
Piątek, 19 września – dzień 3, finał!
Najpiękniejszym i najbardziej przejmującym spektaklem Improdromu był monodram improwizowany jednego z członków Main-Castu, Felipe Ortiza, pokazując, że impro w imponujący sposób może wyjść z… toalety. A to dlatego, że złożyły się tutaj w całość trzy najważniejsze elementy niezbędne do powstania dzieła sztuki: znakomita umiejętność improwizowania, świetne aktorstwo i – ten odróżniający artystę od rzemieślnika – ponadprzeciętna wyobraźnia. A le po kolei. Format, w ramach którego poruszał się Felipe, był prosty, inteligentny i pojemny. Oto bohater znajduje pudełko z przedmiotami z przeszłości, które mogą stać się pretekstem opowiadania. Jako że Felipe występuje na scenie sam, pomagają mu proste projekcje oraz muzyka na żywo, improwizowana tu bądź nie (jak to sprawdzić?!) przez znakomitego pianistę Jakuba Janoszka. I choć wiadomo, o co tu chodzi, choć schemat jest jasny jak słońce, i – co tu dużo mówić – ograny, od przeszłości manifestowanej na przykład przez misia bez oka jakoś trudno się uwolnić. Od razu pojawiają się skojarzenia z dzieciństwem, ciepło zalewa serce i nagle, ni stąd, ni zowąd, przenosimy się do jakiejś innej przestrzeni, daleko od tego, co tu i teraz. Publiczność podpowiada, Ortiz wybiera z tego jedną rzecz – list w butelce – i na jej bazie konstruuje miłosną historię pary, której miłość nie miała szczęścia, opowiada nam ją i odgrywa. I robi to w sposób absolutnie zjawiskowy. Poprzeczka, którą sobie zawiesił, nie tylko nie idzie w dół, ale wręcz zawisa w chmurach, które stają się jednymi z głównych bohaterek opowieści, windując ją na najwyższy teatralny poziom. Ortiz prowadzi bowiem swoją narrację na co najmniej dwóch poziomach: tym realistycznym i tym magicznym. Oglądam więc jego show i widzę nagle obrazy Magritte’a, następnie pojawiają się strzępy scen jakby napisane przez Marqueza czy Cortazara, za chwilę znów migają twarze Meryl Streep i Jeremy’ego Ironsa, widziane kiedyś w „Domu dusz”, a wszystko to dlatego, że Felipe Ortiz swoją opowieść dosłownie wyczarowuje na naszych oczach, wyciągając jej kolejne elementy ze swojego „pudełka”, którym okazuje się jego serce. Styl z kolei, w jakim to jest opowiedziane, przenosi tę jego historię w krainę poezji, nic więc dziwnego, że w wielu momentach tego spektaklu pojawia się głębokie wzruszenie.
Sztuka Felipe Ortiza pokazuje, czym może być impro, gdy oprócz najwyższej jakości teatralnego rzemiosła postawi na autentyczność, prawdę i nieskończoną siłę wyobraźni. A czym wówczas może być? Sztuką, która zmienia na lepsze opowiadającego, widzów, a w konsekwencji – nasz wspólny świat. Brawo!
Trzeci spektakl Main-Castu to był już pokaz mistrzowski. Artur Jóskowiak, Katar Perdek, Marta Podobas, Anne Rab i Sara Soukal mierzyli się ze schematem narracyjnym zapożyczonym przez reżysera tego show, Jima Libby’ego, ze słynnej sztuki austriackiego dramaturga Artura Schnitzlera „Korowód”. Sztuka ta składa się z dziesięciu dialogów, z których każdy przedstawia spotkanie dwóch osób. Schemat polega zaś na tym, że w każdej kolejnej scenie jedna z postaci przechodzi do następnego dialogu, tworząc tym samym łańcuch kolejnych relacji. Sztuka rozpoczyna się od spotkania prostytutki z żołnierzem, a kończy sceną, w której hrabia spotyka tę samą prostytutkę. W sztuce Schnitzlera chodziło głównie o przedstawienie szerokiej – okrągłej – panoramy austriackiego społeczeństwa. Libby czując, że sam schemat schnitzlerowki to za mało, choćby ze względu na to, że aktorzy znajdują się przez cały czas scenie, dorzucił więc tym z nich, którzy akurat nie tworzyli głównych par, zadanie grania jakichś abstrakcji. Choć momentami owe drugoplanowe „abstrakcje” miały naprawdę abstrakcyjne pomysły, wyszło intrygująco. Jeszcze raz wypada podkreślić, że „Between the how and the what”, bo taki tytuł nosiło to przedstawienie, wespół z poruszającym „pudełkiem” Felipe Ortiza, stanowiło znakomity finał kolejnej edycji Improdromu, który wyrasta na jeden z najważniejszych przeglądów teatru improwizowanego w naszym kraju. Nie piszę tego dlatego, że z nim współpracuję, ale dlatego, że obejrzałem wszystkie spektakle, zyskując możliwość oceny pełnego spektrum festiwalowej oferty. A najistotniejsze jest w Bydgoszczy to, że polskie zespoły impro mogą się przejrzeć w tym, co robi „świat”. Choć talentu, chęci i inwencji naszym artystom nie brakuje, jedno jest pewne: za długie siedzenie w toalecie nikomu nie w smak.
Katarzyno Chmaro, rącza Łanio od zegara i niezmordowana św. Tereso od improwizacji! Na Twoje ręce składam serdeczne podziękowania dla całego Zespołu Improdromu oraz Teatru Kameralnego im. Wandy Rucińskiej w Bydgoszczy! Dziękuję Wam za zaufanie, zaproszenie i gościnę oraz za rozmowy i spotkania – czyli to, co w teatrze jest najważniejsze!
Czwartek, 18 września – dzień 3, 5
Na otwarcie trzeciego dnia Improdromu otrzymaliśmy coś, co wydawało się na pierwszy rzut oka niemożliwe do zrealizowania, czyli improwizowany musical „7” w reżyserii Katarzyny Chmary. Niemożliwe, bo przecież zasady tego gatunku wydają się ściśle określone: orkiestra, chór, balet, soliści, słowem – musical musi przecież być spektakularny; ale czy na pewno? Za fortepianem, stojącym sobie scenie Teatru Kameralnego im. Wandy Rucińskiej nieomalże samotnie, w towarzystwie zaledwie kilku krzeseł, zasiadł ubrany na czarno pianista Jakub Janoszek, a wraz z nim pojawili się w tej przestrzeni aktorzy: Katarzyna Chmara we własnej osobie, Artur Jóskowiak, Andrzej Początek, Marta Podobas, Małgorzata Tremiszewska i Jakub Śliwiński. Stanęli sobie cichutko, czekając, aż Artur Jóskowiak wydobędzie z publiczności stosowne inspiracje, bo szkielet owej siódemki zasadzał się na żartobliwie potraktowanej teologicznej klasyfikacji chrześcijańskich grzechów głównych. W musicalu Chmary przyjęły one formę małych, czasem wręcz naprawdę wymyślnych grzeszków, które bardziej nadawały się na główną tablicę fejsa niż do konfesjonału. Publiczność bydgoska zresztą, zamiast się ich wstydzić, wyraźnie się nimi chełpiła, co automatycznie narzuciło niezwykle lekki, rozrywkowy ton całej tej opowieści. Pojawiło się więc między innymi podsłuchiwanie rozmów w tramwaju, obsesyjne kończenie zdań za rozmówcę, nastawianie budzika, który miał budzić wszystkich poza osobą nastawiającą czy wreszcie brawurowe „grande finale” musicalu w postaci epizodu toaletowego sabotażu, związanego z brakiem papieru do celów wiadomych. Finał był naprawdę spektakularny – do dzisiaj pamiętam monumentalny song „Wytrzyj dupę”, którego refren, powtarzany kilka razy w zapętleniu, zatrząsł był Teatrem Kameralnym w posadach!
Oczywiście podchodzę do owych nieco absurdalnych treści z konieczną (żeby nie oszaleć) dozą dystansu, choć o jednej rzeczy warto wspomnieć na poważnie. Myślę tu konkretnie o jakieś niezwykłej intymnej, melancholijnej atmosferze, którą aktorzy tego spektaklu potrafili w mig wytworzyć na scenie. A odbywało się to tak: Janoszek podawał jakąś melodię, aktorzy wytrwale improwizowali scenę, a gdy któreś z nich poczuło, że grunt i oś tej miniatury są już odpowiednio wykształcone, zaczynało song będący puentą danej sceny, wykwitający niczym piękny wielobarwny kwiat. I choć nie wszystkie te piosenki były jednakowo udane, w każdym przypadku otaczający solistkę/solistę współtwórcy porzucali wszystko, co do tej pory robili, żeby ten intymny, kameralny czy też bardziej rozrywkowy pejzaż na scenie wybudować, pracując na magię owych naprędce skleconych muzycznych perełek. I tak naprawdę to właśnie do dziś ze mną po tym spektaklu zostało.
Po krótkiej przerwie dostaliśmy krakowski impro show PROJEKT ANDERSON, odnoszący się do twórczości znakomitego amerykańskiego reżysera, Wesa Andersona, znanego chociażby z filmu „Grand Budapest Hotel” czy pełzającego jeszcze w polskich kinach „Fenickiego układu”. Jako że impro aktorzy garściami czerpali tu inspirację z jego ekscentrycznego stylu, postaram się wyjaśnić pokrótce, na czym się on głównie zasadza. Styl Wesa Andersona wyróżnia się symetrią kadrów, pastelową i kontrastową paletą barw oraz dopracowaną scenografią przypominającą makiety. Bohaterowie zmagają się zazwyczaj z różnymi dramatami, ale daleko tu do przeżywania ich losów, przedstawieni są bowiem z dystansem i subtelnym humorem. Anderson łączy melancholię z ironią, często używa rocka z lat 60. i 70., a jego filmy tworzą spójny, bajkowy wręcz świat, w którym groteska spotyka się z realizmem, a wizualna konsekwencja czyni je natychmiast rozpoznawalnymi. I rzeczywiście inspirację twórczością mistrza było widać już w kostiumach i nieco stylizowanym ruchu. Opowieść toczyła się w rzemieślniczym miasteczku, a jej zrąb stanowiła walka prowadzona przez miejscową liderkę fabryki produkującej tradycyjnymi metodami rzemieślnicze wyroby (publiczność wskazała tu „pudełko drewniane, ręcznie malowane”). Celem tej walki było ocalenie fabryki, miejsc pracy, a w konsekwencji – całego opartego na jej funkcjonowaniu miasteczka. Opowieść ta jednak zawierała w sobie trzy inne, które ilustrowały jakąś tezę z rozmowy bohaterów, funkcjonując w postaci rozbudowanej alegorii. I wszystko byłoby fajnie, tylko ta opowieść ciągnęła się jak balonowa guma, a nudą wiało już od pierwszych minut. Główną tego przyczyną wydaje mi się kuriozalny sposób mowy aktorów, polegający na ucinaniu zdań, odbierający im zarówno rytm, jak i logikę. W związku z tym postaci te wydawały się raczej niepełnosprawne umysłowo niż ekscentryczne czy intrygujące, o skojarzeniach z Wesem Anderosnem nawet nie wspominając. Miało się więc wrażenie, że ktoś tu czegoś nie dopowiedział, nie dopisał, nie dograł i nie dointerpretował; w pewnym momencie miałem nawet ochotę wstać i krzyknąć: „szybciej, na boga, niech to się wszystko jakoś kończy!”. Kolejny problem stanowiło aktorstwo Pani Prezes, była ona bowiem postacią, która niosła na barkach całą narrację tej szkatułkowej opowieści. A ona ją totalnie zamulała, zamiast ciągnąć z impetem do przodu. Jeśli ktoś nie do końca rozumie, o czym mówię, niech sobie wyobrazi, co by było, gdyby Salieri w „Amadeuszu” Formana był wycofany, pozbawiony energii i urywał swoje kwestie w najmniej oczekiwanym momencie, nie wiadomo po co… A zatem – wiele jeszcze pracy nad stylem Andersona, kochani! Jak w tym krakowskim dowcipie ze Zwierzynieckiej – jak dojść do filharmonii, proszę pana? Ćwiczyć, moi drodzy, ciągle ćwiczyć! I raz jeszcze obejrzeć filmy amerykańskiego mistrza, bo Wasz styl jakoś niewiele ma z nimi wspólnego.
15 września – dzień 2, 99
Krakowskie gwiazdy impro – Małgorzata Termiszewska, Alan Pakosz i Jakub Śliwiński zaprezentowali spektakl w popularnym formacie impro, nazywanym z angielska – „no exit”. Jest to rodzaj spektaklu teatralnego, w którym cała akcja rozgrywa się w jednym miejscu wybranym przez publiczność. Scena nie zmienia się, a aktorzy od początku do końca nie mogą jej opuścić, pozostając ze sobą w tej samej przestrzeni. Zrozumiałe jest tu również to, że nie można tu użyć słynnego „a tymczasem”, wszystko odbywa się bowiem w czasie rzeczywistym, bez przerw i przeskoków fabularnych. Wszystko, co dzieje się na scenie, jest konsekwencją wcześniejszych działań bohaterów. Historia rozwija się stopniowo, prowadząc do zmęczenia materiału, zarówno treściowego, jak i aktorskiego, format ten więc wymaga od aktorów jeszcze więcej uważności i sprytu. Trudność polega tu głównie na braku możliwości „cudownego ratunku”, jakim jest nieoczekiwana zmiana narracji oraz stopniowa gradacja emocji, które trzeba prowadzić na podobnej do narracyjnej, żmudnie budowanej piramidzie spektaklu, aż do finału. Warto dodać, że najważniejsze są tu relacje między postaciami, bo to one stają się filarem opowieści „bez wyjścia”. Jest więc ten format odpowiednikiem dramatu psychologicznego w teatrze, takim „Kto się boi Virginii Woolf” Albee’go, tylko że bez wymyślonej wcześniej opowieści i jej scenariusza – ot, Marta, George, para młodych wchodzą na scenę i się zaczyna. Jej rewersem może być farsa, ale to jeszcze trudniejsza droga, gdyż farsa staje się perfekcyjną maszyną zabawy dopiero wtedy, gdy ma matematycznie wręcz, precyzyjnie co do przecinka poukładaną strukturę.
„Bez wyjścia” na Improdromie na skutek sugestii publiczności, stało się opowieścią o rodzeństwie, które w domku pod lasem jednego z nich musi przedyskutować sprawę oddania ojca do DPS-u. Temat i sytuacja rzeczywiście więc z potencjałem. Niestety krakowscy artyści szybko się znudzili żmudną budową psychologicznej prawdy, uciekli więc w to, co w polskim impro sprzedaje się najlepiej, czyli w absurdalną, czasami niezrozumiałą więc komedię. Przodował w niej zjawiskowy Jakub Śliwiński, dla którego to bułka z masłem, szkoda jednak, że nie podjęto próby realnego zmierzenia się z wyzwaniami tego formatu. Sarny podchodzące pod dom, to był naprawdę niezły początek, dający szansę na wielopoziomową opowieść w stylu amerykańskiego dramatu psychologicznego, trzeba by jednak zdobyć się na odwagę, i zagrać ją wbrew oczekiwaniom widowni.
I tu dochodzimy do sedna problemu sztuki impro w Polsce, czyli jej systemowego zrośnięcia z taniej jakości komedią, a głębiej – do definicji teatru improwizowanego, jaka pojawia się w głowie statystycznego widza. Jeśli więc widz ma zrozumieć, że teatr impro jest gałęzią sztuki, jak każda inna, uprawianą na różnych poziomach, w pełnej palecie form i gatunków, warto się zastanowić, czy na tego typu wydarzeniach jak wielki międzynarodowy festiwal, nie powinno się chociaż w części prezentacji zawiesić publiczności wyższą poprzeczkę. Tym bardziej, że moje rozmowy z większością improwizatorów, poświęcone były temu, że ciężko im i ich teatrowi zaistnieć w przestrzeni polskiej kultury na poważnie. „Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało”, chciałoby się tu zacytować klasyka…
14 września – dzień 2 i trzy czwarte
Rączo uruchamiany co dzień przez Katarzynę Chmarę i jej uroczych asystentów zegar nagle gwałtownie przyspieszył, a pisanie zostało na tym samym poziomie… nic to, spróbujemy dogonić czas festiwalu, żmudnie i pokornie relacjonując Wam, co tam się działo, a działo się wiele! Jako że Kasia nie widzi, cofamy się w czasie do piątku 12 września…
Piątkowy występ Main-Castu (Anne Rab, Katar Perdek, Sara Soukal, Jim Libby Felipe Ortiz) z pomysłem i reżyserią Artura Jóskowiaka było już rasowym impro show, pozbawionym całkowicie niepewności czy aktorskiego „obwąchiwania się” przez członków ekipy, a więc elementów, które mogą się pojawić, gdy grupa występuje ze sobą po raz pierwszy. Zainicjowana przez publiczność opowieść o grupie trenerów personalnych z jakiejś siłowni, którzy zaangażowali się w napad na bank, opierała się na popularnym formacie teatru improwizowanego, w myśl którego spektakl składa się z dwóch scen: przygotowań do jakiegoś wydarzenia i jego rezultatów. W sensie teatralnym miało to swoje konsekwencje, z których najważniejszą było to, że obie te sceny były zbiorowe. Wymagało to więc od aktorów dużo większej dyscypliny, i uważności na to, co się mówi, i co się dzieje.
Warto się tu przez chwilę zatrzymać, żeby zauważyć, że opowieść w tego typu teatrze prawie zawsze powstaje w dialogach, manifestując się krok po kroku w kwestiach aktorów. Wszystko bowiem czego się dowiadujemy o przeszłości, obecnej sytuacji bohatera, jego tajemnicach, ambicjach, marzeniach, zostaje stopniowo wprowadzane w przestrzeń spektaklu przez aktorów, którzy ”uwalniają” kolejną konkretną informację. Mogą to robić wprost, mogą w zawoalowany sposób. Taka opowieść więc prawie zawsze zaczyna się od czegoś, co ma być jej tematem przewodnim, a co najlepiej wziąć od publiczności, zabieg taki bowiem dużo sprawniej angażuje naszą uwagę. Może to absolutnie wszystko – miejsce akcji, typ relacji między bohaterami, ich zawodowa profesja czy też przedmiot, który stanie się puentą opowieści. Zasada jest jedna: elementy te muszą zostać wplecione w spektakl, żebyśmy my, widzowie czuli, że mamy istotny wpływ na to, co się dzieje na scenie, że ta historia jest w jakiś sposób naszą.
Mamy więc na przykład miejsce, zawód bohaterów, i jakąś tam ramę opowieści, potrzeba nam jeszcze treści, żeby tę ramę wypełnić. I tu przychodzi w sukurs wyobraźnia aktora, z której wyciąga on detale, często najwymyślniejsze czy wręcz surrealistyczne, nawlekając tym samym koraliki opowieści na sznur jej formalnego schematu. Dowiadujemy się więc nagle, że ktoś ma macochę, dwie krowy w spadku bo dziadku milionerze, że jest biedny, bogaty, że kupił właśnie drogiego konia, że kocha kogoś, nie ma twarzy itd. Inni aktorzy muszą to wszystko natychmiast przetworzyć, będąc jednocześnie świadomymi, że informacje te zapisują się w chmurze tej konkretnej historii, z której to chmury będzie je można w odpowiednim czasie wydobyć i w jakiś sposób kontynuować. I tak się właśnie tworzy sceniczną opowieść impro, ryzykując, że w pewnym momencie ów narracyjny labirynt, zwiedzie nas w uliczkę bez wyjścia. To zresztą istota jego tajemnicy i piękna.
Aktorom Main – Castu w spektaklu Artura Jóskowiaka „We said – no guns”, sztuka ta udała się bardzo dobrze, „koraliki” zostały nawleczone w odpowiedni sposób, sceniczna opowieść toczyła się więc wartko do przodu, z odpowiednią dramaturgią całości i całkiem sensowną wewnętrzną logiką. Co innego zwracało uwagę, a mianowicie jej styl. W myśl zapowiedzi twórców, miała to bowiem być opowieść poważna, wręcz straszna, a wyszło „jak zawsze” czyli mega rozrywkowo. I choć publiczność była zachwycona, bo bawiła się setnie, z punktu widzenia artystów, można mieć do siebie pretensje. Szczerze mówiąc, zauważyłem nawet, gdy to się stało. Na samym początku spektaklu, znakomity jako co dzień, Jim Libby, ruszył do Marty Podobas, i „zaatakował” ją aktorsko w nieco zbyt przesadny sposób. Marta, niczym Serena Williams, posłała mu winnera w róg aktorskiego kortu, publiczność wybuchła śmiechem, i o strasznej konwencji nie było już mowy, „mecz” potoczył się bowiem w zupełnie innym kierunku. Ciekawe też było to, o czym już wspominałem, że na poziomie aktorskim, spektakl stał się kawalkadą pojedynków jeden na jeden, jakby po wcześniejszej nieco przespanej przez niektórych czwartkowej konfrontacji, każdy chciał tu coś sobie i innym udowodnić. Rozumiem rozterki reżysera, ale spektakl ten oglądało się znakomicie! Widz zaś w teatrze święta rzecz!
13 września 2025 – dzień 2
Zacznę od projektów indywidualnych, bo były czymś zupełnie nowym i inspirującym, choć znacząco się od siebie różniły. Ciekawym doświadczeniem był dla mnie spektakl Artist on trial Sary Šoukal, który oglądałem bez znajomości tytułu – a ten mocno ukierunkowywał interpretację. Dopiero gdy Sara zaczęła rozmawiać ze swoim odbiciem w lustrze teatralnej garderoby, nagle wyłonionej z ciemności, uświadomiłem sobie, że to opowieść o życiu artystki. Wcześniej moja wyobraźnia błądziła w przestrzeni śmierci, zbudowanej przez artystkę w scenie z łodzią, inspirowaną – jak się wydaje – mitem o Charonie.
Założenie, które poznaliśmy na początku, było bardzo interesujące: aktorka miała wejść na scenę, aby wraz z nami, widzami, wyruszyć w sceniczną podróż przygotowaną przez reżysera światła Antoine’a Noiranta – w wymiarze technicznym i metaforycznym zarazem, bo w pewnym sensie „przyniosło” jej ją „życie”. Spektakl zakończył się odkryciem na tylnej ścianie teatru prawdziwego okna z widokiem na Bydgoszcz, bohaterka przeszła więc drogę od narodzin do śmierci, od uwięzienia do wolności – przez to, co dla artysty najważniejsze, czyli sztukę.
Rama opowieści była znakomicie przygotowana: scenografia, światło, muzyka – wszystko działało perfekcyjnie. Trudniej było wypełnić ją treścią i aktorstwem. Zaczęło się mocno – narodziny naznaczone śmiercią, gra z tożsamością oparta na organicznym dla aktorki języku słoweńskim, spotkanie ze sceną, moment jej całkowitego poznania, wreszcie garderoba i spojrzenie we własną twarz. I tu powinno się było skończyć. Droga została domknięta, środki wyczerpane. Należało odsłonić finałowy widok, pozwolić nam go przeżyć i wrócić do widowni, by w pięknym geście odegrać scenę z oklaskami – również tymi prawdziwymi, należnymi Sarze Šoukal. Tak się jednak nie stało. Po pierwsze, artystka nie wyczuła, że format został wyczerpany. Po drugie, nie wiedziała, że są w teatrze sceny, które automatycznie kończą spektakl – a taką jest właśnie autoteatralny moment, w którym bohater gra w teatrze i wychodzi do ukłonów. Sara niejako wymusiła oklaski, sugerując, że to koniec. Gdy performance trwał dalej, trudno było się na nim skupić – czas jakby stanął, uwaga osłabła, pojawiło się zmęczenie. Warto o tym pamiętać na przyszłość.
Zupełnie inaczej potoczył się występ Wojciecha Tremiszewskiego, który zamknął wczorajszy dzień na festiwalu. W popularnej konwencji impro – opartej na osadzeniu opowieści w temacie i przestrzeni zadanej przez publiczność – artysta miał, zgodnie z tytułem, stworzyć trzy solowe nowele. Padło na nosorożce w Płocku, które stały się bohaterami absurdalnej, brawurowo wymyślonej historii, nieoczekiwanie zakończonej miniserialem o nosorożcach, przy którym publiczność dosłownie pękała ze śmiechu.
Najciekawsze wydarzyło się jednak na początku, kiedy aktor zaczął grzęznąć w odgrywaniu coraz bardziej ryzykownej, seksualnej gry fabularnej, polegającej na tym, że w imieniu swojego bohatera, pracownika zoo, prowadził dialog z jego żoną, podnieconą filmikiem przedstawiającym parzące się nosorożce. Widać było, że ta opowieść szybko się wypala, Tremiszewski więc wykonał mistrzowską woltę – użył magicznego zaklęcia impro „a tymczasem” i przeniósł akcję do klatki nosorożców, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Historia eksplodowała, dając zarówno materiał na dalszą kontynuację, jak i ogromną wolność artyście, który złapał na scenie drugie życie.
Na osobną pochwałę zasługuje niezwykły kontakt Tremiszewskiego z publicznością. Widzowie „jedli mu z ręki”. Było w tym kontakcie coś z relacji tygrysa z treserem, który tym bardziej zachowywał nad zwierzęciem kontrolę, im bardziej skupiał na nim uwagę, pozwalając mu na więcej, niż normalnie. Zauważyłem też jego pełną świadomość rzemiosła i zgodę na porażkę. Tłumacząc zasady show, powiedział, że mogą powstać trzy nowele, ale równie dobrze jedna długa – w zależności od tego, czy opowieść „mu będzie siedzieć”. Nie dość, że dało mu to twórczą radość i wolność, to jeszcze sprawiło, że z przyjemnością i zachwytem „mu siedzieliśmy” do końca. Brawo!
TO BE CONTINUED…
12 września – dzień 1
Na początek garść oczywistości: Improdrom to bydgoski festiwal teatru improwizowanego (w skrócie – impro), organizowany przez Teatr Kameralny im. Wandy Rucińskiej po raz drugi, choć jego historia jest znacznie dłuższa, wcześniej bowiem funkcjonował on przy Miejskim Centrum Kultury. Teatr improwizowany z kolei, to wywodząca się z improwizacji forma teatru, w ramach której widzowie oglądają spektakl całkowicie stworzony na żywo – bez opowieści, zamkniętej w przygotowanym wcześniej scenariuszu, bez przygotowań i prób. Utkany z tego co na scenie, z wyobraźni aktorów, impulsów podawanych z widowni, skojarzeń podsuwanych przez muzykę czy tworzoną na żywo narrację światła, ma dwa wyjścia, albo się uda albo nie, co powoduje, że spektakle tego nurtu odbywają się z jeszcze większym ryzykiem niż te realizowane w sposób tradycyjny. Warto nadmienić, że czasownika „udać” używam tu w znaczeniu powstania opowieści spójnej, konsekwentnie przeprowadzonej z dobrą finałową puentą, niczym nieróżniącej się dramaturgicznie od tych przygotowanych tygodniami. Magia tego typu teatru polega na tym, że świetnie zrobiony spektakl tego rodzaju – obarczony przecież najwyższym ryzykiem – smakuje sto razy bardziej niż ten zaplanowany, uczestniczenie w nim można zaś porównać do jazdy w rollercoasterze (oczywiście o ile kolejka jest w pełni sprawna). Jest jeszcze coś, co wydaje się tu kluczowe: w związku z tym, że aktorzy wiedzą o spektaklu prawie tyle samo, co widzowie, czyli tyle, co nic, znika jakiś rodzaj protekcjonalności między nimi a publicznością, wszyscy jadą na jednym wózku, w nieznane, tworząc autentyczną teatralną wspólnotę. W ramach tej formy występują oczywiście różne gatunki: komedie, kryminały, dramaty, opery mydlane czy wręcz musicale, łączy je na pewno jedno – są oparte na luźnych założeniach i ekstremalnej uważności aktorów na to, co się dzieje „tu i teraz” w czasie trwania spektaklu oraz traktują publiczność jako integralnego członka spektaklu.
Dyrektorka Improdromu, Katarzyna Chmara podkreśla na każdym kroku, że zaproszeni do Bydgoszczy goście to artyści absolutnie topowi, zarówno w polskiej improsferze, jak i tej światowej. I rzeczywiście, jeśli ktoś miał w tej kwestii wątpliwości, pierwszy wieczór powinien je absolutnie rozwiać. Głównie za sprawą trójmiejskiej grup SzaFoFe oraz członków festiwalowego Main Cast-u czyli gwiazd specjalnie zaproszonych na festiwal z różnych krajów, które tu i teraz, tworzą na potrzeby festiwalu jednorazowy zespół/teatr, raczący nas do soboty swoimi przedstawieniami.
Polacy zaprezentowali spektakl „Tymczasem”, którego tytuł odnosił się do jednej z najczęstszych strategii dramaturgicznych, używanych w teatrze impro do budowy spektakli. Polega ona przede wszystkim na tym, że kilka wymyślonych naprędce narracji przedstawienia (często przy udziale publiczności) jest ze sobą przeplatanych, łącznikiem między nimi staje się zaś słowo klucz „a tymczasem”, pozwalające aktorom szybko przenieść się do innego wątku, a co za tym idzie, innej przestrzeni, czasu i bohaterów. Konsekwencja w prowadzeniu wątków, to jeden poziom improwizowanego rzemiosła, innym wyższym levelem jest ich umiejętne połączenie, zarówno w planie fabularnym, jak i czasowym czy miejscowym. I tu z przyjemnością przyznaję, że grupa SzaFoFe osiągnęła w tej kwestii mistrzostwo. Ich słodko-gorzka opowieść o szpitalu, porwała publiczność, bo utkana była z maleńkich pysznie skonstruowanych epizodów, które aktorzy niczym koraliki cierpliwie i konsekwentnie nawlekali na wymyśloną naprędce nitkę narracyjną tego przedstawienia. To jednak nie wszystko, sama konstrukcja by tu nie wystarczyła, drugim filarem „Tymczasem” było aktorstwo: każdego z członków grupy z osobna, i to zespołowe, które – przyznam się szczerze zrobiło na mnie największe wrażenie. Od pierwszych momentów spektaklu było widać, że SzaFoFe są znającym się i zgranym zespołem, co w znaczący sposób przekładało się na ich wzajemne zaufanie i bezpieczeństwo, niezbędne do stworzenia przestrzeni wolności artystycznej, niezbędnej do najwyższej jakości kreacji. Beata Różalska, Waldek Kasprzyk, Adam Kaźmierowski i Paweł Kukla nie tylko więc mogli wymyślać na poczekaniu rozwiązania, realizować je, czy wpadać na znakomite puenty sytuacji, ale mogli też poświęcić czas na zabawę. Zabawę konwencją, materią, wreszcie swoim miejscem w przestrzeni tego, co udaje im się wykreować. Dzięki temu z kolei, owa radość tworzenia i uczestnictwa udzieliła się w pełni, zaangażowanej od początku do tego projektu publiczności, w tym mnie, laikowi z dystansem traktującemu wszystko, co się dzieje na scenie. Dziękuję Wam za to, w imieniu swoim i publiczności.
Gwiazdorski spektakl „Soap opera – the young, the improvisers and the beautiful” był oparty na tej samej strategii, co „tymczasem”, z tą tylko różnicą, że wątki opowieści zmieniały się nie poprzez ingerencję samych aktorów, a poprzez interwencję reżyserującej całość, Katar Perdek. Ciekawa jest funkcja reżyserki spektaklu impro, może się ona bowiem stać niezwykle bliską funkcji narratora, co tutaj właśnie miało miejsce. Przypomniał mi się Krystian Lupa z widowni reżyserujący główną narrację. Jako że w tytule mieliśmy „soap opera”, aktorskie gwiazdy konsekwentnie i po mistrzowsku trzymały się tej konwencji, chociaż lepiej byłoby napisać, że ją równie bezwzględnie hiperbolizowały, nadając całości ton parodii, świetnie działający na publiczność. Jeśli już o niej mowa, musieliśmy z początku wybrać cztery miejsca akcji i trzy rodzaje relacji, łączące pary bohaterów. Otrzymaliśmy więc opowieść o rodzeństwie, parze, która się rozstała oraz kolejnej jawnie okazującej sobie wrogość, dziejącą się w hotelowym lobby, biurze, na prywatnej plaży oraz w szpitalu. Aktorzy Main Castu postanowili podkręcić absurd także wewnątrz narracji, wprowadzając do niej nieco surrealistyczne elementy, takie jak koń w biurze, będącym stodołą, czy ukradzione twarze, kojarzące się ze Stefanią Haroper ze słynnego serialu „Powrót do Edenu”. W pewnym momencie pomyślałem nawet, że zabrnęli tak daleko, że podobnie jak ich bohater Artur z tej swojej podróży nie wrócą, ale zachowali do końca zimną krew i w triumfalnym stylu zakończyli spektakl dokładnie wtedy, gdy ich czas – na słynnym improdromowym, uruchamianym przez Katarzynę Chmarę z wdziękiem rączej łani zegarze – zbliżał się do końca. Mistrzostwo!
Najciekawsze w tym spektaklu było dla mnie to, że w przeciwieństwie do zespołu z Trójmiasta, artyści ci nie są ze sobą związani doświadczeniem, co na tle występu SzaFoFe było ewidentnie widać. W związku z tym, spektakl ten był takim rodzajem niepewnego jeszcze – przepraszam za wyrażenie – „aktorskiego obmacywania się”. Miałem wrażenie, że zespół Maina Cast na naszych oczach się konstytuuje, że ustalają się w nim niepisane hierarchie, zasady scenicznego współistnienia itd. Najlepiej wypadli w tej konstelacji Marta Podobas oraz Jim Libby. Ten ostatni to jedyny aktor w Main Cast, dla którego język angielski jest organiczny, miał on więc naturalną przewagę, nie musząc koncentrować się dodatkowo na formie swojej ekspresji, a że aktorem jest wybornym, jego improwizowany koń przekraczał kolejne mety spektaklu o kilka milimetrów wcześniej niż prawie cała reszta zespołu. To zresztą dobry moment, żeby podnieść kwestię języka jako niezwykle ważnego elementu w teatrze improwizacji, chyba dużo bardziej istotnego niż reszta elementów, bo wpływającego bezpośrednio na wolność kreacji. Aktor w swoim języku zyskuje na mecie (wrócę do lekkoatletycznej metafory) te kilka cennych setnych sekundy, bo nie musi myśleć jak to powiedzieć, tylko od razu przechodzi do „co”. Może więc w pełni użyć również swoich pozawerbalnych instrumentów. Ameryki tu nie odkrywam, ale warto mieć to na uwadze, osobiście z kolei podnoszę tę kwestię, bo tak samo jest z pisaniem, co wiąże się też z kwestią szybkości pewnych procesów w ludzkim mózgu, spowalnianych przez szukanie odpowiednich narzędzi ekspresji.
Na przeciwnym biegunie tych rozważań plasuje się absolutna aktorska petarda w przestrzeni wczorajszej mydlanej opery, Marta Podobas, której, ani język, ani nic innego, nie przeszkadzało w zawładnięciu sceną w stopniu totalnym. W pewnym momencie więc spektakl ten przerodził się zestaw aktorskich pojedynków, co dodawało całemu przedsięwzięciu dodatkowej jakości i dreszczyku emocji. Jedno jest pewne, dawno tak na coś nie czekałem, jak na dzisiejszy spektakl Main Cast, mam nadzieję, że będzie się działo!
Na otwarcie Improdromu wystąpiła wrocławska grupa Zaspani ze spektaklem „Koszmar zaspanych”, który biorąc pod uwagę propozycje wczorajszego wieczoru, wydał mi się najbardziej poukładany i zaplanowany. Zapamiętam z niego na pewno to, że aktorzy, kreując różne postaci, stawiali często na rozwiązania, nazywane w teatrze dramatycznym, progresywnymi. Myślę tu o wymyślanie postaci, wyrażających przedmioty codziennego użytku, czy wewnętrzne emocje bohaterów. Dobrze byłoby pójść w tę stronę, bo to dość rzadka strategia, dająca szansę na budowę nowego teatralnego języka w obrębie impro. Co do formy i jakości prezentowanych treści przed zespołem jeszcze dużo pracy, mam nadzieję, że występ na tak wielkiej imprezie da im energię i impuls do dalszej pracy.
Last but not least, chciałbym podziękować Katarzynie Chmarze i całemu Zespołowi Improdromu za zaproszenie i zaufanie! Dla mnie to znakomita okazja do poszerzenia swojej wiedzy i doświadczenia, zwłaszcza, że muszę improwizować, ucząc się i bawiąc z Uczestnikami festiwalu, tymi na scenie i tymi na widowni, za co również serdecznie Improdromowi dziękuję!