
zdj. materiały FO
Środa, 26 listopada 2025, 2.30 pm
Bohaterka ważniejsza od sprawy – „Chór na cztery wiosła i poczucie winy” Gołosza/Błaszczak z Analog Collective
Tekst Mariusza Gołosza opowiada o nastolatce Malwie, przebywającej na obozie sportowym gdzieś w Bieszczadach. Akcja toczy się nocą, w namiocie, w którym dziewczyna bezskutecznie próbuje zasnąć. Otaczają ją dźwięki – drapanie, chrapanie, szelesty, od których nie potrafi się odciąć. Z każdej strony słyszy głosy: Wioseł – personifikowanych towarzyszy, Trenerki, Matki oraz przede wszystkim Poczucia Winy, które nieustannie ją osądza i zagłusza jej własne myśli. Niepokój Malwy narasta, gdy wydaje jej się, że ktoś chodzi wokół namiotu. Chciałaby krzyczeć, ale powstrzymują ją przewidywane reakcje otoczenia – wyśmiewanie, bagatelizowanie, podejrzenia o przesadę. Malwa rozważa wyjście z namiotu, ale paraliżują ją wstyd, strach przed oceną i kompleksy. Kiedy w końcu próbuje, budzi koleżankę. Ta początkowo reaguje zniecierpliwieniem, lecz ostatecznie zgadza się wyjść z nią na zewnątrz – razem, z latarką i gwizdkiem. Ten gest przełamuje samotność Malwy i jej lęk. Pozwala też jej się otworzyć na drugiego człowieka.
Przyznam się, że mam jakiś problem z tym tekstem, w sensie, że tam się jednak za mało dzieje, wszystko bowiem opowiada się w słowach (jak ja marzę o polskim dramacie, w którym będą tylko trzy zdania!). Bohaterka ciągle jest w tym samym miejscu czyli namiocie, a my międlimy jej wyjściową sytuację na wszelkie możliwe sposoby. Na zasadzie: co jeszcze możemy z nią połączyć, dołożyć do katalogu możliwych problemów. Mamy więc przede wszystkim lęk przed zawodami, następnie lęk przed nocą, tym, że nie można zasnąć, tym, że ktoś może na ciebie czyhać na zewnątrz itp. Wachlarz zagadnień jest szeroki, ale wygląda na nieco wydumane „mydło i powidło”. Pomysł z Wiosłami jest fajny, aktorzy – Miłosz Konieczny i Marek Zimakiewicz – dobrze go zresztą eksploatują, nadając tej narracji głębszy sens, werwę i jakiś rodzaj czułości. Spektakl zresztą naprawdę nieźle się ogląda, ale to głównie zasługa Malwiny Czekaj, która spina go swoją charyzmą, dobitnie prezentowaną przy pomocy ekranu, na którym oglądamy monstrualną twarz bohaterki, transmitowaną na żywo z namiotu. Malwa jest ciągle z nami, jest punktem, od którego wszystko się zaczyna, i na którym wszystko się kończy. Bo żaden z jej problemów się nie rozwija w satysfakcjonujący sposób, nie staje tematem tego szkicu. Na pewno warto byłoby więc wybrać jeden z problemów bohaterki i go rozwinąć, bo na razie wychodzi, że rzecz cała jest o strumieniu świadomości tej dziewczyny. A więc o niej i tylko o niej.
Podziękowania
I w ten właśnie sposób dotarliśmy do finału naszej nowohuckiej podróży! Po raz pierwszy miałem przyjemność pracować przy Festiwalu Otwarcia i jestem zachwycony! Zwłaszcza tym, że Teatralny Instytut Młodych pełen był… Młodych! Chciałbym więc teraz podziękować dyrektorce Teatru Ludowego, Małgorzacie Bogajewskiej oraz Katarzynie Dudek wraz z całym Zespołem pracującym przy FO, za zaproszenie, zaufanie i gościnę! I pogratulować imprezy, budującej prawdziwą międzypokoleniową wspólnotę! Imprezy, z której chciało się nie wychodzić! Brawo!
Wtorek, 25 listopada 2025, 12.30 pm
Nie zawsze miarka miarką – „Chłopcy z Placu Miarki” Bartłomieja Błaszczyńskiego z Teatru Śląskiego w Katowicach.
Od razu będzie krytycznie, ale nie dlatego, że mi się nie podobało. Wprost przeciwnie, zobaczyłem w tej opowieści coś wartościowego, fajnie byłoby więc, żeby jakość powstającego właśnie spektaklu (oglądaliśmy pewien etap pracy) była jak najlepsza. Na początek tytuł. Fajnie, że twórcy chcą przybliżyć tę opowieść młodym śląskim widzom, adaptując tytułowy molnarowy Plac Broni do warunków lokalnych, ale trzeba być konsekwentnym. Jeśli się przywozi spektakl do Krakowa, pokazując go miejscowym, to albo wracamy z tytułem do oryginału (zwłaszcza że opowieść jest powszechnie znana), albo dopasowujemy realia do rzeczywistości Nowej Huty. Mamy wtedy Plac Centralny, ulicę Jana Pawła, Aleję Róż itd, efekt więc zmiany tytułu zostaje wygrany także tutaj.
Kolejna kwestia to ilość aktorów. Oczywiście rozumiem, że ekonomia obsady i środków jest najważniejsza, ale banda Feri Acza nie może się składać tylko z Feri Acza, ewentualnie Gereba, zdradzającego swoich kolegów. Są granice tego adaptacyjnego i reżyserskiego „skreślania”. Jeśli już jesteśmy przy postaci Feri Acza, to błagam was, drodzy twórcy, zmieńcie mu ten koszmarny, ezoteryczno-szamańsko-dzieńdobrotefauenowy kostium! Pomysł, żeby Nemeczek zamiast Feri Acza, zobaczył w jego osobie przebłysk nadchodzącej śmierci jest wspaniały, ale to może się zdarzyć raz i musi być przerażającym doświadczeniem, nie memicznym. Każde kolejne wejście takiego przebierańca osłabia całą opowieść robiąc z niej jakieś ezoteryczno-czarodziejskie kuriozum. Feri Acz musi być przeciwnikiem godnym Boki. To jest opowieść o dwóch męskich plemionach, z kodeksem i zasadami, w których zmiana przychodzi poprzez postać Nemeczka, chłopca na pierwszy rzut stereotypowo słabego, „dziewczyńskiego”, który z każdą minutą fabuły udowadnia swoim kolegom i wrogom, że siła, prawość i godność nie zależy wprost proporcjonalnie od liczby muskułów i kaloryfera na brzuchu. Sukmana Ariego ten przekaz skutecznie niweczy, wprowadzając niekonsekwencję teatralnego znaku.
Tyle czepiania: historia opowiedziana przez Bartłomieja Błaszczyńskiego ma naprawdę dobry nerw, trzyma się w ryzach prawdopodobieństwa i czasu, co też przekłada się na jej klarowność, dowodząc na razie tylko, że dobry tekst (autorka adaptacji Katarzyna Błaszczyńska) to w teatrze skarb. Jest oczywiście jeszcze Nemeczek, pięknie zagrany tu przez Błaszczyńską, który tę opowieść w niesamowity sposób uwiarygadnia. Motywacja do pracy powinna być najwyższa, bo szkic sceniczny Teatru Śląskiego zgarnął właśnie główną nagrodę, przyznawaną przez jury młodzieżowe Festiwalu Otwarcia. Najgorsze, co można by teraz zrobić to osiąść na realnych całkiem laurach, zachęcam więc do pracy. Podpisano: Wasz Dyżurny Malkontent
Poniedziałek, 24 listopada 2025, 9:30 pm
Patrick i Martin w linę zaplątani – „Słabszy” Anderssona/Staniaszek z Kolektywu Kolejny Teatr
Artyści Kolektywu Kolejny Teatr pod wodzą Pauliny Staniaszek, podobnie jak ci z Teatru im. Bogusławskiego w Kaliszu wzięli na warsztat sztukę Mattiasa Anderssona „Słabszy”. Różnica jest tylko taka, że ci pierwsi pokazali spektakl, ci drudzy – szkic sceniczny. Gdy się przyjrzeć strukturze obu adaptacji tego dramatu, okaże się, że w każdej z nich dokonano podobnych w gruncie rzeczy zabiegów. Oczywiście ich konsekwencje są już znacząco różne, ale o tym za chwilę. W wersji kaliskiej Piotr Froń obudował fabułę Andersona rodzajem narracyjnego komentarza, opartego na pomyśle, że będzie ona rodzajem retrospekcji przemocy, którą po latach wciąż wspominają/odgrywają dwaj główni – dziś czterdziestokilkuletni – bohaterowie (o szczegółach piszę w specjalnym poświęconym temu szkicowi tekście). W wersji Pauliny Staniaszek i dramaturżki Kaliny Jankowiak jest nieco podobnie, twórczynie również obudowują fabułę Anderssona komentarzem, z tym, że zakłada on wprowadzenie do tej opowieści dwóch nowych postaci, siostry Martina, Juni oraz dziewczyny Patricka, Astrid. Fabularnie wygląda to tak, że obie dziewczyny zawiązują nieoczekiwany sojusz (stoją przecież po dwóch stronach tego dramatu), szukając w lesie zaginionych chłopaków. Co ciekawe, minęło 11 lat a oni wciąż się w tym lesie znajdują, niczym w jakiejś pułapce czasu. O ile jednak dziewczyny nie mogą ich znaleźć, błądzą więc po tym lesie w nieskończoność, opowiadając nam przy okazji o chłopakach, ale i swojej odpowiedzialności za to, co się stało/dzieje, o tyle my, widzowie realnie ich spotykamy, oglądamy co się między nimi wydarzyło.
I muszę przyznać, że ten pomysł podobał mi się dużo bardziej od tego kaliskiego, bo dzięki takiemu zabiegowi uzyskiwaliśmy jakiś wgląd w kulisy całej tej opowieści, i to z perspektywy dziewczyn, a więc „elementu” niezwykle istotnego w całej tej emocjonalno-psychologicznej układance (dziewczyny były ważne dla Patricka w procesie przemocy, wobec nich dokonywało się przecież upokorzenie Martina). Chłopców grali młodzi aktorzy w tym samym, co dziewczyny wieku, owa zmiana głównych bohaterów była więc uzasadniona owymi jedenastoma latami, które minęły od wydarzeń w lesie i wiarygodna.
Jeśli chodzi o sceniczną realizację, to bywa już różnie. Scenografia Alicji Siemko przedstawiała coś na kształt lasu, składającego się z zawieszonych na sztankietach pasów tkaniny w cielistym kolorze, przemieszanych ze sznurami. Do tego na podłodze pełno było lin okrętowych, co miało chyba przywodzić na myśl obecną w tekście Anderssona bliskość morza. Wyglądało to dość efektownie, ale znaczeń w żaden sposób nie multiplikowało. Pomyślałem nawet na początku – wow! – są wiszące sznury, a więc może twórczynie zapytają też w jakiś sposób o samobójstwa ofiar przemocy, poruszając również ten, jakże ważny aspekt całej sprawy, ale się pomyliłem. Nikt tych sznurów w spektaklu nie „uruchamia”, a same z siebie są po prostu sznurami. Podobnie z liną okrętową, która jest wprawdzie w spektaklu wykorzystywana, ale znów trochę na siłę i nieporadnie. Nad komunikacją więc aktorstwa, opowieści i elementów scenografii, należałoby jeszcze popracować.
Po spektaklu zostałem na warsztatach z młodymi widzami, którzy zostali poproszeni przez aktorów o napisanie na samoprzylepnych karteczkach jakiejś wiadomości do poszczególnych postaci (na zasadzie, do kogo chcą) i przyklejenie jej na ciałach aktorów, stojących sobie w rządku na scenie. Okazało się, że najwięcej karteczek i… wsparcia otrzymała Juni (Natalia Jędruś), niewidoczna przez całe życie siostra Martina, której egzystencja w rodzinie polegała przede wszystkim na byciu tą drugą, gorszą. Gdy się nad tym zastanowić, można by się pokusić o tezę, że to rodzaj lustra rzeczywistości polskich rodzin, stąd taki odzew, a może – nie zapominajmy o tym, że jesteśmy w teatrze – efekt znakomitej gry Natalii Jędruś, która swoją postać zbudowała w prosty, przejrzysty, niezwykle sugestywny sposób.
Podobał mi się jeszcze na scenie Piotr Kramer, aczkolwiek mam duże zastrzeżenie do koncepcji postaci Patricka, jaką tu zaprezentowano. Nie jestem w stanie uwierzyć, że w takiej sytuacji, w jakiej znaleźli się ci dwaj chłopcy: Patrick agresor i jego wielomiesięczna/letnia ofiara, Martin, Patrick od początku będzie dla niego taki miły i normalny, w sensie, że tak sobie będą rozmawiać prawie, że „po ludzku”. Przecież ten Patrick musi Martina nienawidzić, musi nim gardzić, musi na jego widok buzować negatywnymi emocjami itd. Tu tego nie ma, i dla mnie to sytuacja fałszywa, może też dlatego „nie trafia tu w klawisze” sam Martin (Konrad Żygadło). Jeśli bowiem właśnie unieszkodliwił na chwilę krwiożerczego tygrysa, zamykając go w klatce, musi mieć inną energię – pomieszanie szaleństwa tego, co właśnie zrobił i strachu przed konsekwencjami, poczucia zemsty za wszelką cenę i jakiejś bojaźni, że droga na którą chce wkroczyć na zawsze zmieni jego życie, itd. Tu chodzi o temperaturę emocji, dialogu i rodzaj napięcia w ciałach, których to elementów tu w ogóle nie ma. Można tak, jak wy: prawie, że bez emocji, ale wtedy widz musi czytać konwencję, którą wybraliście i która uzasadnia taki a nie inny styl gry. Przemyślałbym także jeszcze raz gruntownie monologi wewnętrzne obu bohaterów, bo niektóre kwestie brzmią jakoś tak nieprawdziwie, że wspomnę obie sytuacje z Bogiem.
Narzekam tu trochę, bo opisuję spektakl, pozwalam więc sobie zwrócić uwagę na to, jak dramat Anderssona został wykonany i jak się zaprezentował na scenie. Generalnie jest w porządku, młodzi ludzie wyglądali na osoby, które całkiem sprawnie poradziły sobie z tą opowieścią i komunikatem całego zespołu, ale przecież w teatrze chodzi o coś więcej, niż o komunikację, prawda?
Poniedziałek, 24 listopada 2025, 9:30 am
Sztuka najlepszą nauczycielką historii – „Bibuła w tapczanie” Michała Derlatki z Teatru Miniatura w Gdańsku.
Kiedy dokładnie rok temu oglądałem w ryskim Łotewskim Teatrze Lalek wspaniały spektakl „Siberian Haiku” Valtersa Silisa poświęcony rosyjskim wywózkom całych rodzin na Sybir, pomyślałem, że to bardzo ważna umiejętność – umieć opowiadać nieodległą, traumatyczną historię w sposób prosty, piękny i przede wszystkim atrakcyjny dla młodych widzów. W Polsce to szczególnie trudne z uwagi na to, że jedna ze stron politycznego sporu zawłaszczając sobie pojęcia takie, jak „naród”, „ojczyzna” czy „patriotyzm”, całkowicie je skompromitowała, wysyłając je do strefy monstrualnego krindżu i obciachu. Stało się nawet coś gorszego, owe tak potrzebne i ważne dla każdego narodu narracje, zostały zblatowane z obrazami i stereotypami, rażącymi pompatyczną operetkowością, patosem i jednym, nieznoszącym sprzeciwu, najczęściej fałszywym tonem opowiadania. Nakłonienie więc młodych ludzi – a może też i tych, starszych – do obejrzenia z własnej woli historycznego/patriotycznego spektaklu (pamiętny rzeszowski monodram poświęcony żołnierzom wyklętym, pokazywany w moim rodzinnym Busku z łapanką na widownię, bo nikt nie kupił biletu), graniczy dziś z cudem. Oczywiście nie sposób nie wspomnieć przy tej okazji słynnego musicalu „1989” Katarzyny Szyngiery z Teatru im. Słowackiego w Krakowie, który opowiadał o fenomenie Solidarności w sposób nie tylko niezwykle atrakcyjny, ale także afirmatywny, co w przypadku historii Polski zdarza się naprawdę rzadko. Należy podkreślić jednak, że jest to chlubny wyjątek na mapie współczesnego polskiego teatru.
Zarysowuję tu ów kontekst po to, żeby pokazać jak wielką radość wzbudził we mnie znakomity spektakl Michała Derlatki „Bibuła w tapczanie”, opowiadający – podobnie jak „1989” – historię solidarnościowej rewolucji a zrealizowany na podstawie znakomitego tekstu Michała Rusinka. Mamy tu więc angażującą młodych widzów (8+) od pierwszych chwil opowieść historyczną, jej atrakcyjną formę sceniczną z uwzględnieniem znakomitej wielofunkcyjnej scenografii Michała Dracza oraz specyficznego użycia kartonowych lalek, mamy energetyczną muzykę Tymona Tymańskiego, wreszcie znakomite aktorstwo Dariusza Czarnieckiego i Jakuba Ehrlicha. Czegóż chcieć więcej!
Po kilku minutach spektaklu okazuje się, że śmieją się, i starzy, i młodzi, że wszyscy się łapią na tę znakomitą lekcję historii, że może ona być mądrze skonstruowana, przejrzysta i artystycznie atrakcyjna. A więc i Polacy umieją brawurowo opowiadać swoją historię, pomyślałem! To wspaniała wiadomość! Naprawdę!
Niedziela, 23 listopada 2025, 9:30 pm
Siostrzeństwo i komunikacja – „Jak zostać księżniczką” Marii Gustowskiej w reż. Olgi Pabisek z AST Kraków
Nie będę ukrywał, że nie jestem ekspertem od problemów nastoletnich dziewcząt. Zamiast więc się rozwodzić nad tematyką tego spektaklu, przyjrzę się sposobowi, w jaki reżyserka Olga Pabisek próbowała uporać się z tekstem Marii Gustowskiej a jest to kwestia bardzo ciekawa. Sam dramat składa się z dwóch przeplecionych ze sobą narracji: pierwsza dotyczy realistycznego zdarzenia z życia dwóch nastoletnich sióstr, druga jest jego nierealistyczną pochodną. Otóż Rysia, informuje swoją młodszą siostrę, Dzidzię, że znalazła i przeczytała jej pamiętnik. Ta się na nią oczywiście obraża, odmawiając jej kontaktu i zamykając się w pokoju. Po jakimś jednak czasie, po przeprosinach ze strony Rysi i kilku próbach nawiązania przez nią kontaktu, Dzidzia się „odobraża”. Owo odizolowanie się w pokoju (dramat powstał na bazie doświadczenia pandemii) przez Dzidzię to drugi wątek tekstu Marii Gustowskiej. Rozgrywa się na wyimaginowanym zamku, w którym Dzidzia, teraz nazywająca się Śpiącą, znajduje się teraz z dwoma wyimaginowanymi koleżankami (a może damami dworu) – Penelopą i Roszpunką. Siedzą więc sobie razem, obserwują przez okno ulicę i rozmawiają na różne tematy. W pewnym momencie, Śpiąca nagle postanawia nawiązać z kimś kontakt przez internet, nie wie nawet jeszcze, czy to będzie on, czy ona, nie wie też, jaka z tego wyjdzie relacja. Jako że, wkrótce ktoś do niej właśnie napisał, zaczyna wraz z Penelopą i Roszpunką dywagować, wymyślając potencjalne sytuacje, w których to rolę kolejnych bohaterek/ów tych nawiązywanych właśnie internetowych relacji zagra specjalnie powołana na tę okoliczność, wyimaginowana jeszcze bardziej postać – Typiary Grającej W Tym Tekście Rolę Księżniczki Na Białym Koniu, Ale Nie Mającej Konia. Tu się na chwilę zatrzymajmy, mamy bowiem bardzo ciekawą konstrukcję: oto bohaterka ucieka w wymyślony przez siebie świat, w którym ona i jej koleżanki wymyślają sobie kogoś jeszcze, żeby móc poeksplorować różne swoje/jej pomysły.
Olga Pabisek potraktowała tę opowieść najprościej jak się dało, po lewej stronie zbudowała świat „realistyczny”, po prawej ten wyimaginowany, będący czymś na kształt połączenia dziecięcego świata symbolizowanego przez namiot najczęściej rozbijany w stołowym, z takim koronkowo-firankowym, znanym z rodzinnych opowieści o babcinych światach, bliskich kulturze ludowej. Penelopa i Roszpunka wyglądają na normalne, niczym się niewyróżniające się dziewczyny, z kolei Typiara jest wyraźnie wyodrębniona ciemnym kostiumem, ale nie stanowi on w tym świecie teatralnego znaku, wyprowadzającego tę postać poza „realizm” surrealizmu tego wątku. Efektem takiego a nie innego wyboru strategii jest określony spektakl, którego tematem głównym wydaje się być panorama złożonego, nieoczywistego świata nastolatki, oparta na relacjach rówieśniczych tworzących przy okazji naturalną przestrzeń tego, co się dziś nazywa siostrzeństwem. I to jest super.
Struktura tego tekstu daje jednak dużo większe możliwości, choćby tylko dlatego, że żonglujemy tu trzema elementami. Możemy więc na przykład obsadzić w postaci Typiary, aktorkę, którą gra Rysia, sugerując tym samym, że więź między siostrami jest tak silna, iż Dzidzia nawet w wyimaginowanym świecie nie może się jej pozbyć. Możemy też na przykład pociągnąć temat Typiary jako personifikacji kogoś poznanego w necie, kto wymyka się tej lukrowanej wizji Dzidzi, stanowiąc dla niej w sferze tego, co się dzieje na scenie realne zagrożenie. I tak dalej…
Na koniec napiszę jeszcze jedną rzecz, jako facet kompletnie się na tę opowieść nie załapałem, w końcu my jesteśmy z Marsa, a drogie Panie z Venus. Po rozmowach z kilkoma znajomymi dziewczynami, które były razem ze mną na tym pokazie, uświadomiłem sobie, że świat przedstawiony w „Jak zostać księżniczką” jest hardkorowo dziewczyński i, że dla dziewczyn czy kobiet jego struktura i elementy stanowią coś oczywistego, dobrze im znanego. I to wydaje mi się znakomitym początkiem rozmowy, do której dziewczyny mogłyby zaprosić chłopaków, żeby spróbować „objaśnić im swój świat”. Nie od dziś przecież wiadomo, że wiele związków, relacji damsko-męskich można by uratować, gdyby przedstawiciele obu płci umieli nawzajem mówić w swoich językach. Komunikacja, najważniejsza jest przecież komunikacja, czyż nie?
Piątek, 21 listopada 2025, 9:15 am
Umieszczam tu teraz krótką informację, że zaraz – o 9:30 oglądam kolejny spektakl, a potem kolejny, refleksje zaś pojawią się pod koniec weekendu, bo kiedyś to wszystko trzeba obejrzeć, przeczytać oryginały i napisać, bądźmy w kontakcie!
Środa, 19 listopada 2025, 9,30 pm
Życie (amerykańskim) snem – „Co gryzie Gilberta Grape’a” wg Petera Hedgesa w reż. Jakuba Zalasy w Teatrze Ludowym w Krakowie
Trigger warnings: tekst zawiera mocne wulgaryzmy, ale inaczej się nie dało oddać sytuacji bohaterów, przepraszam
Gilbert Grape ma generalnie przejebane (celowo używam tu wulgaryzmu, żeby podkreślić, w jak strasznej sytuacji się znajduje). Mieszka w zapomnianej przez Boga i ludzi dziurze o nazwie Endora, poświęcając wszystkie swoje siły na obowiązki wobec rodziny. Opiekuje się młodszym bratem Arniem, który żyjąc z niepełnosprawnością intelektualną, wymaga stałej uwagi, a także matką, będącą w depresji po samobójczej śmierci męża, czego efektem jest chorobliwa wręcz otyłość i brak kontaktu z rzeczywistością. Jego życie wydaje się tkwić w miejscu, a marzenia o wolności i zmianie są ciągle odkładane na później, zwłaszcza że substytutem szczęścia staje się dla niego romans z dużo starszą miejscową pięknością, nieszczęśliwą w swoim małżeństwie Betty. Przełom następuje, gdy do miasteczka trafia Becky – niezależna, pogodna dziewczyna podróżująca z babcią. Jej pojawienie się sprawia, że Gilbertowi otwierają się oczy, że zaczyna zyskiwać świadomość nadciągającej katastrofy, rozumiejąc, że dłużej się tak nie da, że to wszystko po prostu pewnego dnia pierdolnie. W spektaklu Jakuba Zalasy dobrze to symbolizuje stropowa belka, której pękniecie grożące katastrofą budowlaną zauważa w pewnym momencie tej opowieści Gilbert. W finale okaże się, co uda mu się tak naprawdę uratować, ale postawię tu kropkę, żeby nie odbierać Wam nie/przyjemności oglądania.
Zalasa nie kombinuje, opowiada historię Gilberta linearnie i po bożemu, opierając swoją narrację na chwilami przejmującym, prawdziwym do bólu aktorstwie studenta IV roku łódzkiej filmówki – Marcina Mazurka, oraz nieco surrealistycznej wizji Endory, w której przyszło utknąć jego bohaterowi. Efekt jest taki, że po pewnym czasie przebywania w tym świecie zaczynamy się gubić. Nie wiadomo bowiem czy iluzja, jaką stworzył sobie Gilbert, żeby w tym świecie przetrwać, jest tego świata pochodną, czy alternatywną rzeczywistością ulepioną sobie przez niego z ogólnodostępnych, stereotypowych artefaktów, związanych z szeroko pojętą amerykańskością – m.in. puszka Campbella, Andy Warhol, Statua Wolności, performance Marylin, amerykańskie liceum, Mount Rushmore, Burger Stodoła. Zalasa zresztą w tym temacie naprawdę czuje vibe, przykładem znakomita scena, w której matka Gilberta, Bonnie, wychodząc z domu pierwszy raz od wielu tygodni na urodziny Arniego, zakłada sukienkę w kolorze zielonym, podobnym do tego, w jakim wykonano Statuę Wolności. Beata Schimscheiner w tej roli staje przed nami w pełnej krasie, a my nie mamy wątpliwości, że współczesna Ameryka według Jakuba Zalasy to umęczona, monstrualnie otyła kobieta w depresji, mająca problem, żeby wyjść z własnego domu. Powie może ktoś, że nie ma w tym niczego odkrywczego, i będzie miał rację, warto jednak zwrócić uwagę na poziom wykonania zadania, na łatwość, z jaką ten młodziutki jeszcze reżyser żongluje teatralnymi znakami, jak cierpliwie buduje jakąś miniopowieść, żeby zderzyć ją potem nieoczekiwanie z inną i wykorzystać w szerszym planie. Jest w tym naprawdę dobry i wieszczę mu dużą karierę, bo wie, jak się bawić w teatr. Innym przykładem talentu i umiejętności Zalasy jest znakomity wątek Betty, którą wspaniale maluje tu różnymi kolorami Katarzyna Tlałka. Zalasa ewidentnie balansuje w jej przypadku między stereotypem miejscowej piękności oraz blaskiem Julianne Moore (do której jest podobna i która by ją pewnie grała w hollywoodzkim filmie) a losem nieszczęśliwej żony i matki bez żadnych szans na wolność i szczęście, osoby, dla której młodość Gilberta jest jedną z nielicznych nagród w tym przestrzelonym konkursie na sukces, jego los zaś tłem, na którym jej własne życie nie wydaje się jeszcze aż tak krańcowo przesrane.
Gilbert Mazurka ma to coś, co daje mu tu niezwykłą przewagę i ustawia również rolę – jest naturalnie uroczy, miły i grzeczny. Po pewnym więc czasie rozumiemy, że jego głównym problemem jest niemożność wydobycia się z pułapki, jaką zastawia na niego łatka „dobrego chłopaka”. Nie wątpię, że aktor Mazurek również taką osobą jest, choć ma to znaczenie o tyle, że jego natura zgadza się w jakiś sposób z naturą granej przez niego postaci. Z jednej strony jego Gilbert ma na pewno wyraźny problem ze stawianiem granic, z drugiej – jak już pisałem na początku – ma w życiu naprawdę przejebane. Zachwyciły mnie w jego kreacji te momenty, gdy ktoś z jego otoczenia – świadomie czy też nie – naciśnie bolące go, poukrywane skrzętnie pod maską nieco zblazowanego, cynicznego twardziela, miejsca w jego zbolałej duszy. Mazurek, jako że jest jeszcze aktorem mało doświadczonym, ma naturalną w takich momentach ludzką potrzebę wypowiedzenia swojej niezgody w sposób częściowo skrywany, nie eksponując swojej twarzy, jakby wstydząc się nieco tego wybuchu negatywnych emocji. To czyni jego rolę poruszającą, daje mu bowiem prawdę, jaką trudno zagrać. Po latach zrobi to być może równie dobrze, ale już ze świadomością narzędzi, jakimi dysponuje i pod pełną kontrolą. Tu daje się ponieść czystej intuicji i emocjom, a efekty są wspaniałe, choćby w scenie opowieści kumpla o upokorzeniu ich wspólnego kolegi czy w momencie, gdy matka wygłasza swoje rytualne tyrady po to, żeby je wygłosić, nie patrząc na to, że ostatecznie odcina Gilbertowi emocjonalny prąd, tak potrzebny, by ten cały zdezelowany, poobijany autobus ich rodziny wolno toczył się do przodu.
Urok osobisty Mazurka, jego niewinność uwiarygodnia też iluzję opartą na tej całej amerykańskości. Normalnie przyczepiłbym się, że – przy całym szacunku do superpomysłu – jest w niej trochę za dużo elementów, tu jednak się tego nie czuje, bo Mazurek ratuje ją swoją charyzmą i niewinnością. Dzieje się to zaś w taki sposób, że prawie od początku mamy poczucie, że oglądamy rzeczywistość tej przeklętej dziury jego oczami, ale nie realistycznymi, lecz przefiltrowanymi przez jego oczy, z całej siły niechcące widzieć katastrofy tego miejsca i swojego życia. To właśnie decyduje, że spektakl Zalasy to coś więcej niż porządnie zrobiona przez początkującego reżysera adaptacja znanej opowieści.
W filmie Lasse Hallströma, opartym na powieści Petera Hedgesa, zwracała uwagę przede wszystkim brawurowo zagrana postać Arniego, w którego wcielił się Leonardo di Caprio. W spektaklu Jakuba Zalasy efekt jest podobny, a to dlatego, że Arniego gra aktor nieprofesjonalny, Kajetan Sługocki, i robi to olśniewająco. Po pokazie dowiedziałem się, że od lat żyje z niepełnosprawnością, aczkolwiek muszę się przyznać, że użył jej tutaj po mistrzowsku, punktując najważniejsze momenty roli swojego bohatera jak rasowy, zawodowy aktor. Na koniec pragnę wspomnieć o jeszcze jednym ciekawym zabiegu, a mianowicie o użyciu kanapy w kształcie puszki Campbella, na której swój wieczny, straszny żywot pędzi Bonnie, matka Gilberta. Gdy jest ona odwrócona do nas tyłem, a dzieje się tak prawie przez cały czas trwania spektaklu (Bonnie ogląda telewizję), kolory, które się nam narzucają, to biel i czerwień, przywodzące na myśl zapomniane przez Boga i ludzi małe polskie miasteczka. Pomyślałem, że to naprawdę niezły pomysł, żeby nam wdrukować, że nie mówimy tu o żadnej Ameryce, zaklętej w dziełach Warhola czy innych obrazach amerykańskich mitów, ale o nas – dobrych choć nieszczęśliwych Polakach, uwikłanych w trudne rodzinne sytuacje, próbujących robić dobre miny do naprawdę przejebanych (a nie tylko złych) gier, i marzących o lepszym życiu, które będzie dane jakiemuś małemu procentowi szczęściarzy… I zrobiło mi się smutno, dojmująco smutno, sam przecież pochodzę z niedalekiej od Krakowa Endory…
Z uwag technicznych: Jakub Zalasa na pewno musi się nauczyć lepiej konstruować dramaturgię całości (II część powinna zawierać już tylko urodziny i finał – taki amerykański styl), skracać tekst, ograniczać własne pomysły, choćby najlepsze, żeby wszelkie proporcje zostały zachowane, zwłaszcza że teatr to chyba jednak matematyka. Resztą już dysponuje i śmiem twierdzić, że ma absolutnie znakomite karty na to, żeby być nie tylko artystą (nim się jest od urodzenia), ale też doskonałym rzemieślnikiem, panującym w pełni nad medium, za pomocą którego zamierza się wypowiadać.
Środa, 19 listopada 2025, 9:30 am
SŁABSZY Mattiasa Anderssona – szkic sceniczny Piotra Fronia i Darii Kubisiak z Teatru im. Bogusławskiego w Kaliszu
Sztuka Mattiasa Andersona – szwedzkiego dramatopisarza, ale i uznanego reżysera oraz dyrektora artystycznego Królewskiego Teatru Dramatycznego w Sztokholmie – rozpisana jest na dwójkę bohaterów, dwunastoletniego agresora Patricka i jego szkolną ofiarę w tym samym wieku – Martina, którzy znajdują się teraz w sytuacji nieco odmiennej niż te szkolne, powtarzające się w ramach trwającego już jakiś czas procesu przemocy. Chłopcy są w lesie, daleko od obozu, na który wyjechali wraz z wychowawczynią i resztą klasy, zmieniły się też ich role, nie jest już takie oczywiste, który z nich jest… słabszy.
Zaraz na początku dramatu Patrick, leżący teraz na ziemi i niemogący się ruszyć, zaczyna z bezsilności i strachu grozić swojej ofierze, opisując Martinowi, co mu zrobi, gdy tylko sytuacja wróci do normy. Ten jednak zauważa, że groźby te już dawno zostały przez niego spełnione. Sytuacja potem się powtarza, jakby autor chciał położyć na tę strategię szczególny nacisk. Z tej perspektywy „Słabszy” byłby więc nie tylko opowieścią o samej przemocy, ale też o niewystarczalności języka czy szerzej – ludzkiej wyobraźni do jej opisu. Idąc dalej tą drogą, można by postawić tezę, że sztuka ta w teatrze wymaga daleko idącego odejścia od słów, jako bazowego elementu inscenizacji. Słowa bowiem – zgodnie zresztą z ideą autora – nie są tu wystarczające. Opowieść potrzebuje narracji, która w jakiś skrajny sposób spróbuje się zbliżyć do istoty rzeczy czyli przemocy, omijając tradycyjne sposoby jej opowiadania. Tego oczywiście w szkicu scenicznym Darii Kubisiak musiało zabraknąć, miał on bowiem – zgodnie z zasadami produkcji festiwalowych – formę rozbudowanego czytania, w którym aktorzy nie uczą się tekstu na pamięć a czytają go z egzemplarza. Nie mogło tu więc być mowy o jakiejś innej niż tekstowa narracji. Zresztą nie o krytykę pomysłów twórców tu chodzi a o odpowiedź na pytanie, co z tym dramatem można zrobić, jakie ma on możliwości.
Adaptacja tej sztuki autorstwa Piotra Fronia zaczyna się w następujący sposób: Martin i Erik to dwaj mężczyźni w średnim wieku. Mają wspólną przeszłość, która sięga czasów szkoły podstawowej. Od momentu, w którym Martin pojawił się w nowej szkole, jego kolega z klasy, Erik, znęcał się nad nim. Erik był oprawcą — Martin ofiarą. Erik był silniejszy — Martin słabszy. Trzydzieści pięć lat później mężczyźni wracają do tego, co było. Wyobrażają sobie coś, co mogło się wtedy stać”. W związku z tym, nie oglądamy już na scenie dwóch nastolatków, a dorosłych bohaterów, rekonstruujących nam fabułę Anderssona po latach. Taka interpretacja „Słabszego” też ma oczywiście sens, kieruje bowiem naszą uwagę choćby na fakt, że owa zaznana w dzieciństwie przemoc, może pączkować w nas przez lata i się ciągle w naszej głowie reprodukować. Pomysł jednak nie wydaje mi się najbardziej fortunny, jeśli chodzi o prezentację tej opowieści młodemu widzowi. Po pierwsze dlatego, że wśród metapoziomów teatralnych narracji (system podwójnej retardacji), wynikających z takiego ujęcia fabuły, gubi się samą opowieść o przemocy. Po drugie, czterdziestokilkuletni bohaterowie nie wydają się najlepszym medium między opowieścią a nastoletnimi widzami, zwłaszcza w sytuacji, gdy w oryginale są to dwunastolatki. Pochodną takiej konstrukcji spektaklu jest też nieprzystawanie języka, w którym to wszystko się odbywa. Język dramatu, jakkolwiek pełen agresji i wulgaryzmów, ma inną funkcję w ustach dwunastoletnich dzieci (jest narzędziem szoku dla widzów), inną w użyciu mężczyzn w średnim wieku (negatywnie kreuje grane przez nich postaci, nic więcej). Rozumiem prawa realizmu, ale chyba by tu jednak należało dostosować język szkicu do wrażliwości dwunastolatków, do których był skierowany, choćby po to, żeby nagromadzenie soczystych wulgaryzmów nie stało się jego głównym tematem.
Po obejrzeniu „Słabszego” wiem już, że w starciu z zaproponowaną przez twórców adaptacją, dramat Anderssona całkowicie się obronił, a to dlatego, że rozwiązania autora są po prostu lepsze. Od dłuższego czasu zresztą nie mogę zrozumieć bardzo popularnej w Polsce, w ostatnich latach strategii przepisywania wszystkiego przez wszystkich. Jeśli jednak upierać się przy pomyśle Piotra Fronia, który niewątpliwie ma w sobie potencjał, warto go na obecności dwunastolatków oprzeć, może niekoniecznie w warstwie tekstowej, a na przykład – opowiedzianej tylko przez ich ciała i ruch. Pozwoliłoby to pokazać różnice między przemocą, która odbyła dawno temu i tą, którą niesie się w sercu przez całe życie, uczestniczyć w procesie jej nazywania a więc i pokonywania. Mielibyśmy też okazję sprawdzić, jak radzi sobie z nią nasza pamięć i skonfrontować ją na przykład z pamięcią ciała, w której odkłada się dużo bardziej trwale i drastycznie. Jedno jest pewne, sztuka Anderssona to świetny materiał przede wszystkim dla teatru młodych, jeśli więc chce się poszerzyć spectrum jej działania, nie można młodych z tej gry wyrzucić.
Wtorek, 18 listopada 2025, 9:30 am
No więc wylądowałem dziś rano w nowohuckim TIM- ie, żeby wziąć udział w jednym z najciekawszych w Polsce festiwali teatru dla młodych – 3. edycji FESTIWALU OTWARCIA, organizowanego przez Teatr Ludowy w Krakowie! I – uwaga – zostaję tu do piątku, ciesząc się bogatym programem tej imprezy, którą będę miał przyjemność dla Was relacjonować.
„Wykorzystując nasze doświadczenie realizacji dwóch edycji „Festiwalu Otwarcia”, bazujące na potrzebie nieustannego zadawania pytania – czym jest teatr dla młodych? postanowiliśmy dyskusję na ten temat poszerzyć, proponując współtworzenie programu „Festiwalu Otwarcia” sześciu instytucjom partnerskim – krakowskiej Akademii Sztuk Teatralnych, Teatrowi Śląskiemu w Katowicach, Teatrowi Miniatura w Gdańsku, Teatrowi im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu, Fundacji Analog Collective i Kolektywowi Kolejny Teatr. Chcemy w ten sposób promować idee powstawania spektakli dla młodych w wieku 11-16 lat w całej Polsce. Dlatego też, zdecydowaliśmy się nie zapraszać do udziału w festiwalu, istniejących już spektakli, ale starać się zaanimować idee współdziałania i współtworzenia spektakli dla młodych i zaprosić do stworzenia szkicu scenicznego w teatrach/ instytucjach partnerskich, a następnie ich prezentacji podczas „Festiwalu Otwarcia”. Tyle organizatorzy. Nic dodać nic ująć!
Obejrzałem dziś już jeden spektakl – „Co gryzie Gilberta Grape’a” Kuby Zalasy z teatru/gospodarza przeglądu oraz jeden szkic sceniczny – „Słabszy” w reż. Darii Kubisiak, oparty na tekście Mattiasa Andersona i zrealizowany w Teatrze im. Bogusławskiego w Kaliszu. Na początku zaskoczyło mnie jednak coś innego, coś, co powinno być chyba oczywiste na imprezie tego typu, a więc tłumy młodych ludzi obecne na spektaklach, warsztatach, dyskutujące żywo we wszystkich dostępnych przestrzeniach TIM-u. Jako dziaders poczułem się wyobcowany, co zaprowadziło mnie do kopernikańskiego odkrycia, że o to chodzi, że tak właśnie być powinno. Relacjonując więc dla Was ów przegląd, obiecuję nie uprawiać taniej dydaktyki, a raczej przyglądać się jego kolejnym wydarzeniom – życzliwie. Spróbuję też namyśleć się nad tematami, jakie ów teatr dzisiaj podejmuje oraz przyjrzeć się sposobom ich realizacji i komunikacji z młodym widzem. Zatem w drogę!