Każda miłość jest podróżą – "Królowa Śniegu" w Narodowym

…Uczniowie jego postanowili zanieść zwierciadło aż do nieba. (…) Wtem, trrrach! I ciężkie lustro z takiej wysokości brzdęk aż na ziemię! Naturalnie w mgnieniu oka rozprysnęło się na miliony, miliony drobnych szczątków (…). To właśnie było najgorsze nieszczęście! Zamiast jednego lustra, były ich teraz miliony; rozproszyły się wszędzie, a w każdym najmniejszym kawałeczku, choćby drobnym jak ziarnko piasku, widać było świat cały szkaradny, śmieszny, wykrzywiony

Hans Christian Andersen ”Królowa śniegu”

W przedstawieniu Piotra Cieplaka, zrealizowanym na podstawie baśni Andersena na deskach Teatru Narodowego, okruchami magicznego zwierciadła, w których odbija się świat, są ekrany naszych domowych telewizorów. W prologu przedstawienia widzimy grupę ludzi, biorących udział w jakimś talent show. Nerwowo kotłują się pod drzwiami, a wśród nich – zagubiona dziennikarka z ekipą próbuje zrobić swój telewizyjny materiał. Następnie akcja przenosi się do „pewnego starego miasta”, które na scenie przypomina raczej blokowisko na Targówku czy Bemowie. Tak więc intencje reżysera są jasne i – co godne pochwały – sygnalizowane widzom subtelnie, z dużą dozą elegancji. Akcja spektaklu rozgrywa się mniej więcej współcześnie. W przestrzeni czasowej jednak na tyle nie dookreślonej, że mogą się z nią identyfikować zarówno dzieci, jak i młodzi rodzice oraz trochę mniej młodzi dziadkowie. W owym mieście, w maleńkim domku pod opieką babci mieszkali sobie Kaj i Gerda. Pewnego dnia Kaj zostaje „ugodzony” kawałkiem zwierciadła i zmienia się nie do poznania. Staje się złośliwy, niegrzeczny, egoistyczny i zamyka się w sobie. W końcu, zafascynowany Królową Śniegu, zostaje przez nią uprowadzony do jej Pałacu, gdzieś na dalekiej północy. Zrozpaczona mała Gerda postanawia go odnaleźć.

W ten sposób główną bohaterką spektaklu staje się Gerda i jej wędrówka w poszukiwaniu Kaja, a motorem tej wędrówki – podobnie jak w baśniowym oryginale – są tęsknota i miłość. Początkowo głównych bohaterów grają dzieci, później jednak reżyser zręcznym manewrem zamienia dziecięcych aktorów na dorosłych. Ten prosty chwyt poszerza perspektywę czasową – podróż Gerdy trwa w przedstawieniu kilka lat – i przesuwa główny akcent interpretacyjny na proces dojrzewania bohaterki. Jej wyprawa na Północ przybiera w ten sposób postać podróży inicjacyjnej. Na plan dalszy schodzą w przedstawieniu Kaj i – co ciekawe – Królowa Śniegu, której rola w spektaklu wydaje się epizodyczna. Tak więc Gerda, niczym Mały Książę, rusza w podróż, żeby zrealizować swój cel – odnaleźć Kaja, a tak naprawdę odnaleźć siebie. Na swojej drodze spotyka kolejno całą galerię postaci, które pomagają jej pokonać nie tylko kolejne etapy podróży geograficznej ale i wewnętrznej. Dominika Kluźniak jest w tej roli wspaniała. Gra tę rolę z myślą o najmłodszym widzu, więc pewne przerysowanie postaci jest tu niezbędne. Robi to jednak świadomie, prosto, z dużym wyczuciem taktu i umiarem. Jej gra sprawia, że gdy w jednej z ostatnich scen Eskimoska tłumaczy Renowi na czym polega siła Gerdy, widzom – niezależnie od wieku – wilgotnieją oczy. Wielkie wrażenie wywarła na mnie scena wędrówki, jaką odbywają wspólnie Gerda i Ren (świetny Waldemar Kownacki). Ich niesamowity, niemy balet na tle przepięknych zórz polarnych, będący esencją przyjaźni, miłości, esencją relacji z drugim człowiekiem na długo pozostaje w pamięci i przywodzi na myśl słynną scenę z „Małego księcia”. „Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu” mówi Lis u Saint-Exupery’ego, zaś u Cieplaka widz sam odkrywa, że odnalezienie Kaja ma drugorzędne znaczenie, bo Gerda już „odrobiła swoją lekcję”, a widzowie w każdym wieku mogą przyjrzeć się, jak tego dokonała. Reżyserowi zaś chwała za to, że tworzywem tej lekcji są emocje, najważniejsza materia teatru.

Ciekawym pomysłem jest odgrywanie rozmaitych postaci przez wciąż tych samych aktorów. Ci sami ludzie są sąsiadami Gerdy, dworzanami Księżniczki, do której trafia, tych samych ludzi spotyka w ogrodzie, tych samych w jaskini Rozbójniczki (bardzo obiecujący debiut Pauliny Szostak). Powstaje wrażenie, że dojrzewamy razem z bohaterką, a na naszej drodze majaczą wciąż te same twarze, tylko w różnych kostiumach, a my czujemy – niczym Orhan Pamuk w swoim Stambule – jakiś metafizyczny niepokój. Niepokój, który na scenie przybiera postać Czarownicy/Eskimoski, granej przez Jerzego Łapińskiego. Staruszka/Eskimoska – groteskowe alter ego ukochanej babci Gerdy – towarzyszy bohaterce przez całą podróż, stając się jej swoistym „aniołem stróżem”. Jerzy Łapiński jest w tych rolach i śmieszny i smutny, i rozkrzyczany i refleksyjny, i absurdalny i ulatralogiczny zarazem. Te pozornie nie dające się pogodzić dualizmy są jednak jądrem jego niezwykłej, hipnotyzującej roli.

„Narratorem” całej tej historii jest w spektaklu Cieplaka niejaki Pan Gaduła (Zbigniew Zamachowski), postać nieobecna w baśni Andersena. Pojawia się na scenie, goniony przez dwóch ochroniarzy. W świetle prologu spektaklu Pan Gaduła jawi się jako kolejny uczestnik jakiegoś nadrzędnego „Mam talent”, którego występ nie sprowadza się jednak do trzech minut fajerwerków, lecz rozciąga na niemal dwie godziny. I choć Pan Gaduła bywa momentami irytujący, to historia, którą opowiada, zapiera dech w piersiach. Głównie dzięki olśniewającej pracy scenografa, kostiumografa i reżysera świateł – Andrzeja Witkowskiego. „Ogrodowy pokaz mody” – ten rytmiczny pochód różnych stylizacji, sukni, kapeluszy, koafiur, fryzur i makijaży – ułożony przez Leszka Bzdyla pod pełną energii i rytmu muzykę Jana Duszyńskiego jest koronnym przykładem na to, że za „Królową śniegu” w Narodowym stali wybitni artyści. Ani jeden rekwizyt, ani jeden kostium, ani jeden pasek, kapelusz czy woalka nie były na scenie tandetne czy przypadkowe. Wizualnie spektakl Cieplaka można porównać do obrazów Chagalla. Świetna kompozycja, bogata, stonowana kolorystyka, precyzja wykonania, prosta tematyka i emocje, które przemawiają do odbiorcy – wszystko to znajdziemy i w obrazach wielkiego malarza, i w przedstawieniu Cieplaka. Mój ulubiony Kwiat w tym spektaklu to „Chaber”, wspaniale odegrany przez Beatę Fudalej. Gdy mówimy o ulubionych kreacjach w tym spektaklu, w mojej pamięci na zawsze pozostanie Pan Wrona Tomasza Sapryka.

Tak więc, choć Pan Gaduła bawił nas swoim telewizyjnym show grubo ponad regulaminowy czas, i ja i najbardziej wymagający jurorzy – dzieci, wcisnęliśmy na końcu przedstawienia przycisk: „Tak”. Sto razy „tak”! Czy spektakl Cieplaka pozostawia jakiś niedosyt? W moim odczuciu – tak. To wątek samej Królowej Śniegu. I choć rozumiem, że konsekwencje wynikające z koncepcji reżyserskiej były nieubłagane, to mam wrażenie, że wątek ten został potraktowany zbyt chłodno (sic!). Nie wyczytałem ze spektaklu, kim dla reżysera jest Królowa Śniegu. Mam wrażenie, że reżyser jej nie lubi i chciałby, żeby nie istniała. Musi jednak pamiętać, że bez niej nie byłoby całej opowieści…

Ps. Jeśli pomyliłem imiona postaci lub nazwiska aktorów przepraszam, ale nie znalazłem ani jednej kompletnej listy obsady, co jest niestety kompromitacją Działu Literackiego Teatru Narodowego. Apeluję do Państwa! Narodowa Scena nie może podchodzić do tematu w sposób  tak nieprofesjonalny, lekceważąc ciężką pracę artystów, których widzowie nie mają obowiązku znać “z automatu”.