Nie odwracaj się, bo znikniesz – o „Genialnej przyjaciółce” Eleny Ferrante w reż. Eweliny Marciniak w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie

zdj. Magda Hueckel

Obrotówka pokryta piękną mozaiką, a na niej gustowne i wysmakowane meble w pastelowych kolorach. Salon połączony z kuchnią, a nad zlewem wycięte w ścianie okno, w którym, gdy trzeba będzie całkowicie złamać realizm spektaklu, pojawi się szalona Melina (Ewa Kaim), krewna matki Lili. Do tego czasu tło całości scenografii Natalii Mleczak – kiczowaty neapolitański pejzaż – swoim fragmentem wypełnia okno, stając się mimowolnie obrazem wiszącym nad kuchennym zlewem. Do tego właśnie apartamentu, który okazuje się poślubnym mieszkaniem Lili (Karolina Staniec) i Stefana (Michał Majnicz), przychodzi jej przyjaciółka Elena (Anna Paruszyńska – Czacka), żeby się uczyć, tu bowiem może liczyć na ciszę i spokój. Kończy się oczywiście jak zawsze w tego typu sytuacjach: nauka idzie w kąt, bo przyjaciółki mają ważniejsze sprawy, zwłaszcza że rozmowa nieoczekiwanie skręca w kierunku spraw intymnych. Mało jeszcze doświadczona w tych sprawach Elena chce koniecznie posłuchać o przeżyciach, jakie stają się udziałem Lili w roli nowo poślubionej żony. Zszokują Elenę nie tylko drastyczne szczegóły pożycia przyjaciółki, ale i chłód, z jakim opowiada jej ona o doznanej od męża de facto seksualnej przemocy, biernie przez nią akceptowanej. Gdy Lila rzeczowo, lekko podniesionym głosem skwituje pretensje Eleny, że reaguje nieodpowiednio: A co ty byś chciała, żebym robiła, co Lenu? Czego ty oczekujesz? Co jeszcze ci mam powiedzieć?, na scenę wkracza przez okno nad zlewem – niczym deux ex machina – powieściowa wariatka Melina. Odpowiadając Elenie, zwraca się wprost do publiczności: Czy to ci wystarczy? Chcesz już zatkać uszy, żeby tylko te obrazy nie wlały się do twojej głowy? A może liczyłeś na więcej, liczyłeś, że to drapieżne zwierzę wtargnie na scenę? Co musielibyśmy pokazać, żeby cię szarpnąć za serce? Żeby cię drapnęło? A może myślisz sobie, że żadna opowieść nie powinna zaczynać się w ten sposób? Że takich rzeczy nie robi się na początku spektaklu? Jak to jest siedzieć na wygodnym fotelu z twarzą schowaną w bezpiecznym cieniu widowni i słuchać takiej opowieści? Jak się teraz czujesz? Słowa Lili cię podniecają, a może brzydzą? Boisz się? Jest ci żal? Wkurwiasz się? A może coś ci się przypomina? Coś twojego? Efektem takiego zabiegu jest nie tylko znakomita ekspozycja i konstrukcja postaci Meliny, o czym jeszcze za chwilę, ale przede wszystkim rozszczepienie narracji na przynajmniej dwie opowieści: tę z książki Ferrante i tę, którą Ewelina Marciniak wraz z autorką adaptacji Małgorzatą Czerwień po mistrzowsku konstruują jako swoją sceniczną wypowiedź. Historia niełatwej przyjaźni dwóch dziewczyn posłuży więc twórczyniom do opowiedzenia o dojrzewaniu, starciu różnych typów kobiecości, różnych pomysłów na siebie, o kobiecej solidarności wobec wyzwań patriarchatu, ale i o świadomej (i nieświadomej) rywalizacji, prowadzącej do wyniszczającej często walki między sobą. Historia zaś o głębokim namyśle, jak opowiadać dziś w teatrze taką fabułę, przeniesie tę na pozór niezbyt atrakcyjną dla teatru narrację  Ferrante na poziom rozważań o relacji aktor/postać/widz, stwarzając jedną z najbardziej poruszających opowieści o istocie teatru. Zobaczmy, jak to się dzieje.    

Żeby tę całość w pełni zrozumieć, trzeba przywołać jeszcze ostatnią scenę, ale nim to zrobię, warto wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy. Jako że końcowym akordem pierwszej części tetralogii Ferrante jest ślub Lili ze Stefano, co zresztą znalazło również odzwierciedlenie w finale spektaklu Marciniak, takie ustawienie prologu spektaklu sprawia, że losów Lili, nieuchronnie zmierzającej do ślubu ze Stefano, nie sposób nie odczytywać od tego momentu tragicznie. Jakby Marciniak chciała nam powiedzieć: to się nie skończy dobrze, spróbujcie więc zastanowić się, dlaczego w ogóle musiało do tego dojść. Status Eleny Greco, „genialnej przyjaciółki” Lili, też się nieco w całej tej opowieści zmienia, zasadne wydają się bowiem pytania, czy w takiej sytuacji rzeczywiście jest dobrą przyjaciółką, co to znaczy być dobrą przyjaciółką, jak powinna wyglądać relacja między dwoma bliskimi sobie osobami, ile w niej zależy od każdej ze stron, co znaczy „pomóc” w relacji dwóch autonomicznych losów i osób. W epilogu spektaklu, po wstrząsającej scenie wesela, w ramach którego dochodzi do symbolicznej zdrady ze strony Stefana, następuje kolejna wizyta Eleny w mieszkaniu Lili, ale nie odbywa się ona na scenie, lecz przy wyjściu z teatru, we foyer Sceny Kameralnej. Tuż przed schodami zostaje ułożony fragment scenicznej posadzki, pojawiają się na niej Lila i Elena, grając scenę niezwykle podobną do tej z prologu: Elena przychodzi do mieszkania Lili, chcąc się z nią pożegnać, wyjeżdża bowiem na studia. Rozmowa znów schodzi na podobne tematy, tylko tym razem Lila opowiada przyjaciółce o poronieniu. Opowieść znowu jest koszmarna, ale Karolina Staniec nie jest już chłodna i zdystansowana, lecz pełna pasji, nieukrywanych emocji i strachu, jakby zrozumiała, opowiadając nam przez ostatnie trzy godziny całą tę swoją opowieść o świadomym wyborze swojej drogi, że przegrała życie. Że jej przyjaciółka ma rację, uciekając stąd gdzie pieprz rośnie, że kobieta w takiej małej społeczności nie ma szans: wydaje jej się wszak, że panuje nad swoim życiem, że je poukłada tak, jak chce, ale są to tylko mrzonki. I Staniec całą tę rozpacz Lili wygrywa w sposób w teatrze niespotykany. Gdy załzawionymi oczami patrzy na Elenę i mówi jej: możesz wyjeżdżać. Tylko nie wolno ci się odwracać za siebie i na mnie patrzeć, cały świat się zatrzymuje, a gdy na pytanie Eleny „bo znikniesz?”, odpowiada: bo Ty znikniesz – tragedia się dopełnia. Jasne staje się, że Elena musi wyjechać, w okrutny z naszej perspektywy sposób pozostawiając przyjaciółkę jej własnemu losowi. Bo Lili nie da się już pomóc, może ona tylko pociągnąć przyjaciółkę ze sobą w przepaść, gdyby ta – kierowana empatią – postanowiła zostać, by ją ratować. Musi uciekać i ratować siebie, bo tam, gdzieś daleko, przynajmniej jest jeszcze nadzieja na lepsze życie, a ta umiera przecież ostatnia. Przyznaję, że mnie ta opowieść zmiotła, nie mogę zapomnieć tej sceny. Tak, w życiu, żeby się ratować, najczęściej trzeba coś wartościowego zostawić – i są to najtrudniejsze momenty naszej egzystencji…

Gdy się przyjrzeć zabiegowi przeniesienia ostatniej sceny na próg teatru, widać wstrząsający finał innej narracji, prowadzonej równolegle. Jeśli popatrzeć na Elenę Greco jako na widzkę przychodzącą do teatru „w odwiedziny” do bohaterki (czy grającej ją aktorki), okazuje się, że „Genialna przyjaciółka” jest również spektaklem o teatrze, o trudnej relacji kogoś rzeczywistego, kto przez trzy i pół godziny towarzyszy postaci (czy aktorce w postaci), żeby czegoś się o sobie dowiedzieć, czegoś doświadczyć. W takim kontekście spektakl Marciniak może być odczytany jako ostrzeżenie, żeby się zanadto nie identyfikować ze swoimi scenicznymi „przyjaciółkami”, żeby uważać na granicę między fikcją a rzeczywistością, bo jej przekroczenie może się skończyć dla nas, widzów i widzek, brutalnie. Teatr to fabryka snów, ale działa tylko wtedy, gdy wychodząc z teatru z owych snów się wybudzamy. Z tej perspektywy inaczej też wygląda sama fabuła Ferrante, traktująca głównie o dojrzewaniu młodych dziewcząt w małej społeczności. Jawi się tu jako opowieść o dojrzewaniu widzek i artystek w teatrze, w cieniu ciągle doznawanej tam patriarchalnej przemocy, na które młode dziewczyny, a później kobiety ciągle są narażone. Wątek z opowieściami o tym, jak „dane sceny” mogłyby wyglądać, cieniuje nieco perspektywę, zwracając nam uwagę na to, że często dramatem konfliktów, zwłaszcza tych męsko-damskich, jest niezrozumienie i wynikająca z niego diametralnie odrębna perspektywa, w zależności od tego, kim i skąd się jest i czego się pragnie. Przejmująco w tym kontekście prezentuje się wątek Lili – artystki, która ma talent do projektowania butów, walczy o samorealizację, aczkolwiek gdy spełniają się jej marzenia i buty są gotowe do założenia, deklaruje, że wolała je na rysunku, że czuje się dziwnie, jakby deptała swoje marzenia. Zwłaszcza że spełniły się one znowu dzięki mężczyznom.

Gdy się czyta powieść Ferrante czy ogląda serial HBO, ma się wrażenie, że można tę historię po prostu opowiedzieć: pojawiają się aktorzy, inscenizują wydarzenia i już, że wystarczy realizm – i cała ta historia zdarza się na naszych oczach. Ewelina Marciniak z Małgorzatą Czerwień poszły w zupełnie inną stronę. Doceniam oczywiście znakomitą adaptację powieści, ale trzeba przyznać, że jej sceniczna realizacja to majstersztyk. Marciniak w swojej maestrii jakby się cały czas przyglądała konstrukcji postaci Ferrante, przyglądała z nieufnością, jakby im nie wierzyła, mając intuicję, że ich prawdziwych osobowości, myśli, motywacji i wyborów należy szukać głębiej, zrywając z tej opowieści cały ten kolorowy, pastelowy, pochodzący z jakiejś wersji a la Vogue Italia, filtr. Jakby chciała z tych nagich, ludzkich istot zerwać tapetę z nieskończoną wariacją na temat „dolce vita”. Trzeba przyznać, że wielka w tym zasługa muzyki Wacława Zimpela, która – podobnie jak on sam – staje się prawdziwą „genialną przyjaciółką” bohaterek i opowieści Marciniak. Jest inteligentna, piękna choć autonomiczna, buduje klimat, dopełnia spektakl, ale gdy trzeba, opuszcza opowieść bez żalu, jakby wiedziała, gdzie jej miejsce, czego przykład mamy w scenie pożegnania. Saksofon i muzyka Zimpela staje się przedłużeniem jego nieheteronormatywnej narracji (kompozytor gra tu postać Alfonsa), która ma swoje ważne w tej opowieści miejsce, stając się jednym z nielicznych prawdziwie empatycznych wobec dziewczyńskich problemów bohaterem. Marciniak pięknie prowadzi ten wątek, dając zgodnie ze swoim przekonaniem głos ludziom, którzy ze względu na portretowane w powieści czasy takiej możliwości zaistnienia nie mieli. To kolejny zabieg poszerzający perspektywę neapolitańskiego społeczeństwa tamtych czasów, pogłębiający obraz scenicznego świata. 

Przedstawienia by jednak nie było, gdyby nie rewelacyjni aktorzy Starego Teatru, z zaproszoną gościnnie do współpracy Karoliną Staniec na czele. Ta rzadkiego talentu i wrażliwości aktorka, znana z wybitnych ról w spektaklach Wiktora Rubina, pokazuje, że na teatralnej mapie Polski próżno szukać osobowości tak pełnej, tak brawurowo się swoimi umiejętnościami posługującej, z taką lekkością przeskakującej między dziewczyńskim zawadiactwem a tragiczną świadomością życiowej klęski. O ile w gnieźnieńskim I tak mi nikt nie uwierzy budowała Staniec swoją wybitną rolę na scenicznym byciu, na prawdzie funkcjonowania w środku scenicznego świata, reagując na to, co się z nią i wokół niej dzieje, o tyle w „Genialnej przyjaciółce” wektory jej aktorstwa ustawione są nieco inaczej. Jest w stu procentach skupiona na swojej partnerce Annie Paruszyńskiej-Czackiej w roli Eleny oraz na procesie gry o życie, podjętej przez jej bohaterkę jako wyzwanie rzucone losowi przez młodą, niepodległą (przynajmniej w swojej głowie), dziewczynę u progu dorosłości. Oba te zadania wykonane są po mistrzowsku. Staniec, pracując w stu procentach na Paruszyńską- Czacką (i resztę kolegów i koleżanek), staje się paradoksalnie dużo bardziej widoczna i hipnotyzująca, a że podobnie jest z drugiej strony, nagle obie bohaterki przeistaczają się w jakiś niezwykły samonapędzający się mechanizm, jakąś podwójną wersję niemogącej istnieć razem, ale i osobno istoty. Do dziś się zastanawiam, na ile aktorki te tworzą odrębne byty, na ile zaś są to diametralnie różne warianty tej samej osoby. Reżyserka zresztą, wraz ze swym teamem, zaczyna tej podwójnej „istocie”, ze sceny na scenę w kwestii widoczności coraz bardziej pomagać, usuwając z pola widzenia spektaklu wszystko, co mogłoby uwagę widza od tej niezwykłej pary bohaterek/aktorek odwrócić. Wstrząsająca scena w łaźni, przypominająca rozmowę Panny Młodej z Siostrą w „Weselu”, wydaje się tej niezwykłej dziewczyńsko-aktorskiej relacji kulminacją. Warto iść do Starego choćby tylko dla niej, obie aktorki są tam niezwykle poruszające. Znakomite są także Małgorzata Zawadzka, zwłaszcza w roli Immacolady, oraz wariatka wdowa w brawurowym wykonaniu Ewy Kaim – obie portretując średnie pokolenie kobiet (i aktorek), dla świata – nie tylko tego patriarchalnego, ale może przede wszystkim dla świata ich córek – totalnie niewidoczne, spychane w pewnym momencie życia na margines szaleństwa bądź niebytu. Marciniak oddaje im jednak sprawiedliwość, podkreślając tragizm ich losu. Gdy Ewa Kaim, ubrana w sukienkę rodem z obrazu Johna Everetta Millaisa bądź Botticellego, we wspomnianym już monologu Meliny, opowiada dramat Lili, dodaje na koniec: Lilu, ty sobie z tym poradzisz. Ty jesteś mądrzejsza niż ja. Ty się mścisz na nim. Ja na nim nie umiałam, więc mściłam się na sobie. Na tej cząstce siebie, która go pragnęła. Niezwykłą galerię kobiecych postaci dopełnia Aleksandra Nowosadko w postaci Ady, znanej wszystkim ofiary seksualnych zapędów Marcello Solary (Adam Nawojczyk). Młoda aktorka kilkoma pociągnięciami aktorskiego pędzla tworzy niejednoznaczną wersję jednoznacznej bohaterki, której jedyną „winą” w neapolitańskim świecie było to, że chcąc eksplorować swoją kobiecą naturę, nie zachowała odpowiedniej czujności.   

Świetni są również aktorzy: Chrząstowski, Nawojczyk, Stawarczyk, Durman i Majnicz. Gdy pojawiają się na scenie, scenografia odwraca się do widowni tyłem, jakby twórczynie spektaklu chciały zaznaczyć, że sprawy facetów są w tej opowieści drugoplanowe, pojawiają się na lewej stronie materii przedstawienia. Wprowadza to też rodzaj paradoksu: męski punkt widzenia pozornie znajduje się na drugim planie, a jednak kobiety wciąż muszą się z nim mierzyć, z zastrzeżeniem tylko, że owa walka o siebie nie realizuje się dziś w bezpośrednim starciu, a w powidokach obecnych przede wszystkim w głowach i mentalności walczących kobiet. To jeden z ulubionych tematów Marciniak, silnie obecny w niemieckiej Dziewicy Orelańskiej, widać, że jego kolejną odsłonę mamy i w Genialnej przyjaciółce. 

Ewelina Marciniak zrobiła w Starym spektakl znakomity, mądry, przenikliwy, ale i niejednoznaczny, czuły, mieniący się różnymi odcieniami emocji. Na poziomie, jakiego dawno w tym teatrze nie było. Przedstawienie, które nie oznajmia, lecz pyta, które nie oducza myślenia, a zmusza do refleksji, wreszcie opowieść, którą ma się ochotę obejrzeć jeszcze i jeszcze raz. O ile bowiem trwanie w świecie Ferrante nie wydaje się szczególną przyjemnością, wizyta w świecie Marciniak już tak, powiedziałbym nawet, że te trzy i pół godziny w Starym to haust powietrza zaczerpnięty nad powierzchnią wody, pozwalający na dalsze zanurzenie w życie – o ile oczywiście potrafimy go bez żalu za sobą zostawić. Tak jak każdą genialną przyjaciółkę… Tylko czy to w ogóle możliwe?

Ps. Kochani Dyrektorzy, mam nadzieję, że Karolina Staniec jest już w Starym na etacie, taka okazja trafi się Wam w następnym pokoleniu… czyli nigdy…

Ps.2 W piątek 14 kwietnia w RMF Classic będziecie się mogli/mogły dowiedzieć z mojego teatralnego felietonu “W PIERWSZYM RZĘDZIE”, co czyta Elena Greco w scenie na plaży i jak to się stało, że Anne Carson! 

[addthis tool="addthis_inline_share_toolbox_x0fz"] Kategorie: , | Tagi: |

4 komentarze

  1. Cóż. Dla mnie to był po prostu bardzo zły spektakl. Szkoda tekstu mi tekstu Ferrante i czasu spędzonego na widowni. W mojej opinii obroniła się tylko scenografia.

    • Panie Piotrze, a dla mnie wprost przeciwnie, zwłaszcza, że w NST złych przedstawień było ostatnio wiele, że wspomnę tylko Orlanda i Baśń o wężowym sercu. W kwestii GP się więc nie spotkamy, i bardzo dobrze, teatr byłby nudny, gdyby wszyscy się ze sobą zgadzali! Pozdrawiam, TD

  2. Dzień dobry, serial “Genialna przyjaciółka” jest dystrybuowany przez platformę HBO 😉 Wacław Zimpel gra Alfonsa (tu się chyba pojawiła literówka). I mam pytanie, co oznacza zdanie “Warto iść do Starego choćby tylko dla tej niej, obie aktorki są tam niezwykle poruszające.”?

    Pozdrawiam,

    • Pani Paulo, dziękuję za zwrócenie uwagi na nieścisłości. Muszę się przyznać, że w chaosie medialnym wszystko kojarzy mi się już z Netflixem, a literówek – mimo przeglądania tekstu przez profesjonalną redaktorkę – nie da się – jak widać uniknąć, pozdrawiam serdecznie, TD