Wpłynąłem na głośnego przestwór Oceanu – “Solaris” Karola Nepelskiego w reż. Waldemara Raźniaka (Opera Rara I)

zdj. Filip Adamus

Najrozsądniej byłoby zacząć od krótkiego przypomnienia, o czym tak naprawdę jest książka Stanisława Lema, a któż mógłby nam to lepiej wyjaśnić niż on sam:

Gdyby “Solaris” miała dotyczyć uczuć miłosnych między mężczyzną i kobietą, wszystko jedno, w Kosmosie czy na Ziemi, nie nosiłaby tytułu takiego, jaki nosi! Zamerykanizowany literaturoznawca węgierski Istvan Csicsery-Ronay zatytułował jej analizę: „Książka jest Obcym”. I w samej rzeczy – podjąłem w “Solaris” próbę przedstawienia problemu spotkania w Kosmosie jakiejś innej istoty czy istności, jakiegoś bytu, który by jednak nie był ludzki ani humanoidalny.

Science fiction zakładała niemal zawsze, że jeżeli nawet Inny, którego spotykamy, prowadzi jakąś grę, to my jej reguły prędzej czy później zrozumiemy; przeważnie zresztą chodziło o reguły walki. Ja natomiast pragnąłem zamurować wszystkie ścieżki rozumowania wiodące do uczłowieczenia Istoty, jaką jest solaryjski ocean, aby się okazało, że kontakt z nią nie daje się zrealizować na sposób międzyludzki, choć równocześnie w jakiś dziwny, inny sposób jednak zachodzi (…).

Nie można o nim powiedzieć, że jest oceanem myślącym albo niemyślącym, na pewno jednak jest tworem aktywnym, który ma jakieś intencje, podejmuje jakieś akty wolicjonalne, potrafi robić coś, co nie ma nic wspólnego z całą sferą ludzkich poczynań. Kiedy w końcu zwrócił uwagę na maleńkie mrówki, które miotają się nad jego powierzchnią, uczynił to w sposób radykalny. Przeniknął przez powierzchowne, obleczone w maniery i konwencje sposoby komunikacji językowej i wtargnął jakoś, po swojemu, do umysłów ludzi ze Stacji Solaris, by w każdym znaleźć to, co najgłębiej schowane; czy było to karygodną przewiną, czy szczególnie tragicznym i stłumionym w pamięci wydarzeniem z przeszłości, czy skrytym, a wstydliwym pragnieniem. Czasem nie wiadomo właściwie, co wykrył, wiemy tylko, że za każdym razem potrafił dokonać inkarnacji i uzewnętrznić istotę, z którą wiązała się owa tajemnica (…)[1]

Od siebie dodam, że za warunek konieczny dobrej adaptacji tej powieści, zwłaszcza w teatrze, uważam znalezienie odpowiedniego pomysłu na postać Oceanu, bo żaden twórca/twórczyni nie mogą zapomnieć, że jest to główny bohater Solaris.  Wbrew autorowi nie uważam pomysłu z nieistnieniem Oceanu (czy może inaczej – z uznaniem, że Ocean to kosmiczna nicość) za najgorszy, jeśli bowiem Oceanu formalnie nie ma, twory F stają się tylko i aż projekcją doprowadzonego do szaleństwa umysłu uwięzionych w przestrzeni kosmicznej ludzi. Teatr zmienia wtedy status bohaterów, opowiadając Solaris w bardziej psychologiczny sposób – można i tak. Raźniak z Nepelskim podeszli do tego nieco inaczej: nie określili konkretnie, czym Ocean jest czy nie jest, ale wymyślili, że drogą jego komunikacji z bohaterami (oraz widzami) stanie się muzyka. I to był moim zdaniem strzał w dziesiątkę. Karol Nepelski bowiem, przystępując do komponowania tej opery, miał już ustalony cel: jego muzyka miała stać się narzędziem głównego bohatera; z jego perspektywy opowiadać świat i wydarzenia. I od razu trzeba przyznać, że ta koncepcja sprawdziła się znakomicie. Dość powiedzieć, że nigdy nie widziałem tak dobrej adaptacji Solaris, z jednej strony wiernej Lemowi, z drugiej – inteligentnej, nieoczywistej i wpisującej się w lęki, trawiące podświadomie współczesnego człowieka. Zobaczmy, jak to się dzieje.

Gdy wchodzimy na widownię – ustawioną na samym końcu wielkiej hali Narodowego Centrum Promieniowania Synchrotronowego SOLARIS, które jest ośrodkiem badań prowadzonych z wykorzystaniem promieniowania synchrotronowego i kriomikroskopii elektronowej (zainteresowanych szerzej zapraszam na stronę internetową) – mijamy po drodze opustoszałe labirynty pomieszczeń ze specjalistyczną aparaturą, wykorzystywane normalnie na co dzień do pracy naukowej NCPS SOLARIS. Odpowiednio oświetlone wnętrze hali przenosi nas natychmiast do powieści Lema: kroczymy do wnętrza opustoszałej stacji badawczej Solaris, niczym Kris Kelvin, przybyły tu na wezwanie Gibariana. Po drodze spotykamy coś, albo raczej – kogoś jeszcze. To porozstawiani wszędzie muzycy orkiestry Hashtag Ensemble, grający na swoich instrumentach jakąś nieokreśloną jeszcze muzykę. Właściwie do dziś nie wiem, czy rzeczywiście coś grali, i czy była to muzyka w jakiś sposób spójna ze sobą, ale efekt chyba został osiągnięty, ponieważ do teraz mam wrażenie, że zostałem przez obsługę wprowadzony do pustej Stacji Solaris, dramatycznie wprost oplecionej muzyką, a więc Oceanem. Zostajemy zatrzymani na Galerii, żeby móc obejrzeć dopisany Lemowi prolog. Na scenie pojawia się Gibarian (Roman Gancarczyk) i za pomocą kamery, zwraca się do Kelvina (i do nas), błagając go (i nas), by przybył na pomoc rezydentom stacji w sytuacji nowej aktywności Oceanu, związanej z narzędziami do rozpoznawania ich reakcji psychicznych. Prolog się kończy, następuje mała przerwa, żebyśmy mogli zająć swoje ostateczne miejsca na tyłach Stacji Solaris, po czym pojawia się Kris Kelvin (Krzysztof Zawadzki) i właściwy spektakl rusza już do przodu pełną parą.

Ciekawe rzeczy dzieją się z samą muzyką, ale to zauważyłem dopiero chwilę później, gdy Kelvin po raz pierwszy dotknął tworu F swojego umysłu, czyli wykreowanego przez Ocean awatara ukochanej Harey, tu nazwanej według nomenklatury zapożyczonej z angielskiego tłumaczenia powieści – Rheą. W muzyce Nepelskiego w tym momencie następuje wyraźny wstrząs, jakby wszystkie instrumenty nagle oszalały. Nie jestem muzykiem, więc spróbuję tu oddać przede wszystkim wrażenia i asocjacje, jakie ten moment we mnie wywołał i przywołał. Kakofonia dźwięków, a przede wszystkim ich natężenie, zasugerowały mi, że w przestrzeni narracyjnej spektaklu wydarzyło się coś bardzo ważnego. Jak wiadomo, wraz z przybyciem Krisa na stację, przed Oceanem, który już od kilku tygodni eksperymentuje psychologicznie z uczestnikami misji, stanęło nowe wyzwanie. Posługując się jego niespokojnym umysłem i wyrzutami sumienia, wykreował rodzaj pułapki. Moment więc, w którym Kris po kilku chwilach wahania, podchodzi do Rhei i delikatnie ją obejmuje, można przeczytać jako zwycięstwo Oceanu. Ową wielogłosową, potężną erupcję dźwięków interpretuję jako jakiś rodzaj radości Oceanu ze zwycięstwa nad kolejnym Obcym – ale może to za dużo? Zakładając, że twór F jest zrobiony z materii Oceanu, taka a nie inna emocja dźwiękowa może być po prostu reakcją na dotyk człowieka. Wielogłosowość instrumentalna muzyki mogłaby wtedy wyrażać wiązkę sprzecznych ze sobą uczuć: strachu, bólu, ale i ekscytacji czy przyjemności. Jak by tych uczuć nie nazywać, jedno wiadomo: z punktu widzenia Oceanu stało się coś bardzo ważnego. Tak na marginesie, to zupełnie ciekawy moment w historii opery czy muzyki polskiej w ogóle. A to dlatego, że Karol Nepelski pierwszy raz chyba jako polski kompozytor (jeśli nie, proszę o sprostowanie) pokusił się o jakiś rodzaj antropomorfizacji muzyki, co naturalnie połączyło się tu z wykreowaniem jej różnych reakcji, w tym tej najważniejszej – na spotkanie z człowiekiem. Pociągnęło to za sobą konieczność opowiedzenia o jej emocjach za pomocą instrumentów, co świetnie się tu moim zdaniem udało. Przez stulecia dyskutowaliśmy o emocjach człowieka po spotkaniu z muzyką, a co na to sama muzyka? No właśnie!

Warto by się też przyjrzeć, jak Ocean buduje swoją przewagę nad człowiekiem, bo ta kwestia wydaje się w inscenizacji Raźniaka kluczowa. Odkrywa to przed nami kolejna istotna scena, w której Rhea w zjawiskowej interpretacji Karoliny Staniec, przekraczając w moim pojęciu założenia Oceanu, doznaje samoświadomości, że nie jest człowiekiem i próbuje popełnić samobójstwo. W jej tle pojawiają się śpiewane przez kobietę fragmenty wokalne, kojarzące się z tradycyjną operą (mające linię melodyczną i dramaturgię). Jako że posiadałem już wiedzę, że te fragmenty są na bieżąco kreowane przez kompozytora z esencji głosów aktorów za pomocą sztucznej inteligencji, znowu doznałem teatralnego olśnienia. Z tej bowiem perspektywy wszystko zaczyna się układać: Ocean w Solaris Nepelskiego/Raźniaka staje się więc rodzajem istoty żywej, dysponującą ponadprzeciętną inteligencją, która całą swoją siłę i oręż do walki z człowiekiem czerpie z jego ogólnoludzkiego instrumentarium, wyrażając się osobiście za pomocą nie tyle nawet muzyki, co tworzących ją dźwięków. To ludzkie dźwięki dają jej władzę nad nami, analizuje je ona bowiem jako fale i przetwarza w dowolny – czy to skierowany na ekspresję, czy komunikację – pozornie zrozumiały dla nas akt. Świetnie zna też Ocean historię ludzkiego dźwięku, a więc i muzyki, używa jej za pomocą algorytmów, wysysających z nas jej esencję, i przetwarzających ją na to, co najbardziej uniwersalne i stereotypowe, a więc łatwe do użycia w manipulacji. Dlatego w scenie tragedii Rhei pojawia się muzyka wokalna, w naszej ludzkiej, dźwiękowej mitologii tragedia kobiety, połączona z jej celebracją, zaklęta jest przecież w dziewiętnastowieczną operę. Podobnie ma się rzecz ze Snautem (Adam Nawojczyk): gdy wygłasza on tuż przed finałem ostry, próbujący otrzeźwić Kelvina monolog, w typie dyscyplinującej męskiej rozmowy, Ocean generuje w tle niskie męskie wokalne partie. Bo takie właśnie kojarzą nam się z silną męskością. Finał to już sielankowa iluzja wiecznej miłości z melodramatyczną, choć nie pozbawioną lekkiej nutki ironii muzyką, „wygenerowaną” przez znakomity Hashtag Ensemble w zastępstwie scenicznego Oceanu.  

I tu dochodzimy do drugiego dna tego całego konceptu. Gdy Roman Gancarczyk, mówiąc o Oceanie na początku spektaklu, omiata wzrokiem siedzącą przed nim orkiestrę, patrzy też jednocześnie na nas, kilkuset widzów siedzących tuż za nią, a więc generalnie – na jakiś wycinek ludzkości. I słusznie, bo Ocean w spektaklu Nepelskiego/Raźniaka to nie tyle „obcy” jako forma pozaziemskiego bytu, ile obcy, wywodzący się całkowicie z naszego łona i na naszym kosmosie bazujący. To nasza ludzka galaretowata materia, tworząca się w nas i z nas przez miliony lat. Jest ona niepojęta, nieujarzmiona, niepoznana. Dlatego też może przybrać dowolny kształt – tu wzięty od Lema (człowieka przecież) – i stać się naszym przeciwnikiem. I użyć na przykład muzyki, żeby się z nami porozumieć, ale też by przejąć nad nami władzę. W dobie triumfalnego sukcesu AI to naprawdę ciekawa interpretacja Solaris.

Czy jest zatem jakaś możliwość oporu wobec Oceanu? W krakowskim spektaklu na pewno, to moment, gdy siedzimy i milczymy. Nie wydajemy wtedy dźwięków, Ocean więc nie może ich przyswoić, zanalizować i przetworzyć w esencję, z której wykluje się wojsko jego/naszych tworów F. Może dlatego Gibarian kieruje w prologu swoje zaproszenie nie tylko do Kelvina, ale i do kilkuset milczących widzów. Czyli wychodzi na to, że znowu milcząca masa może zbawić świat. W teatrze na pewno, a w życiu?

[1] Felieton z 8 grudnia 2002 roku, https://solaris.lem.pl/o-lemie/adaptacje/solaris-soderbergh/394-lem-o-adaptacji-soderbergha?showall=1

Ps. Ciekawa jest też kwestia imienia Rhea w spektaklu. Pochodzi ono z angielskiego przekładu powieści, w której jednak miało formę Rheya (jako anagram Harey). Zmiana nastąpiła, gdyż w języku Shakespeare’a brzmienie imienia Harey było zbyt podobne do męskiego Harry’go, kojarzącego się dziś jednoznacznie. Nie wiem, na ile świadomie Nepelski z Raźniakiem zdecydowali się na Rheę bez “y”, ale to dodaje tej postaci nowego znaczenia. Jeśli bowiem zestawimy ją tu z grecką Rheą, siostrą i żoną Kronosa, matką głównych bóstw mitologii greckiej z Zeusem na czele, okaże się, że i ona, ów pierwszy twór F Oceanu, który nabył ludzkich zdolności do samoświadomości i odczuwania emocji, stanie się być może początkiem całkiem nowej rasy mieszkańców naszej starej dobrej Ziemi… Oby nie!