Jestem na samym środku, prawda? – na marginesie “Końcówki” Becketta w reż. Krystiana Lupy w Teatro de la Abadia w Madrycie

zdj. Ros Ribas/Teatro de la Abadia

“Opadły czarodziejskie stroje
o własnych tylko siłach stoję
a te są nikłe”

W. Szekspir “Burza” akt V

Kluczowa dla zrozumienia całości scena w “Końcówce” Becketta, w reżyserii Krystiana Lupy, w madryckim Teatro Abadia rozpoczyna się, gdy Hamm (José Luis Gómez) mówi do Clova (rewelacyjna Susi Sánchez): “Powoź mnie trochę. (…) Obwieź mnie dookoła świata! Przy ścianach, a potem z powrotem na środek”.

Świat, o którym mówi Hamm, to wnętrze betonowego bunkra, z dwoma małymi oknami umieszczonymi z tyłu, wysoko nad podłogą. Z lewej strony, w ścianie, umieszczone są dwa sarkofagi, w których spoczywają rodzice Hamma: Nagg (Ramón Pons) i Nell (Lola Cordón), z prawej zaś znajdują się drzwi, z których wysypuje się ogromna ilość piasku. Jest to jedyne, zasypane już w dużej części przez piach wyjście, którego ciągle używa Clov. Ilość piachu i sposób, w jaki wdziera się on do środka bunkra, wskazują na nieodwracalność i gwałtowność tego procesu. W rozmowie z Naggiem Nell mówi, że “teraz jest piasek. Z plaży”. O tym, że bunkier ten znajduje się na plaży, dodatkowo świadczą choćby typowe morskie rekwizyty jak luneta i bosak czy wspomnienie latarni morskiej. Reżyser dokłada jeszcze szum morza, słyszany niemal przy każdym otwarciu okna. Przez okna widzimy najpierw szare niebo, potem białe baranki na niebieskim tle, aż w końcu zachód słońca. Tak prosto i pięknie zamyka się perspektywa czasowa przedstawienia.

W centralnym miejscu tego świata, przez większą część przedstawienia znajduje się Hamm. Ślepy, jeżdżący na wózku, chory, skupiony na sobie starzec. Jest panem tego świata. Panem tyle wszechwładnym, co – z powodu swych ułomności – bezbronnym i zdanym całkowicie na Clova, przygarniętą przez siebie sierotę. Ich relacja jest bardzo skomplikowana. Wymyka się z prostego schematu pan-sługa. Z jednej strony jest pełna złośliwości i nienawiści, z drugiej – przywiązania, ciepła i miłości. W teatrze Lupy od czasów “Kalkwerku” nie było tak skondensowanej i zróżnicowanej emocjonalnie relacji międzyludzkiej. Wielka w tym zasługa obojga aktorów, a zwłaszcza Sánchez, która za pomocą milczenia, pauz, drobnych gestów czy wreszcie gestów zaniechania buduje swą postać przejmująco. Żeby użyć nasuwającej się tu analogii z “Burzą” Szekspira, jest Arielem, Kalibanem i Mirandą jednocześnie.

Tak więc Hamm w jednej z najważniejszych scen każe się obwieźć “dookoła świata”. “Byłem na samym środku, prawda?”. To pytanie, dla Hamma kluczowe, jest desperacką próbą ratunku człowieka, który chce wierzyć, że jego egzystencja ma sens. Że jest on nie tylko centrum swojego świata, ale i centrum całego kosmosu. Hamm każe się dowieźć do ściany – granicy swojego wszechświata: “Stań!” – mówi do Clova. – “Stara ściana. A za nią… inne piekło. Bliżej. Bliżej, jak tylko się da”. Gómez w swojej desperacji, chęci dotknięcia “innego” i bezsilności jest przejmujący. Gwałtownie puka w ścianę, nasłuchuje. “Wszystko jest puste. Dosyć, wracamy” – konkluduje z goryczą.

“Na szczytach zawsze panuje cisza”, chciałoby się powtórzyć za Bernhardem. Pustka wywołuje w człowieku poczucie samotności. Hamm nazywa to “innym piekłem”. Samotność to piekło. “Pamiętaj! Na zewnątrz jest śmierć”, mówi wcześniej do Clova. To “zewnątrz” zewsząd go atakuje: we śnie, w modlitwie, w opowieści, w marzeniu. Jedyne, co mu pozostaje, to wiara. Wiara w to, że jest centralnym punktem odniesienia dla swojego świata i – że jest tego świata panem.

Ta iluzja jednak też zostaje mu odebrana. Jest w całości zdany na drugiego człowieka. To od tamtego zależy cała jego egzystencja i władza. Gdy Hamm usłyszy, że Clov stuka obcasami pięknych, nowych, zielonych butów, usłyszy, że nie ma więcej środków przeciwbólowych, że nie ma więcej pralinek, którymi kupował sobie uwagę ojca, usłyszy dźwięk budzika i sprawdzi bosakiem poziom piachu, pochłaniającego powoli jego świat, poczuje na twarzy ciepły promień zachodzącego słońca – uświadomi sobie, że to koniec. Że trzeba umrzeć. W intymnej, pięknej scenie żegna się z Clovem, pozbywa się atrybutów swojej władzy: czapki, okularów, gwizdka, chusty i – wstając z fotela – rusza w kierunku widowni. Clov, przebrany, gotowy do drogi, w ciszy obserwuje odejście Hamma. Komentarzem jego obecności niech będą słowa Prospera z “Morza i zwierciadła” Audena: “Pozostań przy mnie Arielu, gdy będę się zbierał do drogi. Twój pierwszy akt wolnej woli niech mi osłodzi odejście”.

Lupa w charakterystyczny dla siebie sposób oddziela od siebie to, co zwykłe, codzienne, od tego, co duchowe, wewnętrzne. Wspomnienie, sen, marzenie czy jakaś historia opowiadana przez Hamma czy Clova sygnalizowane są dyskretnym komentarzem w postaci pulsującej światłem, alarmowej czerwonej oblamówki, okalającej całą scenę. Gęstą, niepokojącą, emocjonalną tkankę tych scen współtworzy niesamowita muzyka Pawła Szymańskiego. Te chwile przedstawienia robią największe wrażenie.

Kubły na śmieci, w których znajdują się rodzice, zamienione przez Lupę w przezroczyste sarkofagi, w połączeniu z zielonymi, brudnymi ścianami, szykownym żyrandolem z innej rzeczywistości i czerwoną oblamówką sceny, dopełniają piękną i wyrafinowaną stronę plastyczną.

Trudno w kilku słowach opisać to wyjątkowo trudne i mądre przedstawienie, nakreślić wszystkie jego wątki i różnorodne ścieżki, po których Lupa wraz ze swoimi aktorami próbuje prowadzić widza. Należałoby tu wspomnieć o wątku zła, panoszącego się stale w relacjach ludzkich, o wątku Boga czy wiary w ogóle, wątku tajemnicy śmierci i strachu przed nią i wielu innych. Teatr Becketta, zaplanowany do granic możliwości, zmusił Lupę do ogromnej kondensacji własnej wizji i pomysłów – i to wyszło przedstawieniu na dobre. Otrzymaliśmy dwugodzinną, mądrą i piękną lekcję pokory wobec tego, czego nie wiemy i czego być może dowiemy się dopiero na końcu. Pytanie tylko, czy odpowiedź nie przyjdzie za późno?

Tekst ukazał się w Tygodniku Powszechnym, w maju 2010 r.