Zakonnice w przebraniu – "Historia Jakuba" Tadeusza Słobodzianka w reż. Ondreja Spišáka w Teatrze na Woli

zdj. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

zdj. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Dramat Tadeusza Słobodzianka Historia Jakuba oparty jest na losach księdza ks. Romualda Jakuba Wekslera-Waszkinela, który w czasie wojny, jako niemowlę został oddany na wychowanie polskiemu małżeństwu Waszkinelów. Jego matka, Żydówka Sonia Weksler, chcąc ratować synka przed nieuchronną zagładą, ubłagała ich, żeby go przygarnęli. Głównym argumentem miało się okazać zdanie wypowiedziane przez zrozpaczoną matkę do Emilii Waszkinelowej: „Pani jest chrześcijanką, pani wierzy w Jezusa. On był Żydem, niech pani ratuje moje żydowskie niemowlę w imię Tego Żyda. Gdy dorośnie, niech zostanie księdzem”. Jego żydowska rodzina nie przeżyła wojny, ale Jakub Weksler vel Romuald Waszkinel ocalał, zamieszkał z przybranymi rodzicami i został… katolickim księdzem. Gdy w wieku 35 lat dowiedział się, kim jest naprawdę, napisał do papieża Jana Pawła II, z pytaniem czy może używać też nazwiska i imienia żydowskiego. Odpowiedź z Watykanu nadeszła – na kopercie napisano: ksiądz Romuald Jakub Weksler-Waszkinel. W ostatnich latach wyjechał do Izraela, gdzie osiadł w Jerozolimie, pracując w instytucie Jad Waszem jako archiwista.

Dramat Słobodzianka i jego inscenizacja w reż. Ondreja Spišáka garściami czerpie z życia ks. Romualda Jakuba, w przedstawieniu nazwanego Marianem. Spektakl podzielony jest na dwie części: „polską” i „izraelską”. Narratorem opowieści jest sam główny bohater, ale w tym przypadku nie ma to większego znaczenia. Jego opowieść dopełniają sceniczne obrazy. Znakomita, prosta scenografia Szilárda Borarosa – kilka starych szaf, stół i krzesła – w umiejętny sposób sytuuje nam tę opowieść zarówno w jej rzeczywistych realiach, jak i uniwersalnej, mitycznej czasoprzestrzeni. Wizualizacje epizodów z życia bohatera odgrywa w konwencji jasełek grupa aktorów, wcielających się w różne postaci. Jest to źródłem nieustającego komizmu sytuacyjnego (na przykład sceny z zakonnicami), który dramatycznej, ciężkiej historii Mariana/Jakuba dodaje lekkości. Tenże komizm w połączeniu ze znakomitym aktorstwem całego zespołu – a zwłaszcza Lewandowskiego – skutkuje klarownym, miejscami wartkim i zabawnym spektaklem, w którym historia płynie niczym rzeka, a kolejne porty nad jej brzegiem opuszczamy szybko, bezpiecznie i bez żalu. I o to „bezpiecznie i bez żalu” mam do twórców największe pretensje.

Historia Mariana/Jakuba jest dramatem człowieka, który – posiadając podwójne korzenie – w istocie nigdzie nie przynależy, nie ma swojego miejsca w świecie. Dramatem człowieka, któremu los nie szczędził niemiłych niespodzianek, upokorzeń i nieszczęść; wreszcie dramatem kapłana, któremu przypisano raczej rolę Hioba, niż Jakuba. Była więc szansa na wielki tekst – może współczesny moralitet – który mógłby wstrząsnąć czytelnikiem, a na pewno widzem. Powstał jednak dramat przeciętny, za długi, zbytnio skupiający się na fabule, pomijający w swej strukturze płaszczyznę metafizyczną. W przypadku tekstu dramatycznego to akurat jeszcze nie koniec świata – pozostaje pole do popisu dla reżysera, który z okruchów zdarzeń, z kontekstów może zbudować ten świat na swój sposób. Ondrejowi Spišákowi nie mieściło się jednak w głowie, by do dramatu swojego przyjaciela i mistrza cokolwiek od siebie dodać. Powstała zatem inscenizacja – bo nie adaptacja – skonstruowana na kolanach wobec tekstu oraz powielająca wszelkie jego błędy: zbytnią deklaratywność, obsesję fabuły, papierowość i powierzchowność. Od nudy klepania we wciąż te same klawisze ratować miał nas koncept aktorskich przebieranek, ale gdy aktorzy kolejny raz naprawdę przebierają się na scenie, pojawiają się przestoje i dłużyzny. Pomysł ten oddał w sumie spektaklowi niedźwiedzią przysługę – podkręcał wprawdzie rytm i wprowadzał humor, lecz wraz z humorem także dystans. Ów aktorski dystans do postaci, w połączeniu z poetyką chronologicznie prezentowanych jasełek zabijał to, co najważniejsze dla tej historii: emocje i szansę na jakiekolwiek katharsis. Aktorzy nie mieli czasu na wygranie emocji, widzowie – na ich przeżycie. W najbardziej tragicznych momentach jeden Lewandowski próbował je wydobyć, ale ginęły pod rozpędzonym, szalonym kołem narracji. Jasełkowa konwencja największą krzywdę zrobiła właśnie temu wybitnemu aktorowi, który jako narrator i zarazem bohater opowieści gra na dwóch planach. To, co najciekawsze, powinno odbywać się na ich granicy – tu kompletnie przez reżysera zignorowanej! Lewandowski ma tę świadomość, czuje się w nim intuicyjną potrzebę refleksji, komentarza, wyrwania momentu na przeżycie, lecz jasełka mają swoje prawa: już zakonnice biegną, już następna scena, ważne, żeby wszystko do końca i w dobrym czasie zagrać. W rezultacie na scenie na Woli mamy o godzinę za długą „sztukę (nie)dobrze skrojoną” a nie – wybitny spektakl. Na który akurat była tu wielka szansa! Żal. Gorzki żal.

Aktorzy grają znakomicie, bo też nie w aktorstwie tu problem, a w koncepcji i reżyserii. Zresztą, gdyby nie aktorzy, spektakl byłby klapą. Począwszy od znakomitego Łukasza Lewandowskiego, którego wybitny talent ratuje nas od nudy i smartfona, po rewelacyjne w tym spektaklu kobiety – Małgorzatę Rożniatowską i Izę Dąbrowską.

W finale spektaklu nie ma oklasków, bo bohater swoim gestem je uniemożliwia. Może i dobrze, bowiem – biorąc pod uwagę tematykę spektaklu, sławę dramaturga oraz wierną publiczność sceny na Woli – znowu byłaby to owacja na stojąco (ostatni krzyk mody w warszawskich teatrach). Nazajutrz jednak zrobiło mi się smutno, gdy zdałem sobie sprawę, że spektakl ten oglądało mi się… fajnie. Nic więcej. I jedyne, co utkwiło mi w pamięci, to zakonnice w przebraniu. Czy o to Wam, drodzy twórcy, chodziło? Nie sądzę…