w życiu bohaterów. Trzy siostry kończą się tragicznie, ale tragedią nie są, ginie bowiem przypadkowy w gruncie rzeczy bohater, niewiele w sumie zmieniając w życiu reszty postaci – no, może poza Iriną, która miała za niego wyjść.

Radu Afrim postanowił tę opowieść Czechowa nieco zmodyfikować i zrobił to na dwa sposoby: interpretując to, co jest w sztuce zapisane w sposób zmieniający perspektywę na współczesną, oraz rozwijając pewne czechowowskie tropy w bardziej rozbudowane narracje. Nie muszę chyba dodawać, że obie te strategie czasem się ze sobą łączą, wzajemnie się dopełniając, a czasem nie. Pierwsza z nich skutkuje opowieścią o rosyjskich emigrantach w kraju, o którym Olga (słowami rumuńskiego reżysera i ustami rumuńskiej aktorki) mówi: jesteśmy tu zablokowane, utknęłyśmy tutaj, nie wyjechałyśmy ani na Zachód, ani na Wschód, tu jest jak w tym miejscu, w którym ojciec zostawił nas, żebyśmy radziły sobie same, w coraz większej samotności (do Polski też pasuje jak ulał!). Emigrantach żyjących w ciągłym strachu przed swoją przyszłością w obcym kraju, ale i przed mafijnym reżimem Putina, którego ośmiornicze macki bez trudu mogą sięgnąć po cokolwiek i po kogokolwiek, w dowolnym miejscu na ziemi. Ten wątek zostawię jednak w spokoju, dając Państwu szansę i przyjemność odkrywania jego meandrów, co stanowi jeden z filarów bukaresztańskiego spektaklu. Zajmę się za to dopiskami: postaciami Bobika i żony Wierszynina Persefony oraz kwestią marzenia o Moskwie.

Z oryginalnego tekstu Czechowa Radu Afrim zostawił więc siostry Prozorow – Olgę, Maszę i Irinę, ich brata Andrieja oraz Nataszę, która w trakcie opowieści zostaje jego żoną, do tego zakochanego w Irinie Tuzenbacha, męża Maszy Kułygina oraz oczywiście Wierszynina, którego przybycie narusza niespieszną i pełną lęku przed nieznanym atmosferę domu Prozorowów. Postać antagonisty Tuzenbacha – Solonego zostaje wycięta, niania Anfisa „wysłana” do domu opieki, doktor Czebutykin zaś „samobójczo” na tamten świat. W ich miejsce pojawiają się za to na scenie Bobik, syn Nataszy oraz wspominana wielokrotnie w tekście żona Wierszynina.

W dramacie Czechowa zaraz na początku mówi o niej Tuzenbach, informując zgromadzonych, że wybiera się do nich Wierszynin, nowy dowódca baterii. Na pytanie Iriny, czy jest ciekawym człowiekiem odpowiada, że tak, dodając kilka zdań o żonie gościa: chodzi w odwiedziny i wszędzie opowiada, że ma żonę i dwie córki. I tu opowie. Żona jakaś pomylona, z długim dziewczęcym warkocze, mówi same pompatyczne rzeczy, filozofuje, często usiłuje się zabić, chyba po to, żeby dopiec mężowi. Ja bym dawno od takiej odszedł, ale on to znosi, tylko  narzeka[1]. Gdy pojawia się Wierszynin oczywiście o niej wspomina, jak trafnie przewidział Tuzenbach (Istvan Teglas). U Afrima początkowo jest tak samo, ale gdy w domu Prozorowów pojawia się Wierszynin (Emilian Oprea) okazuje się, że przyszedł z żoną, która na imię Persefona (Irina Movilă). Nie ma wprawdzie warkocza, ale zachowuje się dość niekonwencjonalnie, zaglądając na przykład gospodarzom do lodówki. Poznali się, jak się za chwile okaże, w dramatycznych okolicznościach, on ją uratował na moście przed skokiem w dół. Choć chęć samobójstwa nasuwa się sama, Persefona deklaruje, że chciała tylko zaprotestować. Choć cały spektakl wydaje się realistyczny z tendencją do poetyckiego symbolizmu, wątek Persefony wydaje się z innego porządku. Odwołania do starogreckiego mitu porwania córki Demeter przez Hadesa są tu bezsprzeczne, wychodzą jednak poza jakikolwiek realizm w kulminacyjnej scenie tego wątku, gdy Persefona dzieli się z Maszą (Raluca Aprodu) granatem. Jak wiadomo z mitu, ów owoc został podsunięty Persefonie przez jej ukochanego Hadesa, Pana Podziemi. Dziewczyna spróbowała go nie mając świadomości, że w ten sposób na zawsze wiąże się z krainą cieni, jak każdy, kto owego granatu spróbuje. W ten symboliczny sposób Masza przestaje być tylko kochanką, przeistaczając się na zawsze w „żonę” Pana Podziemi, jakby dokonywała zaślubin śmierci. Będzie odtąd w jego wiecznej władzy, lato spędzając na wolności, zimę zamknięta w swej rozpaczy. Wierszynin zaś dzięki tym pośrednim zabiegom traci w spektaklu status zwykłego rosyjskiego dowódcy baterii, który przybywa do kolejnego miasta. Staje się bogiem podziemi, Hadesem, w gruncie rzeczy przybywającym po to, by siać zniszczenie i śmierć. Czy jego ofiarą padnie ten sam co u Czechowa bohater, nie zdradzę. Ważne, że ktoś za tę wizytę Hadesa zapłacić musi, Pan Podziemi nie pojawia się na Ziemi bez powodu.

Radu Afrim inkrustuje swój spektakl przepięknymi monologami, które aktorzy wygłaszają do kamery, w formie używanych w serialach typu Ukryta prawda popularnych „setek”, z tą tylko różnicą, że jego monologi są zjawiskowe, pięknie napisane, chwytające za serce, jak na przykład ten Maszy o dziewczynce, która miała do pokolorowania jakieś zwierzę, i ciągle przekraczała  kontury jego ciała, chcąc tym samym nieświadomie przekroczyć jakieś narzucone granice, przy jednoczesnej intuicji co do prawdziwego wyglądu zwierzęcia. Gdy postaci te monologi wygłaszają, obraz z kamery bywa często  wyświetlany na wielkim ekranie znajdującym się nad sceną. Kamera również nie jest anonimowa, obsługuje ją bowiem młody chłopak, który nieoczekiwanie okazuje się Bobikiem (Ciprian Nicula), w dramacie synem Nataszy i Andrzeja, w rumuńskiej wersji – dorosłym już prawie synem Nataszy (Ada Galeș) z pierwszego małżeństwa. Bobik ubrany ciągle w skafander astronauty, jest na pierwszy rzut oka nieco odjechany. Nie ma się jednak czemu dziwić, wychowuje się w gruncie rzeczy sam, matka bowiem jest zapiekłą aktywistką, zajętą głównie zarabianiem pieniędzy oraz naprawianiem świata na każdym poziomie, od ekologii po zwalczanie deweloperki. Chłopak jest niesłychanie wrażliwy i szczery, i choć wszyscy sprawiają wrażenie zainteresowanych jego sprawami, nie ma chyba w tym domu bardziej samotnej osoby niż on. Zwłaszcza, że wszystkim się wydaje, że jest on wciąż małym Bobisiem, podczas, gdy czas poszedł do przodu, chłopak zaś stał się nagle i nieoczekiwanie dla niego samego i jego bliskich – dorosłym. Osobiście uważam, że pomysł Radu Afrima jest wspaniały. Zupełnie inaczej na przykład brzmią teraz, w obecności nieco zbuntowanego nastolatka, tyrady Wierszynina czy innych osób, mówiących o przyszłości. Ich oderwane od rzeczywistości, pełne emfazy słowa zderzają się bowiem z konkretnymi działaniami (a raczej ich brakiem) czy lekceważącym stosunkiem do Bobika, dla którego dobra wymyślają oni teraz podobno nowy lepszy świat. Bobik nie tylko słucha spowiedzi, nie tylko jest świadkiem całego tego szaleństwa ludzkości, zagarniającego rodzinę Prozorowów i uwikłaną w nią matkę wraz z resztą znajomych – on nam to szaleństwo w jakiś sposób opowiada. Przypomnę tylko, że całą tę przepisaną przez Afrima opowieść musimy sobie, podobnie jak Bobik, stopniowo poskładać. Jesteśmy więc niczym dziecko w domu dorosłych: na początku nie wszystko jeszcze rozumiemy, ale mamy przecież oczy i bacznie się wszystkiemu przyglądamy. W związku zaś z tym, że wszyscy nas lekceważą, każą siedzieć cicho (niczym publiczności w teatrze) i się nie wtrącać, po jakimś czasie zaczynamy widzieć niezwykle ostro i wszystko rozumieć. Zwłaszcza że podczas zabaw z kamerą nasi domownicy, chcąc nam zrobić przyjemność, zaczynają się trochę wygłupiać, żeby po chwili powiedzieć nam prawdę, dać upust skrywanym myślom, ambicjom, tęsknocie czy bólowi. W końcu nikt przecież nie weźmie na poważnie filmów Bobika, prawda?

Jest też w tej postaci ukryte jakieś zarzewie nadziei dla świata, jakby Radu Afrim nie chciał zostawić nas z koszmarem świata, który sami tworzymy. Otóż w pierwszych słowach spektaklu Irina, będąca tu baletnicą, opowiada o swoim marzeniu tańca na odległej planecie: stojąc boso na gorącej lub zimnej ziemi wykonałabym jeden ruch, który przerodziłby się w taniec. Nagle radosna wizja spełnionego marzenia przechodzi w strach: Co ja robię na tej dziwnej planecie, na której nawet nie chciałam się znaleźć? Chcę tylko wrócić do Moskwy. Czy to za mało? Czy to za dużo? To zależy od punktu widzenia. I kończy się wyjątkowo pięknym, ale i przerażającym obrazem. Perspektywa żaby lub perspektywa astronauty, unoszącego się w przestrzeni – martwego. Martwy w przestrzeni. Samotny. Coraz bardziej samotny. Przez resztę dni swojej śmierci.  To najsmutniejsza rzecz, jaką w życiu widziałam. Jeśli przyłożyć teraz ten obraz do całego spektaklu, okaże się, że astronauta w postaci Bobika unosi się wprawdzie w ciemnej i nieskończonej przestrzeni ludzkiego niespełnienia, ale paradoksalnie nie jest martwy, opowiada nam przecież tę historię. Jest wyobcowany, samotny, nieskończenie nawet samotny, ale żyje. Podobnie jak całe pokolenie młodych ludzi i sam reżyser, który być może ukrywając się w postaci Bobika, postanowił wykrzyczeć ze sceny całą swoją rozpacz i niezgodę na ten chory, pozbawiony sensu świat.

Na koniec wspomnę jeszcze o Moskwie. Trzy siostry (Natalia Călin, Flavia Giurgiu, Raluca Aprodu) chcą tam wrócić, gdyż to był cały ich świat, dzieciństwo, rodzinne szczęście u boku rodziców, najpiękniejszy czas ich życia. Od pewnego czasu wcale im się nie dziwię, w końcu na moskiewskim cmentarzu leży pochowana ich matka. Trudno się pożegnać z takim miejscem, choćby było dla wszystkich najgorsze na świecie. Perspektywa przymusowych emigrantek, jakimi są w bukaresztańskim spektaklu siostry Prozorow, nadaje tej tęsknocie za Moskwą szczególnego wyrazu. Jest to bowiem przede wszystkim tęsknota za Moskwą, o jakiej marzą, nie tej z filmików Wierszynina. A więc w przypadku Czechowa następuje demitologizacja tęsknoty za Moskwą, jest ona ukonkretniona i sprowadzona do miasta Putina, widzianego oczami konkretnych bohaterek, mającym z nią osobisty kontakt. Afrim na samym początku zresztą rozbraja mit podróży do Moskwy, każąc Irinie pasjonować się kosmosem. W świecie, w którym bilet lotniczy do Moskwy kosztuje 300 euro, a człowiek penetruje właśnie sondami Marsa, trudno marzyć o podróży do Moskwy, zwłaszcza że to teraz wyjątkowo paskudne miasto.

Gdy zacząłem oglądać spektakl Radu Afrima, pomyślałem koniunkturalnie, że odważni są w tym Toruniu, Trzy siostry w takiej wersji, to nie przejdzie w kontekście wojny w Ukrainie. Po kilkunastu minutach zrozumiałem jednak, że każdy powinien zobaczyć ten spektakl. Mówi on bowiem więcej o nas i naszym świecie niż sam tekst Czechowa. Zresztą muszę się przyznać, że Trzy siostry w tej wersji stały się dla mnie jakoś niezwykle silnie spowinowacone z moją ulubioną powieścią Josepha Conrada i ulubioną książką o Rosji – W oczach Zachodu. I w jednym, i w drugim przypadku warto się nad tymi dziełami pochylić, tym bardziej, że zrozumienie tego, co się stało z narodem rosyjskim (czy też tego, co się właśnie nie stało), to na razie jedyna rzecz, jaka nam w tym trudnym czasie pozostaje. Zresztą ironią losu jest to, że nasze oczy, podobnie jak oczy Rumunów –  choć trudno w to czasem uwierzyć – to oczy mitycznego zachodu. Dla Rosjan na pewno, dla Francuzów – nie jestem już taki pewny.

[1] Trzy siostry cytuję w tłumaczeniu Agnieszki Lubomiry Piotrowskiej, Antoni Czechow Dramaty, Wydawnictwo Oficyna, Łódź 2019