Ani kłamać, ani udawać nie chcę – o „Nad Niemnem” Elizy Orzeszkowej w reż. Jędrzeja Piaskowskiego w Teatrze Osterwy w Lublinie

zdj. Natalia Kabanow

Wszystko zaczyna się przed kurtyną. Marta Korczyńska (Marta Ledwoń) wraz z Justyną Orzelską (Justyna Janowska), wracając z kościoła przysiadają na chwilę na schodach. Justyna prosi ciotkę, żeby ta opowiedziała jej raz jeszcze historię o tym, jak chłopi kiedyś wzięli ją za pędzącą zarazę, gdy w kolorowej sukni z kapeluszem w dłoni wracała biegiem przez pola do Korczyna. Delikatna aluzja do współczesności wydaje się aż nadto czytelna, ale myliłby się ten, kto by myślał, że będzie to główny temat spektaklu. Entuzjazm, z jakim Justyna prosi kolejny raz ciotkę o opowieść, połączony z pewną zachowawczością młodej panny, szkicują postać głównej bohaterki kilkoma posunięciami teatralnego pędzla, jako osoby nieco pogubionej, introwertycznej, żyjącej gdzieś na antypodach niezbyt przyjaznej rzeczywistości. Sytuację rozjaśnia nam nieco wymiana zdań między Justyną a ciotką – jej sytuacja życiowa wydaje się nie do pozazdroszczenia: mieszka w Korczynie na łasce wujostwa, korzystając ze statusu ubogiej krewnej, u boku niezbyt stabilnego emocjonalnie ojca, do tego uwikłana w trudną emocjonalną relację z bogatym i żonatym pseudoartystą, Zygmuntem Korczyńskim. Warto podkreślić, że Janowska nie gra tu ofiary, jej bohaterka ma bowiem pełną świadomość swojej sytuacji, nie umie jednak jeszcze jasno określić swoich potrzeb i celów. Deklaruje tylko odrzucenie stylu życia preferowanego w Korczynie: Już odechciało mi się ich strojów i zabaw, ich poezji i ich miłości… Ja ani kłamać, ani udawać nie chcę!  Żyję tak, jak oni wszyscy, bo skądże sobie wezmę innego życia, ale… ani kłamać, ani udawać nie chcę! To i tak bardzo wiele! Zaczyna dojrzewać, jedynym zaś jej skarbem jest uczciwość wobec siebie, od tego zaczyna i to może pomóc jej zaskarbić naszą sympatię. Jej starszą wersją jest Marta, która – widać to jasno – była kiedyś podobną młodą dziewczyną, z tą jednak różnicą, że Marta popełniła wielki błąd: zdusiła w sobie miłość do zubożałego szlachcica, Anzelma Bohatyrowicza (Przemysław Gąsiorowicz), gdyż wszystkim dokoła a w konsekwencji jej samej wydawała się ona mezaliansem. Marta płaci za to cenę przez całe życie; żyjąc gdzieś w spiżarniach i kuchniach Korczyna, rozpamiętuje ten jeden błąd, który kosztował ją szczęście. Jak pisał bowiem inny wielki pisarz tego okresu w Lalce: są różne zbrodnie na świecie, ale największą jest zabić miłość. Pięknie zakomponował tę opowieść Orzeszkowej w szacie Huberta Sulimy Jędrzej Piaskowski wraz ze swoim teamem. Ubrana na ciemno Marta (niczym czechowowska postać w żałobie po swoim życiu) przegląda się co rusz w legendarnej opowieści o sobie samej w kolorach, ubrana na szaro (świetna gra kostiumem postaci wymyślona przez Annę Met) Justyna Orzelska przegląda się w losie ciotki, z ulubioną w jej opowieściach historią o cholerze, a obie one zostają dodatkowo zestawione z -ubranymi w nieco przesadnie strojne, kolorowe suknie – Emilią Korczyńską i jej powiernicą, Terenią Plińską. Co ciekawe, w tym świecie kobiecych lustrzanych odbić żadna z nich nie jest na razie szczęśliwa. Choć Piaskowski często przedrzeźnia swoje postaci, odwołując się jednocześnie do afektowanej gry aktorskiej filmowej adaptacji Zbigniewa Kuźmińskiego oraz chwilami nieco zbyt melodramatycznego arcydzieła Orzeszkowej, żadnej z tych kobiet nie traktuje lekceważąco. Emilia Edyty Ostojak, choć pokazana w krzywym zwierciadle, jest przecież darzona w gruncie rzeczy przez twórców wyjątkową czułością. Ostojak zresztą nie maluje jej wizerunku płasko, choć często posługuje się grubą kreską. Spod afektowanych wypowiedzi, westchnień czy reakcji, co jakiś czas wydobywa się bezbrzeżna rozpacz kobiety ambitnej i niegłupiej, uwikłanej w niedobrane małżeństwo z rozsądku, kobiety, która na całe życie utknęła w sidłach zastawionych na nią przez społeczeństwo i konwenans i wciąż cierpi, nie mogąc się z nich uwolnić. Tę rozpacz widać na przykład w kostiumie – Emilia w wieczór imienin zakłada balową suknię, ewidentnie nieadekwatną do okoliczności prowincjonalnych imienin. Pojawia się zatem pytanie: dlaczego to robi? Odpowiedź jest prosta – żyje wciąż w wymyślonym przez siebie i dla siebie, pełnym pretensji i marzeń o lepszym losie świecie, któremu kres położyło małżeństwo z niezbyt pasującym do tych wyobrażeń Benedyktem (Włodzimierz Dyła). Czasem się z niej śmiejemy, innym razem ten śmiech więźnie w gardle ze wzruszenia – tu też kryje się największa siła teatru Piaskowskiego w lubelskim spektaklu, ale o tym za chwilę. Powiernicą Emilii w tej osobliwej śmieszno-strasznej niewoli jest biedna Terenia (Magdalena Sztejman), osoba jeszcze bardziej afektowana i łatwa do obśmiania, aczkolwiek gdy się nad tym głębiej zastanowić, kobieta jeszcze bardziej nieszczęśliwa – nieomal bezdomna, ubrana w niemodną już suknię, nieposiadająca niczego poza „posadą” w Korczynie. 

Gdy kończy się pierwsza scena rozmowy między Justyną a Martą, ciotka wygłasza znamienne słowa: Wleczem się jak żółwie. Prędzej. (…) Ciekawam, jaką to komedię dziś mieć będziem. Kurtyna się podnosi i oto znajdujemy się w Korczynie, a zarazem w opowieści Marty o tym, jak młoda kobieta, Justyna, będzie próbowała w tej komedii (spektaklu) znaleźć swoją drogę, nie popełniając błędów ciotki Marty, ciotki Emilii, Tereni, czy innych kobiet sportretowanych uważnie i dogłębnie w spektaklu Piaskowskiego i Sulimy, że wspomnę tylko campowo-posągową matkę Polkę, żyjącą „na grobie męża” – Andrzejową Korczyńską (Jolanta Rychłowska) czy infantylną, choć naprawdę zakochaną w mężu, żonę-gadżet Klotyldę (Magdalena Zabel). Justyna wygra tę potyczkę z losem, bo posłucha głosu własnego serca, porzuci szarość na rzecz bieli, ukazując swoją niewinność, która stanie się jej największym (oprócz miłości do Janka) kapitałem. Naprawi przy okazji kilka niezwykle ważnych dla nadniemeńskiej wspólnoty spraw, godząc – co najważniejsze – zwaśnione ze sobą rody. W finale znajdzie się jedna z najlepszych scen spektaklu. Całkiem już ukształtowana poprzez los i swoje wybory Justyna, wraz z doznającym podobnych doświadczeń synem Korczyńskiego, Witoldem (świetnie narysowana przez Orzeszkową polska wersja tołstojowskiego Lewina, Michał Czyż), próbują za ręce wyciągnąć na schody przed scenę ciotkę Martę, która za nic na świecie nie chce się ruszyć z otomany. Z góry spada już kurtyna i wiadomo, że przerwie za chwilę więź między młodymi a ciotką, ale też między bohaterami a opowieścią o nich. Ciotka Marta zostaje w swojej opowieści – kończy ją, przechodząc do przeszłości. Przyszłość – to dwoje młodych, w pełni ukształtowanych już i świadomych młodych ludzi, którym… nie zamykają się usta, gdyż pełne są ich własnych opowieści. Justyna Orzelska przestaje milczeć i obserwować świat, zaczyna go opowiadać, przejmuje narrację i za jej pomocą kreuje rzeczywistość. Po spektaklu wiemy już, że o takim świecie, jaki był u Orzeszkowej, mowy już być nie może. To nowy świat, nowy spektakl, nowa powieść, nowy język. Może dlatego ciotka Marta, kobieta niezwykle mądra i przenikliwa, nie widzi tam już swojego miejsca: opowiedziała Justynie swoją przeszłość ku przestrodze i została w tamtym świecie, może niezbyt miłym i nienadającym się do życia, ale jej własnym, znanym i oswojonym. „Żyję, tak jak oni wszyscy, bo skądże sobie wezmę innego życia”. Justyna dodawała jeszcze, że ani kłamać, ani udawać nie chce, Marta zaś, a za nią Sulima i Piaskowski, opowiadają nam przez prawie trzy godziny świat Orzeszkowej, a przez niego także nasz własny, ludzki. Prawdziwy i nieudawany. Interpretując spektakl, nie poruszyłem wielu innych wątków, m.in. tematu autentycznej wspólnoty (Bohatyrowicze, cóż za piękna scena jedzenia miodu!), kwestii miejsca artysty w tym świecie oraz jego szczerości (Zygmunt Korczyński) czy silnie eksponowanej roli klasowości w życiu społeczeństwa czy jednostek. Nie da się jednak zawrzeć wszystkiego w jednej, już i tak długiej recenzji, tematy te zostawię więc sobie na kolejny tekst.

Adaptacja Sulimy jest znakomita, zwięzła i precyzyjna, ze świetną kodą. Kunszt dramaturga widać w strukturze, ekspozycji postaci, wyborze scen i wątków (w moim wydaniu powieść liczy 600 stron), a także – i to może bardziej interesujące – w podejściu do tekstu oraz legendy „Nad Niemnem” jako koszmaru szkolnej lektury, obfitującej w osławione, ziejące nudą opisy przyrody. Sulima znalazł na opis, a więc trzecioosobową wszechwiedzącą narrację, zawierającą zarówno opisy przyrody, jak i didaskalia, dobry teatralny sposób. Jako że jesteśmy w „komedii” Marty, a więc na scenie, bohaterowie od czasu do czasu wychodzą z ról, stając niejako obok siebie i recytując fragmenty narracji Orzeszkowej, nierzadko opisy przyrody właśnie. Korzyści z tego rozwiązania są wielorakie: po pierwsze owe fragmenty narracyjne zyskują wagę jako elementy teatru w teatrze; po drugie przybierają formę monologów (jak u Czechowa), odsłaniających stany emocjonalne bohaterów oraz uzewnętrzniających to wszystko, co chcą oni powiedzieć, a czego w swoim świecie wyrazić wprost słowami nie mogą, po trzecie opis przyrody czy didaskalium staje się – co dość oczywiste w świecie przedstawianym jako miejsce opresyjne i pełne różnych pułapek – więzieniem, które zamyka postaci w pretensjonalnym języku epoki, po czwarte wreszcie, narracja obiektywna pozwala Piaskowskiemu zbudować napięcie między obrazem tego świata na scenie a jego jądrem zawartym w powieści i języku Orzeszkowej.

Trzeba przyznać, że reżyser znakomicie przełożył założenia adaptacji na scenę. Żongluje kilkoma konwencjami m.in. realistyczną, symboliczną, impresjonistyczną czy groteskową, stosując elementy parodii, farsy, romansu czy wręcz rewii (wątek Jadwigi Domuntówny), a wszystko to w jego ulubionej, campowej poetyce. Efekty są znakomite, przykładem scena wesela Elżuni Bohatyrowiczówny, zbudowana na granicy sennego marzenia z elementami kabaretu oraz konwencji teatru w teatrze. Gdy prześnimy z postaciami ich/nasz wielki sen o kruchej może, lecz prawdziwej, bo chwilowo autentycznej wspólnocie (wspólne śpiewanie piosenek ludowych, w których jest wszystko: i Bóg, i miłość, i tęcza) zaczynają się niemrawe, weselne tańce, pada hasło „odbijany” i w jednym momencie Marta wpada na Anzelma, musi spojrzeć przez chwilę w oczy zamordowanej przez siebie miłości i własnemu szczęściu. Kończy się postmodernistyczna zabawa konwencją, pojawia się magia, nie tyle nawet ludzkiego spotkania, ile spotkania z Fatum. I nagle wszystko inne przestaje być ważne, bo ogarnia nas głębokie wzruszenie. Na takich właśnie kontrastach zbudowane jest przedstawienie Piaskowskiego.

O scenografii Anny Met należy pisać w samych superlatywach. Przestrzeń Korczyńskiego dworu – sztuczna, niezwykle wąska, ograniczona ścianą z tkaniny (na niej skóra upolowanego zwierzęcia i kolekcja dawnej broni – znów dyskretna aluzja do współczesności), w której znajduje się wejście, wymyślone tak, żeby nie można było ani łatwo do tego świata wejść, ani z niego wyjść – skontrastowana została z symbolicznymi, impresjonistycznymi wręcz obrazami przedstawiającymi przestronne, pełne niezwykłej urody pejzaże w duchu Reymonta czy Wyspiańskiego. Jeśli chodzi o funkcję, to bliżej temu wielkiemu, złotemu słońcu Anny Met do Reymonta niż do Orzeszkowej czy lubującego się w pejzażach późnego Asnyka, ale poczytuję to za walor, natura w „Chłopach” była bowiem bohaterką żywą, współtworzącą muzykę świata i ingerującą w życie, a przede wszystkim w emocjonalność bohaterów tak bardzo, że nie wiadomo było, czy ona tworzy ludzi, czy oni ją. Podobnie jest na scenie lubelskiego teatru. Scena wędrówki Jana i Justyny, dzięki mistrzowskiej reżyserii świateł Pauliny Góral – która w umiejętny sposób wydobyła impresjonistyczny, a zarazem metafizyczny charakter natury w ujęciu Anny Met – zyskała charakter czegoś symbolicznego, wiecznego i niewytłumaczalnego. Jeśli chodzi o kostiumy, to dzieją się rzeczy niezwykle ciekawe. Stała współpracownica Jędrzeja Piaskowskiego, Hanka Podraza, reprezentuje w polskim teatrze wyrazisty styl, nazwę go w dużym uproszczeniu postmodernistycznym, campowym, eksploatującym kicz i grającym z widzem w perwersyjną grę: jakość kontra wygląd. W „Trzech siostrach” na przykład kostiumy miały być „klasyczne”, ale że stworzone były przez artystkę postmodernistyczną, zachowały taki charakter i sznyt, świetnie służąc pomysłowi, że świat opowiada nam osoba kiczowata i pozbawiona gustu (Natasza). W „Nad Niemnem” sytuacja wygląda na odwrotną: Anna Met, jako artystka bardziej “klasyczna” (przepraszam za te etykietki, chcę tylko opisać zasadę) robi z założenia kostiumy nieco postmodernistyczne, czy też nawet campowe, z tą jedną różnicą, że wyczuwa się tu delikatną przewagę “klasyki”, w związku z czym balans wciąż jest, choć nacisk pada już na coś innego. Piszę o tym szczegółowo, gdyż mam wrażenie, że akcent został delikatnie przesunięty nie tylko w kwestii kostiumów, ale w ogóle w podejściu do spektaklu czy teatru w ogóle. Piaskowski, jak się zdaje, przeszedł drogę Justyny Orzelskiej i chyba doszedł do miejsca, w którym określił się sam przed sobą jako artysta. I nie chodzi mi o to, że wyobrażam sobie, że powrócił na łono reżyserów klasycyzujących czy spełniających oczekiwania krytyków czy kogokolwiek innego. Wręcz przeciwnie. Myślę, iż zrozumiał, że może opowiadać nam świat tak, jak chce, bo umie to robić w każdej konwencji, ale też z pełną świadomością tego, o czym chce mówić i jakim językiem. To według mnie krok milowy, jeśli nie najważniejszy w karierze każdego artysty i serdecznie mu tego gratuluję! Justyna Orzelska jest na pewno dumna. I Marta, z którą się jakoś wyjątkowo identyfikuję, też.

O aktorkach już trochę pisałem – Janowska, Ledwoń, Ostojak, Rychłowska, Sztejman, Zabel, Brulińska pływają w tym arycpolskim, pięknym i strasznym świecie, jak ryby w wodzie, może dlatego, że od czasu Orzeszkowej nic się w nim nie zmieniło. Jesteśmy tak samo niedoskonali, podzieleni, zarówno klasowo, jaki i mentalnie, wciąż popełniamy mnóstwo błędów, za które nie mamy zamiaru przepraszać, bo jesteśmy pozamykani, zakompleksieni i często koniunkturalnie głupi; zapatrzeni w przeszłość i ślepi na przyszłość. Przykładem przykra sytuacja w samym lubelskim teatrze: pan Marszałek, zamiast przyjść do teatru i od Justyny Orzelskiej nauczyć się wybierać w życiu najlepsze rozwiązania, kręci się gdzieś po wąskich i sztucznych salonach, w poszukiwaniu jakiegoś ustosunkowanego Różyca, który będzie spełniał polecenia władzy. Musi jednak pamiętać, że Różyc może okazać się morfinistą, a władza to przecież nic innego, jak narkotyk… Jeśli chodzi o aktorów, nie będę nikogo wyróżniać, wszyscy byli znakomici! Dość powiedzieć, że po czterech latach dyrekcji Doroty Ignatjew, ekipa Teatru Osterwy to w tej chwili jeden z najlepszych zespołów teatralnych w Polsce. Wiem, co piszę, bo jeżdżę po całym kraju, oglądam dużo i w Lublinie też często bywałem. Zespół aktorski dowodzi tego, grając w spektaklu wielopoziomowym, trudnym, wymagającym wirtuozerii w szybkich zmianach konwencji i spisuje się tu, w „Nad Niemnem”, na medal! Wypada też wspomnieć dobrą muzykę Jacka Sotomskiego i spójną choreografię Daniela Dobosika.  

Jędrzej Piaskowski z Hubertem Sulimą zrobili według mnie swoje najlepsze jak dotąd przedstawienie. Zwarte, dobrze napisane i wyreżyserowane, mieniące się różnymi odcieniami, poruszające wiele istotnych tematów (o kilku nawet nie wspomniałem, wybaczcie), w pełnej kontroli zarówno nad formą, jak i nad treścią. Osobiście im dziękuję za to, że z czułością i zrozumieniem podeszli zarówno do Elizy Orzeszkowej, jak i do wykreowanego przez nią świata i jego bohaterów. W końcu to nie jej wina, że świat, w którym przyszło jej żyć i tworzyć, nie był wcale lepszy od naszego…