
zdj. materiały prasowe Teatru
Artyści Kolektywu Kolejny Teatr pod wodzą Pauliny Staniaszek, podobnie jak ci z Teatru im. Bogusławskiego w Kaliszu wzięli na warsztat sztukę Mattiasa Anderssona „Słabszy”. Różnica jest tylko taka, że ci pierwsi pokazali spektakl, ci drudzy – szkic sceniczny. Gdy się przyjrzeć strukturze obu adaptacji tego dramatu, okaże się, że w każdej z nich dokonano podobnych w gruncie rzeczy zabiegów. Oczywiście ich konsekwencje są już znacząco różne, ale o tym za chwilę. W wersji kaliskiej Piotr Froń obudował fabułę Andersona rodzajem narracyjnego komentarza, opartego na pomyśle, że będzie ona rodzajem retrospekcji przemocy, którą po latach wciąż wspominają/odgrywają dwaj główni – dziś czterdziestokilkuletni – bohaterowie (o szczegółach piszę w specjalnym poświęconym temu szkicowi tekście). W wersji Pauliny Staniaszek i dramaturżki Kaliny Jankowiak jest nieco podobnie, twórczynie również obudowują fabułę Anderssona komentarzem, z tym, że zakłada on wprowadzenie do tej opowieści dwóch nowych postaci, siostry Martina, Juni oraz dziewczyny Patricka, Astrid. Fabularnie wygląda to tak, że obie dziewczyny zawiązują nieoczekiwany sojusz (stoją przecież po dwóch stronach tego dramatu), szukając w lesie zaginionych chłopaków. Co ciekawe, minęło 11 lat a oni wciąż się w tym lesie znajdują, niczym w jakiejś pułapce czasu. O ile jednak dziewczyny nie mogą ich znaleźć, błądzą więc po tym lesie w nieskończoność, opowiadając nam przy okazji o chłopakach, ale i swojej odpowiedzialności za to, co się stało/dzieje, o tyle my, widzowie realnie ich spotykamy, oglądamy co się między nimi wydarzyło.
I muszę przyznać, że ten pomysł podobał mi się dużo bardziej od tego kaliskiego, bo dzięki takiemu zabiegowi uzyskiwaliśmy jakiś wgląd w kulisy całej tej opowieści, i to z perspektywy dziewczyn, a więc „elementu” niezwykle istotnego w całej tej emocjonalno-psychologicznej układance (dziewczyny były ważne dla Patricka w procesie przemocy, wobec nich dokonywało się przecież upokorzenie Martina). Chłopców grali młodzi aktorzy w tym samym, co dziewczyny wieku, owa zmiana głównych bohaterów była więc uzasadniona owymi jedenastoma latami, które minęły od wydarzeń w lesie i wiarygodna.
Jeśli chodzi o sceniczną realizację, to bywa już różnie. Scenografia Alicji Siemko przedstawiała coś na kształt lasu, składającego się z zawieszonych na sztankietach pasów tkaniny w cielistym kolorze, przemieszanych ze sznurami. Do tego na podłodze pełno było lin okrętowych, co miało chyba przywodzić na myśl obecną w tekście Anderssona bliskość morza. Wyglądało to dość efektownie, ale znaczeń w żaden sposób nie multiplikowało. Pomyślałem nawet na początku – wow! – są wiszące sznury, a więc może twórczynie zapytają też w jakiś sposób o samobójstwa ofiar przemocy, poruszając również ten, jakże ważny aspekt całej sprawy, ale się pomyliłem. Nikt tych sznurów w spektaklu nie „uruchamia”, a same z siebie są po prostu sznurami. Podobnie z liną okrętową, która jest wprawdzie w spektaklu wykorzystywana, ale znów trochę na siłę i nieporadnie. Nad komunikacją więc aktorstwa, opowieści i elementów scenografii, należałoby jeszcze popracować.
Po spektaklu zostałem na warsztatach z młodymi widzami, którzy zostali poproszeni przez aktorów o napisanie na samoprzylepnych karteczkach jakiejś wiadomości do poszczególnych postaci (na zasadzie, do kogo chcą) i przyklejenie jej na ciałach aktorów, stojących sobie w rządku na scenie. Okazało się, że najwięcej karteczek i… wsparcia otrzymała Juni (Natalia Jędruś), niewidoczna przez całe życie siostra Martina, której egzystencja w rodzinie polegała przede wszystkim na byciu tą drugą, gorszą. Gdy się nad tym zastanowić, można by się pokusić o tezę, że to rodzaj lustra rzeczywistości polskich rodzin, stąd taki odzew, a może – nie zapominajmy o tym, że jesteśmy w teatrze – efekt znakomitej gry Natalii Jędruś, która swoją postać zbudowała w prosty, przejrzysty, niezwykle sugestywny sposób.
Podobał mi się jeszcze na scenie Piotr Kramer, aczkolwiek mam duże zastrzeżenie do koncepcji postaci Patricka, jaką tu zaprezentowano. Nie jestem w stanie uwierzyć, że w takiej sytuacji, w jakiej znaleźli się ci dwaj chłopcy: Patrick agresor i jego wielomiesięczna/letnia ofiara, Martin, Patrick od początku będzie dla niego taki miły i normalny, w sensie, że tak sobie będą rozmawiać prawie, że „po ludzku”. Przecież ten Patrick musi Martina nienawidzić, musi nim gardzić, musi na jego widok buzować negatywnymi emocjami itd. Tu tego nie ma, i dla mnie to sytuacja fałszywa, może też dlatego „nie trafia tu w klawisze” sam Martin (Konrad Żygadło). Jeśli bowiem właśnie unieszkodliwił na chwilę krwiożerczego tygrysa, zamykając go w klatce, musi mieć inną energię – pomieszanie szaleństwa tego, co właśnie zrobił i strachu przed konsekwencjami, poczucia zemsty za wszelką cenę i jakiejś bojaźni, że droga na którą chce wkroczyć na zawsze zmieni jego życie, itd. Tu chodzi o temperaturę emocji, dialogu i rodzaj napięcia w ciałach, których to elementów tu w ogóle nie ma. Można tak, jak wy: prawie, że bez emocji, ale wtedy widz musi czytać konwencję, którą wybraliście i która uzasadnia taki a nie inny styl gry. Przemyślałbym także jeszcze raz gruntownie monologi wewnętrzne obu bohaterów, bo niektóre kwestie brzmią jakoś tak nieprawdziwie, że wspomnę obie sytuacje z Bogiem.
Narzekam tu trochę, bo opisuję spektakl, pozwalam więc sobie zwrócić uwagę na to, jak dramat Anderssona został wykonany i jak się zaprezentował na scenie. Generalnie jest w porządku, młodzi ludzie wyglądali na osoby, które całkiem sprawnie poradziły sobie z tą opowieścią i komunikatem całego zespołu, ale przecież w teatrze chodzi o coś więcej, niż o komunikację, prawda?
Recenzja powstała w ramach projektu DOMAGAŁAsięTEATRU. Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego