Przerwana lekcja muzyki – “An Index of Metals” Fausto Romitellego w Cricotece (Opera Rara IV)

Zdj. Michał Ramus

Autor tego dzieła napisał do niego notę wstępną, którą postanowiłem tu w całości przytoczyć. Krakowskie pokazy już się odbyły, więc przeczytanie kilku akapitów od Romitellego, nawet wykładających kawę na ławę, nie może już w żaden sposób zakłócić odbioru dzieła czy zniekształcić w jakikolwiek sposób indywidualną rozmowę między nim a odbiorcą (przy założeniu, że taka się odbyła, bo nie jest to w żadnym przypadku oczywiste):

Punktem wyjścia moich kompozycji jest założenie, że dźwięk jest materią, którą można obrabiać. Ziarnistość, grubość, porowatość, gęstość, blask i elastyczność to główne aspekty dźwiękowych rzeźb, powstałych w wyniku amplifikacji i obróbki elektroakustycznej, a także prostego instrumentalnego pisania. Po stworzeniu utworu „Professor Bad Trip”, w którym harmonie instrumentalne były percepowane, jak gdyby przez welon meskaliny – zniekształcone, skręcone i skroplone – poczułem się zobligowany do kontynuowania tych eksperymentów aż do granic percepcji. Chcąc poprzez projekcję dźwięku, tak, jakby był światłem, osiągnąć skrajną halucynację, w której ów dźwięk jest widziany.

Celem “An Index of Metals” jest przekształcenie opery w doświadczenie całkowitej percepcji. Zanurzenie widza w żarzącej się materii, która jest zarówno świetlista, jak i dźwięczna; jest magmą płynących dźwięków, kształtów i kolorów, pozbawioną narracji innej niż hipnoza, opętanie i trans. Jest również świeckim rytuałem, przypominającym raczej pokazy świetlne z lat 60. lub dzisiejsze imprezy rave, podczas których przestrzeń, przybrawszy poprzez natężenie dźwięku i nasycenie wizualne solidną formę, wydaje się poddawać tysiącom przekształceń. Zamiast odwoływać się do naszych zdolności analitycznych, jak większość współczesnej muzyki, “An Index of Metals” ma na celu zawładnięcie ciałem poprzez nadmierną ekspozycję zmysłów i przyjemności (…)

Nawet oryginalne libretto autorstwa Kenki Lekovich jest przekształcane poprzez tłumaczenie z jednego języka na inny. Muzyka na sopran i jedenaście amplifikowanych instrumentów rozwija nieczystą barwę poprzez kontrapunkt do kolorowej ingerencji w video Paolo Pachiniego i Leonardo Romoli. Trzy autonomiczne filmy, wyświetlane na trzech ekranach, zajmują całą przestrzeń wizualną spektaklu, podczas gdy dźwięk jest wyświetlany jako plamy światła. Zarówno muzyka, jak i obraz, wykorzystują te same cechy fizyczne, w tym iryzację, korozję, deformację plastyczną, pęknięcie, żarzenie i solaryzację metalowych powierzchni, ujawniając w ten sposób ich wewnętrzną przemoc, a nawet mordercze tendencje (…)

“An Index of Metals” przedstawia więc gwałtowną, abstrakcyjną narrację, pozbawioną wszelkich operowych sztuczek, zapewniając inicjacyjny rytuał zanurzenia oraz trans światła i dźwięku”

Tyle sam autor, osobiście zamierzam dodać tu kilka uwag. Chociaż mieliśmy w Krakowie okazję obejrzeć oryginalną wersję dzieła (chodzi głównie o te same wizualizacje, co w zamieszczonej w internecie premierowej wersji), to efekt tej prezentacji był zupełnie inny. Już choćby tylko dlatego, że w Cricotece, przed ekranem, na którym wyświetlano materiał video, siedziała dość pokaźna orkiestra Spółdzielni Muzycznej wraz z sopranistką (Anna Zawisza), wykonującą tu jedyną partię wokalną. Musiało więc minąć trochę czasu, nim widz oswoił strukturę i styl spektaklu na tyle głęboko, żeby dać sobie szansę na porzucenie trybu “oglądam spektakl”, a co za tym idzie – na wejście w strukturę tego utworu na nieco innych zasadach.

Osobiście bardzo pomogło mi zamknięcie oczu, zacząłem bowiem wtedy po prostu słuchać. Po kilku chwilach mózg wyłowił z owej gwałtownej, abstrakcyjnej narracji dwie grupy dźwięków: te akustyczne, generowane przez większość muzyków Spółdzielni Muzycznej oraz te, elektryczne, głównie docierające do mojej świadomości poprzez dźwięki gitar. Te ostatnie w finale utworu pozostały na placu boju same, a ja nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że byłem oto świadkiem jakiejś nieludzkiej, pierwotnej, pełnej przemocy walki dwóch plemion, z których to bardziej agresywne, głośniejsze po prostu wygrało. W momencie, gdy owe gitary zaczęły dominować, na ekranie pojawił się wielki, kręcący się w kółko bęben (niczym w pralce), na dnie którego leżały różnego rodzaju kolorowe (szklane a może plastikowe) śmieci. Wyglądało to więc, jakby ten ciągle pracujący bęben, „czesząc” w jakiś niepojęty sposób powierzchnię tego dźwiękowego oceanu, zbierał z jego powierzchni wszystkie brudne dźwięki. One z kolei natychmiast się materializując w postaci kolorowych szkiełek, zamieniały się w elektryczne dźwięki gitary. W takiej sytuacji, ów spektakl można byłoby więc przeczytać na przykład jako opowieść o nowym (początkowo nieakceptowanym i niechcianym), które rodząc się, dzięki staremu, szybko się usamodzielnia i emancypuje. Przejmuje następnie władzę i odsyła stare do lamusa. Czy to w muzyce, czy w życiu. 

Ciekawą kwestią jest obecność w tej strukturze ludzkiego głosu, reprezentowana przez sopran (w tym wypadku należący do znakomitej artystki Anny Zawiszy, śpiewającej libretto Kenki Lekovich). Z mojej perspektywy, ów głos miał nieco syreni charakter: skupiając moją uwagę na uzyskaniu jakiegoś zrozumienia (przynajmniej tego, co zaklęte w słowach), na połączeniu różnych elementów czy rozumowym podejściu do całości, prowadził na manowce. Odciągał mnie bowiem od całości dźwiękowego pejzażu, który jest tu chyba dużo ważniejszy. Na szczęście autorzy krakowskiej wersji nie zdecydowali się na wyświetlanie napisów z tłumaczeniem, w związku z tym efekt obcości, jaki wytwarzała w strukturze tego utworu obecność ludzkiego głosu, produkującego treści, nie był tak dotkliwy. Więcej nawet: dowodził w jakimś biologicznym czy może nawet metafizycznym sensie, że sam ludzki głos, jego fale czy dźwięk, należą do odwiecznej audiosfery świata, która zaburza się dopiero wtedy, gdy pojawiają się w niej dźwięki, obarczone znaczeniem. Oczywiście znów wracamy tu do ludzkiego postrzegania rzeczywistości, bo zaburzeniem będą one tylko dla tych istot, które są w stanie ów zapisany w słowach komunikat odczytać. O ile więc w kosmosie nie ma to większego znaczenia, o tyle w teatrze – jak najbardziej.

An index of metals chyba rzeczywiście nie należy nazywać video operą, jak to postulował dyrygent jej premierowego wykonania, Jean-Luc Plouvier. To czyste rozłożone w czasie doświadczanie muzyki. Trzeba się w nią najpierw wsłuchać, wyłapać różnego rodzaju dźwięki, żeby w kolejnym kroku móc się ich uczepić i zanurkować wraz z nimi w nieokiełznany, nieskończony przestwór muzycznego oceanu. Gdy się nam to już uda, okazuje się, że ów ocean, to nic innego jak ponadczasowa transcendentna dźwiękowa nadopowieść, zawierająca w sobie wszystkie inne opowieści tego świata. Gdy się więc z nią uczciwie i bez oczekiwań spotkamy, nie tylko znajdziemy w niej swoją historię, ale zrozumiemy być może też, do czego ona tak naprawdę przynależy. I tego wam wszystkim życzę, bo po to właśnie jest sztuka.

[addthis tool="addthis_inline_share_toolbox_x0fz"] Kategorie: , , | |

Dyskusja i pisanie komentarzy zostały zakończone..