Fabryka małp, fabryka psów, rezerwat dzikich stworzeń – o “Nowym wspaniałym świecie” Huxleya w reż. Piotra Ratajczaka z Teatru im. Osterwy w Lublinie (FA Rzeszów)

zdj. Malwina Majer

Jedną z kluczowych w tym spektaklu scen jest na pewno ta, w której przedstawiciele nowego wspaniałego świata – psycholog Bernard Marx (Michał Czyż) z Leniną Crowne (Edyta Ostojak) – docierają do osławionego rezerwatu Dzikich. Aktorzy schodzą wtedy na widownię, wyraźnie dając nam do zrozumienia, że owi Dzicy to my, widzowie. Od tej chwili zaczynamy rozumieć, że antyutopia Huxleya rozgrywa się w spektaklu Ratajczaka przynajmniej w dwóch wymiarach: fabularnym i teatralnym. Spróbuję się teraz temu przyjrzeć nieco bliżej, przy okazji cofając się do książki.

Bohaterów głównych tej opowieści wydaje się dwóch. Pierwszy z nich to tytułowy nowy wspaniały świat czyli Republika Świata, stworzona na Ziemi w 2540 roku w oparciu o nową koncepcję człowieka, trójzasadę: wspólnota, identyczność, stabilizacja oraz specyficzną definicję szczęścia: „szczęśliwi ludzie to tacy, którzy nie są świadomi lepszych i większych możliwości, żyją we własnych światach odpowiednio skrojonych do ich predyspozycji”, wspieranego „lekiem na całe zło” (dosłownie) – czyli narkotykiem soma. Drugi bohater to John, mieszkaniec rezerwatu Dzikich, w którym ludzie żyją według starych, „naturalnych” zasad, nie przyjmując zupełnie nowego porządku. Zmuszony w pewnym momencie do konfrontacji z nowym porządkiem świata dostanie srogą egzystencjalną lekcję, w wyniku czego najpierw zdecyduje się na samotne życie w latarni, żeby po jakimś czasie, na skutek działań szeroko pojętego społeczeństwa, popełnić samobójstwo. Na poziomie fabularnym więc opowieść ta byłaby historią fiaska idei nowego wspaniałego świata, który poprzez nieusuwalne, niezbyt dobre cechy gatunku ludzkiego, wcześniej czy później zamienia się w swą własną karykaturę i kolejny wariant tego samego opartego na wyzysku i przemocy, często patriarchalnego porządku. Mogłaby też być metaforą niedopasowania jednostki wyróżniającej się emocjonalną inteligencją i nieustanną chęcią poznania ze wspólnotą skonstruowaną głównie za pomocą inżynierii genetycznej oraz kulturowej strategii prania mózgów, opiewając jednocześnie ludzkie umiłowanie do wolności. Tematów poruszonych przez Huxleya w Nowym wspaniałym świecie jest oczywiście dużo więcej, ale ze zrozumiałych względów nie ma tu na nie wszystkie miejsca.

Ratajczak w swoim spektaklu wydaje się być wierny głównym założeniom oryginału, diametralnie zmieniając tylko koniec. Nie zobaczymy więc końcowego, latarnianego epizodu losów Johna, gdyż przedstawienie kończy się w momencie, gdy opuszcza on Republikę Świata, wcześniej dostąpiwszy zaszczytu rozmowy z Jego Fordowską Mością, najważniejszą osobą nowego wspaniałego świata. Wybór takiego zakończenia ma oczywiście swoje fabularne konsekwencje, jeśli bowiem John nie popełnia samobójstwa, mając możliwość ot, tak sobie Republikę po prostu opuścić, oznacza to, że przy całej konstrukcji tego miejsca jako zakamuflowanego pod płaszczykiem tolerancji, równości i miłości autorytarnego reżimu, państwo to nie jest w istocie tak niebezpieczne, jak nam się próbuje je przedstawiać. O ile w narracji autoteatralnej – o której szerzej za chwilę – ma to sens, o tyle tutaj wydaje się rozwiązaniem mało korzystnym.

Scena, w której Marx i Lenina „obsadzają” widzów w rolach mieszkańców rezerwatu, otwiera nowy, niezwykle interesujący wątek tego spektaklu. John bowiem z takiej perspektywy staje się konserwatywnym, a może tylko sceptycznym wobec nowego porządku (nie musi to znaczyć tego samego) widzem, przekraczającym granicę czwartej ściany i znajdującym się nagle w fikcyjnym świecie teatru, który początkowo uważa za swój wymarzony i wyśniony raj. W miarę jak go poznaje, pojmując powoli panujące w nim zasady, a może przede wszystkim dostrzegając jego fałszywość i hipokryzję, gaśnie w nim entuzjazm i miłość do niego. Gdy okazuje się, że ów teatr, skonstruowany na wspólnocie, identyczności oraz stabilizacji czy innych tego typu frazesach, ukrywa jednocześnie przed oczami widzów te same wyświechtane, przemocowe i patriarchalne schematy, napędzane żądzą władzy i chęcią kontrolowania innych, widz John postanawia uciec, wypisać się z tego „cyrku” na własne życzenie. Wchodzi więc do czegoś na kształt telewizora (ze zgrozą dowiedziałem się od aktorów, że oni myślą o tym jako o kapsule!!!) i wygłasza swój pożegnalny monolog. Pozostali aktorzy najpierw go słuchają, a potem odwracają się do niego tyłem. Gdyby to był telewizor, puenta byłaby nawet zmyślna: oto nowy wspaniały świat przerobił sobie tę jego poruszającą walkę, realne zagrożenie dla podstaw swojego istnienia – w jeszcze jedną fikcyjną, telewizyjną, a więc stosunkowo mało szkodliwą opowieść, którą można porzucić, gdy tylko nam się znudzi. W tym zaś kontekście spektakl Ratajczaka zrymowałby się z nią idealnie, stając się politycznym wołaniem na puszczy o powstrzymanie reform polskiego teatru w duchu ostatnich wyczynów Kolektywu (o proszę, wszystko się zgadza!) z Dramatycznego. Nowy wspaniały świat – sam przecież tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało…

Spektakl Ratajczaka jest dobrze wyreżyserowany i świetnie zagrany (ach, te lubelskie gwiazdy – m.in. Ostojak, Rychłowska, Salman czy Olchawa), choreografia Tobiasza Berga jest znakomita, podobnie jak muzyka Kamila Tuszyńskiego, aczkolwiek jest coś, co ciągnie to przedstawienie w dół – myślę tu o dramaturgii i adaptacji. Głównym problemem jest tu wspomniany już finał: John wchodzi do „telewizora”, płynie z monologiem i nagle ciemność. Czeka się na dalszy ciąg, a tu aktorzy się zbierają i kłaniają. To poczucie urwania opowieści „w połowie” bierze się w moim przekonaniu z nieodpowiedniego podprowadzenia finału – wszystkie sceny są w tej części spektaklu podobne, w rytmie, temperaturze i jakości, bohater więc w kilkanaście minut uwija się z decyzją i znika. Pozostaje rozczarowanie. Oryginalna Huxleyowa śmierć bohatera wydaje się tu jednak konieczna. Chyba ona dopiero sankcjonuje sens całej tej opowieści. Nawet tej teatralnej, bo jeśli John/widz (i jednocześnie bohater) „na amen” opuści swój teatr, to będzie to nie tylko śmierć teatru, ale i świata. Brakiem konsekwencji razi też pierwsza scena Johna z Lidią, jego matką, w rezerwacie. Powinna się ona bowiem odbyć na widowni, która – jak już ustaliliśmy – jest rezerwatem. I wcale nie przeszkadza, że jest to film w nim nagrany (o czym osobiście dowiedziałem się od aktorów po spektaklu, na scenie jest to według mnie nie do odczytania). Może on zresztą spokojnie zostać nakręcony na jego terenie, a Marx i Lennie mogliby na przykład użyć pilota do „przesuwania w tył jednej” z wypowiedzi Lidii, dając tym samym widzowi dużo większą szansę odczytania teatralnych znaków, bo to szwankuje. Problem jest też z początkiem, a właściwie – z tych początków nadmiarem. Rozumiem, że trzeba nam przedstawić złożoność mechanizmu Republiki, ale kilka początkowych scen wydało mi się tautologicznych wobec siebie, a już zupełnie nie rozumiem sensu trzech dwójkowych rozmów tuż przed sceną orgii (samej w sobie olśniewającej, w czerwieni i świetnej choreografii Berga), bo do niczego wiwisekcja tych relacji nie wydaje mi się w tej historii potrzebna.

Czepiam się szczegółów, bo spektakl Ratajczaka jest na dobrym poziomie, z dużym potencjałem na coś więcej niż tylko na dobrą adaptację literackiej klasyki. I żal mi, że nie został skomponowany lepiej przy, okazji kłując gdzieniegdzie w oczy teatralną fastrygą. Na pewno warto Nowy wspaniały świat zobaczyć, zwłaszcza że w jakiś sensie opowiada też o lewicowej rewolucji (tworzenie pełnych miłości, równości i tolerancji światów ma ona przecież w genotypie), która zwłaszcza w kulturze odbywa się pełną parą. Z jakim skutkiem, widać to u Huxleya, Ratajczaka i w Teatrze Dramatycznym Kolektywu Strzępki w Warszawie. „Kto w teatrze pracuje, na lewicę nie głosuje” – to moje nowe przysłowie, wbrew temu, że cały czas wierzę osobiście w nowy wspaniały świat… Tylko czy on w ogóle istnieje?