
zdj. Pat Mic
FALA VI, ODPŁYW, 11 lutego 2026
TAOS: THE AGE OF SHIVER
Jest mega pozytywnie, zaczyna się nowy, dzień pijemy poranną kawę, ludzie gdzieś biegną, a my doświadczamy pełnej komunii z naturą, ze sobą, ze swoim życiem, z tym, co tu i teraz. Przynajmniej tak sobie interpretuję pierwsze sceny spektaklu Agaty Życzkowskiej – „Taos: the age of shiver”, siedząc i uśmiechając się do siebie na widowni Centrum Promocji Kultury. Wychodzi na scenę Maciej Feliga, zaczyna się z offu jego monolog, a ja z każdym słowem upewniam się, że moje odczucia są właściwe. Pogodzony ze światem i sobą człowiek ma prawo (czy wreszcie możliwość) cieszyć się z małych rzeczy, co powoduje w gruncie rzeczy najpiękniejszy stan jego egzystencji. Nazwałbym go całkowitym wypełnianiem ramek, z którymi jako istoty ograniczone przychodzimy na świat. I nagle zonk: Feliga spotyka na swojej drodze innego człowieka, tego nieobliczalnego i wręcz niebezpiecznego, stan wiecznej szczęśliwości kurczy się niczym przebity balon, świat staje się nieznany i przerażający. Epizod relatywnie dobrze się kończy, ale smugi zagrożenia wciąż czają się w naszych myślach. „Trzeba to wytańczyć” mówi Feliga, a ja myślę sobie, że znalazłem właśnie klucz do tego spektaklu. Będzie on takim właśnie wytańczeniem wszystkiego złego, co nas w życiu spotyka. Próbą osiągnięcia na powrót stanu całkowitego zespolenia ze sobą, swoim miejscem w świecie, naturą rzeczy. A służą temu rytuały: codzienna filiżanka ulubionej kawy czy herbaty, zapachy, kolory, muzyka czy wreszcie pamiętane z dzieciństwa ulubione pierogi z jagodami.
Chwilę później, po monologu Macieja Feligi i pełnemu pasji „wytańczeniu” doświadczenia, scenę przejmuje Mirek Woźniak, wcielając się w postać, będącą mottem i pełzającym refrenem spektaklu, czyli w Freddiego Mercurego (ach, cóż za fizyczne podobieństwo!). W kontekście historii z bronią, ów motyw zyskuje nieoczkiwany sens, sztuka bowiem w wydaniu lidera zespołu Queen, a więc uprawiana totalnie, bezkompromisowo, w pełnym świetle reflektorów, wręcz kompulsywnie i szaleńczo, staje się jedyną możliwą odpowiedzią. Na zasadzie, im większe zagrożenie i przeczucie śmierci, tym bardziej totalna na nią odpowiedź, jakby poziom tytułowych „dreszczy”, dotąd zarezerwowanych tylko dla niewinnego zachwytu, był teraz termometrem naszych niekoniecznie pozytywnych uczuć i emocji. Show Mirka Woźniaka, w którym wciela się on we Freddiego, jest niczym z jakiegoś biednego, jawnie umownego teatrzyku – lśniący kostium, cekiny, pióra, korona i styropianowy złoty księżyc, wreszcie śpiew Woźniaka – wszystko na granicy fałszu, a jednak emocje performera oraz starania jego kolegów przy inscenizacji są prawdziwe. Stają się dowodem na siłę teatru, rozumianego jako nasza bezpośrednia zewnętrzna autoodpowiedź na wewnętrzną potrzebę oswajania świata i lęku przed śmiercią. Po tym wszystkim można się już tylko napić kawy/herbaty, tworzyć z zaproszonymi na scenę widzami prawdziwą wspólnotę, bo kiedy wyjdziemy z teatru, wszystko zacznie się od nowa. Dzień jak co dzień, dzień świstaka. Dobrze że mamy zmysły, pamięć i maszynkę do ich pobudzania – teatr. Korzystajmy z niej, kiedy tylko się da.
ODPŁYW
Zakończył się finalny akord Festiwalu 5U: NEW Dance Wave Festival, kończę i ja swoją z nim przygodę, Agacie Życzkowskiej i jej Zespołowi, serdecznie dziękuję za zaproszenie i zaufanie, a Was zapraszam na spektakle i wydarzenia taneczne, ze szczególnym uwzględnieniem repertuaru kompanii Hoteloko! Pomyślnych wiatrów!
FALA V, 10 lutego 2026
SOLARPUNK
Solarpunk to nurt w sztuce, literaturze i projektowaniu, który pokazuje pozytywną wizję przyszłości opartą na harmonii między ludźmi, technologią i naturą. W przeciwieństwie do dystopii i cyberpunku, nie skupia się na katastrofach, ale na tym, jak świat mógłby wyglądać, gdyby rozwój był zrównoważony i sprawiedliwy. W świecie solarpunku miasta są zielone, pełne roślin i energii odnawialnej, a technologia służy wspólnocie, a nie tylko zyskowi. Ważne są współpraca, różnorodność, lokalne społeczności i odpowiedzialność za planetę. Estetyka solarpunku łączy elementy natury z nowoczesnością: panele słoneczne, ogrody na dachach, lekkie konstrukcje i organiczne formy. Solarpunk to nie tylko styl wizualny, ale też postawa i wyobrażenie lepszej przyszłości, w której ludzie żyją bardziej ekologicznie, solidarnie i świadomie.
Agata Życzkowska postanowiła przełożyć tę ideę na taniec, dosłownie i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że świetnie jej się to udało. Na samym początku spektaklu, jedna z performerek Karina Szutko opowiada pozornie banalną anegdotę o tym, jak spotkała się z przyjaciółką, żeby układać puzzle. Kończy się ona tak: „chociaż przez kilka godzin siedziałyśmy sobie tak w ciszy i układałyśmy, a można to przecież równie dobrze robić samemu w domu (…) wystarczyło mi to, że byłyśmy obok siebie; tyle razy w życiu układałam puzzle, a jednak nigdy nie było mi tak dobrze, jak właśnie tego dnia z moją przyjaciółką”. W słowach tych kryje się pierwsza zasada spektaklu Życzkowskiej, sceny są tu poukładane tak, że wyczuwało się we współpracy czwórki performerów (sama reżyserka, Karina Szutko, Maciej Feliga i Mirek Woźniak), autentyczną radość bycia razem. Radość, której mogą doświadczyć widzowie zaproszeni w pewnym momencie na scenę.
W tej samej opowieści Szutko mamy inny fragment: „dostałam właśnie puzzle, które przedstawiają niebo, taki kosmos, różne konstelacje i słońce, tysiąc kawałków (…). Ciekawe jest to, że im dłużej układasz układankę, tym jest gorzej, najpierw sobie segregujesz, potem układasz rameczkę, później są większe elementy, i na koniec zawsze zostaje ten wielki syf tła, które tam gdzieś jest zawsze pomiędzy, a najgorsze jest samo niebo, zwłaszcza gdy jest metaliczne lub czarno-białe”. Gdy się przypatrzeć spektaklowi Życzkowskiej, to przecież tak dokładnie jest zrobiony, najpierw rama – idea solarpunku, potem większe elementy, ułożone (czasownik klucz) taneczne sceny, układające się dodatkowo w samą opowieść, na końcu – niebo, „to metaliczne albo czarno-białe” najtrudniejsze. I rzeczywiście w spektaklu Agaty Życzkowskiej wyłania się ono z całości opowieści, jest właśnie tą radością bycia razem, szczęściem tworzenia tej odpowiedzialnej i empatycznej wspólnoty, którą w „Solarpunku” można poczuć i której naprawdę można tu doświadczyć.
Idyllę solarpunku zakłóca nam w finale smutna opowieść Macieja Feligi, który doznał ataku na tle genderowym. To ostrzeżenie, że piękny świat zaprezentowany nam przez Hoteloko, jest na razie utopią, iluzją, że mamy jeszcze wiele do zrobienia. Pomyślmy o tym!
FALA IV, 9 lutego 2026
wet t-shirt contest
Wszyscy wiedzą, czym jest „konkurs mokrego podkoszulka”. To niezwykle popularna zabawa (zwłaszcza wśród mężczyzn), polegająca na oblewaniu wodą – najczęściej – zawodniczek, żeby podkoszulki, które na sobie mają, ciaśniej przylegały do ciała, eksponując biust, będący tu głównym elementem pożądania i oceny. Nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć, że ów konkurs opiera się na skrajnej seksualizacji kobiecego (najczęściej) ciała, idącej zazwyczaj w parze z przemocą czy jego uprzedmiotowieniem (przez nie zaś – z uprzedmiotowieniem samej kobiety). Gdy więc na scenie pojawiła się androgyniczna wręcz tancerka Ana Kuszarecka, wiadomo było, że tytuł jej performance’u jest ironiczny.
I rzeczywiście, po kilku minutach okazywało się, że jej solo eksploruje ruch, którego podstawą czy też opoką, jest ludzka pierś (z powodzeniem mogąca się spocić własną pracą, nie ingerencją napalonych facetów). Performerka w jakieś dziesięć minut, przeprowadza swoje ciało i nas, widzów przez proces konstytuowania się scenicznej wypowiedzi, od małego ruchu piersi do pełnoprawnego tańca. Jako że jej początkowe ruchy są mocno ograniczone, powiedziałbym że wręcz marionetkowo sztywne, sugerując, że ów radosny finałowy taniec wychodzi od totalnego dyskomfortu zapisanego właśnie w ciele, można uznać cały ten performance za metaforę drogi, którą musi przejść upokarzana w konkursach mokrego podkoszulka dziewczyna, żeby odzyskać godność i poczucie własnej wartości. Niebagatelną rolę odgrywa tu też muzyka, która dopiero na pewnym etapie pozwala ten proces wyzwalania z patriarchalnej kultury przyspieszyć, sugerując tym samym, że sztuka może pomóc, ale nie od razu. Co by nie powiedzieć, znakomite solo Kuszareckiej świetnie nam ten cały złożony proces pokazuje, spotykając dwie główne narracje spektaklu w jej ciele. Co ciekawe w finale spektaklu podkoszulka artystki wciąż jest sucha. I to mimo faktu, że pracowała biustem. Tylko tyle i aż tyle.
PTASIEK
Po powrocie z wietnamskiej wojny, młody chłopak Ptasiek trafia do szpitala psychiatrycznego, gdzie na skutek przebytej traumy, przestaje mówić i zaczyna zachowywać się jak ptak. Jego kumpel Al odwiedza go tam (znają się od dawna, byli razem na wojnie) i próbuje przywrócić światu, konfrontując się przy okazji z własnymi ranami i wspomnieniami. Tyle – w naprawdę telegraficznym skrócie – fabuła powieści Williama Whartona, którą przywołują w swoim krótkim performansie Palina Chapulianets i Andrei Kamarou. Co ciekawe, rozpisanie tej opowieści na taniec dziewczyny i chłopaka od razu przywołuje tu kontekst relacji męsko-damskich, ukazując zapożyczoną od Whartona przyjacielską relację, jako nieustanną wojnę z losem, w której jedno z nich musi stoczyć walkę o to drugie.
Performance ten, wykonywany był do muzyki Chopina, i choć nie jestem znawcą tańca, wydawał mi się w formie najbardziej zbliżony do tańca klasycznego. Klasyczność była też potęgowana dość oczywistą grą kolorów kostiumów: jego błękitne spodnie (niebo, ptak, latać), versus jej cielisty dwuczęściowy kostium (człowiek, ciało, ziemia); oraz rodzajami ruchów: ptasi vs ludzki. Krótkie i bardzo piękne.
FALA III, 7 lutego 2026
NOT THE SAME
Dwie dziewczyny (Karina Szutko, Zoe Marston) – z perspektywy widowni nieco do siebie podobne: obie młode, szczupłe, ciemnowłose – wykonują synchroniczną choreografię. Różni je kostium – jedna z nich ma bluzkę w „wężową skórę”, kobaltowe spodnie, druga odwrotnie: bluzkę w nieco innym odcieniu niebieskiego, spódnicę w jakieś „esyfloresy”, kolorystycznie pasującą jednak do bluzki koleżanki – oraz fakt, że pierwsza z nich zaczyna taniec na siedząco, druga stojąc. Takie same, a jednak inne, not the same. Światło jest jasne, sugerując, że mamy do czynienia z dniem. Zaczynają tańczyć: raz ich ruchy się ze sobą synchronizują, raz totalnie mijają. Taniec jako fundament i metafora relacji – prosto i sugestywnie. W finale etiudy zmienia się światło. Cudowna zieleń, nasuwająca od razu skojarzenia z zorzą polarną, prawie że otula performerki, które stopniowo zamierają w swoich ruchach. Wreszcie stop klatka i poczucie pełnego zespolenia ciał, gestów, osób, wreszcie ich losów. Noc do innych niepodobna, rzut wewnętrznego oka w samą istotę piękna naszej egzystencji i celebracja sensu budowania wzajemnych relacji. Tylko one i kosmos.
Przypomniała mi się jedna z najpiękniejszych scen, jaką w życiu widziałem, z filmu Anga Lee „Życie Pi”. Ocalały z katastrofy morskiej bohater, od wielu dni dryfujący po Oceanie Indyjskim, leży sobie w swojej malutkiej szalupie i wpatruje w olśniewająco upstrzone gwiazdami niebo, kontemplując jego piękno oraz moment totalnego bezruchu, jaki podarowało mu nagle życie. On zespolony z kosmosem, dziewczyny zaś ze sobą, i dopiero przez to swoje „razem” – z kosmosem. Wszyscy not the same, ale przecież dokładnie w tym samym miejscu, czasie, z tym samym przeznaczeniem… Magia!
FALA II, 5 lutego 2026
W dniach 28, 29 stycznia zakończyła się „pełzająca” edycja 5U: NEW Dance Wave Festiwal. Kompania Hoteloko zaprezentowała podczas tego osobliwego biforku kilka naprawdę interesujących propozycji, ja zaś postaram się tutaj z nimi zmierzyć. Na pierwszy ogień performance Michała Przybyły – „shake it till You make it” oraz spektakl Agaty Życzkowskiej „BLUE GOLD”! Zapraszam do lektury!
SHAKE IT TILL YOU MAKE IT
„Shaking” to najprościej rzecz biorąc trzęsienie się lub drżenie. W kontekście ludzkiego ciała odnosi się to do mimowolnych, rytmicznych ruchów jednej lub kilku części ciała (najczęściej rąk, nóg lub głowy). Może to być reakcja chwilowa i niegroźna, ale może też sygnał od organizmu, że coś jest z nim nie tak. Shaking czy też będący jego specyficzną odmianą twerking, to też część naszej kultury. Są nie tylko rodzajami tańca, ale tworzą wręcz całe subkultury, stając się pokoleniowym sposobem wyrażania siebie poprzez emocje. Gdy więc na scenie pojawia się Michał Przybyła i zaczyna swój „trzęsący” performance, wiadomo, że nie o samo trzęsienie się ciała tu chodzi. Najciekawsza była dla mnie tajemnica pochodzenia owych drgawek ciała, odpowiedź na pytanie, z czym tu tak dokładnie mamy do czynienia. I chociaż w sumie w finale tego występu ją w jakimś stopniu otrzymałem, napięcie między chorobą ciała a jego użytecznością w służbie metafory, a więc kultury, stanowiło największą wartość tego performansu. Ważne było również to, że Michał Przybyła jest tancerzem, obie bowiem główne narracje w jego ludzkim ciele znajdowały swój naturalny wspólny mianownik. Spróbujmy więc teraz bliżej przyjrzeć się finałowi tego minispektaklu, żeby pokazać jak dobrze jest zbudowany.
W pewnym momencie tego występu, jego bohater postanawia zmienić taktykę: jako że naturalne próby opanowania „shakeingu” spełzły na niczym (to oczywiście moja interpretacja), w jego rękach pojawia się maszyna do wywoływania drgań, która na zasadzie dwóch minusów, dających plusa, ma poprzez ich zewnętrzne zintensyfikowanie, uśmierzyć je całkowicie. Takie elektroshakingstrząsy. Bohater Przybyły zaczyna przy tym śpiewać słynny przebój Taylor Swift „Shaking off”, traktujący w warstwie treściowej o jej nieudanym życiu uczuciowym, które w jakiś niepojęty sposób należy z siebie strząsnąć (przepraszam za skrajne uproszczenie). Jak się za chwilę okaże, owa terapia zaczyna działać. Owe naturalne poruszenia ciała, jakkolwiek by nie związane ze stanem choroby (czy to fizycznej, czy duchowej), zaczynają się układać w sekwencje innego rodzaju ruchu, który następnie przeradza się w rytmiczny, pewny taniec. Przywodzi to na myśl proces: niewyartykułowane dźwięki, sylaby, słowa wreszcie pełnoprawny tekst. Nie sposób nie pochwalić budowy tego performansu, zwłaszcza że wykonany jest również wspaniale. Po jego obejrzeniu każdy tu może znaleźć swoją opowieść, a to tę, o sile sztuki, jako antidotum na mentalne problemy człowieka, a to inną, o człowieku i jego zmaganiach z samym sobą, a może wreszcie tę o samym medium teatru, jego początkach i sensie. Mnogość tych interpretacji świadczy o tym, że to mini solo jest po prostu perełką wśród spektakli teatru tańca.
BLUE GOLD
Istota performance’u Agaty Życzkowskiej „Blue Gold” poświęconego wodzie, wydaje się ukryta w materii, z której uszyte są elementy scenografii oraz kostiumu performerki. To pokryta cekinami tkanina w różnych odcieniach niebieskiego, mieniąca się na różne sposoby w scenicznym świetle, niczym woda lśniąca w słońcu. Otacza jej ciało, stając się jej „drugą skórą”, nie od dziś przecież wiadomo, że w kilkudziesięciu procentach składamy się właśnie z wody. Oglądając więc działania bohaterki, kreowanej przez Życzkowską ma się wrażenie, że cały jej sceniczny świat jest w całości stworzonym przez H2O. Gdy w pewnym momencie spektaklu dokonuje ona gestu uwolnienia i miłości, wiemy już do czego nas to prowadzi, a mianowicie – do połączenia esencji istnienia wody z istnieniem człowieka. Porównanie to służy artystce jako argument, że ludzki byt, ale też związane z nim prawo do miłości i wolności, są tak samo organiczne i co ważne – nie podlegające żadnym kompromisom czy też wymyślonym przez człowieka kwestionującym je prawom. Ów twardy, niepodlegający negocjacjom budulec, może teraz stanowić fundamenty szczęśliwego, pełnego wolności i miłości życia, którego własną prywatną odsłonę w finale spektaklu pokazuje nam Życzkowska, na nowo się definiując.
Inną ciekawą strategią tego spektaklu, było włączenie w jego narrację widzów, którzy, niczym strumienie tworzące rzekę, mieli wraz z performerką stworzyć większą teatralną – autentyczną – wspólnotę. Muszę się przyznać, że jako absolutny przeciwnik „szarpania widzów w trakcie spektaklu” byłem pełen wątpliwości wobec tego zabiegu, gdy jednak zobaczyłem, jak część osób ochoczo się godzi w tej scenie uczestniczyć, spostrzegłem, jak są szczęśliwe, że mogą być częścią czegoś większego, definitywnie dobrego, pomyślałem, że aktywizacja widowni miała w tym przypadku głęboki sens. Cicha rzeka podobno brzegi rwie, może więc ten skromny performance rzeczywiście ma siłę wodospadu, zmieniającego społeczną przestrzeń myślenia o prawach człowieka? Kto wie, kto wie!!!
FALA I, PRZYPŁYW, 21 grudnia 2025
Na scenie pojawiają się dwie performerki: Złota i Srebrna (Agata Życzkowska i Karina Szutko). Obie wkomponowane w specjalne ramy w tych samych kolorach, wnoszone w przestrzeń spektaklu na własnych barkach. Performerki, miłośniczki luksusu, kobiety. Będą wraz z nami celebrować umiłowanie siebie, siebie w luksusie i samego luksusu, będą wreszcie nas w to świętowanie angażować. Świadome siebie, pełne akceptacji dla swoich ciał oraz siebie samych, wreszcie miłujące wolność, która zapewnia nam przestrzeń do samorealizacji i wyrażania siebie. Jako że jesteśmy na pograniczu teatru tańca i performansu, głównym narzędziem tej celebracji staje się ciało – jego obecność, ruch, ale też to, w co może zostać obleczone, czyli kostium. Tym bardziej szokująco działa więc wolta, którą spektakl przynosi po jakimś czasie. Ów seans zajebistości zostaje bowiem nagle zestawiony z fragmentami telewizyjnych relacji z „czarnych protestów”. Tak po prostu, bez żadnego komentarza, jakby realizator spektaklu się pomylił, albo sztuczna inteligencja z komputera spłatała figla. I nagle dzieje się coś niesamowitego, bo wszystkie dotychczasowe działania performerek wydają się nagle przerysowane, nieadekwatne, wręcz fałszywe. No bo jak tu opowiadać o wolności ciała w różnych aspektach, jak afirmować ciałopozytywność, czy inne idee z nim związane, jak uprawiać na scenie taniec, gdy podstawowa wolność związana z ciałem jest dla polskich kobiet niedostępna? Wychodzi więc na to, że prawdziwym luksusem w Polsce nie są torebki Louis Viton czy kreacje od Gucciego, a prawa kobiet do samostanowienia, do decydowania o swoim ciele. Zaiste, ciężko w tej sytuacji uprawiać sztukę ciała. Dojmujące, zwłaszcza że władza się zmieniła niby diametralnie na korzyść kobiet, a okrutne prawo wciąż jest takie samo…
Agata Życzkowska przez cały spektakl prowadzi słowny dialog z publicznością, i bardzo dobrze, buduje to bowiem wspólnotę przede wszystkim z widzkami, do których ten spektakl wydaje się być skierowany w pierwszym rzędzie. Lepiej by jednak było, żeby nie nazywała tego, co w sposób bardzo komunikatywny się na scenie odbywa, bo taka tautologia jest tu zupełnie niepotrzebna. Publiczność jest naprawdę inteligentna, w takiej zaś sytuacji obrazy działają lepiej niż tysiące słów.
Spektakl „LUXA”, bo o nim teraz piszę, to jeden z flagowych projektów HOTELOKO Company, jednego z najbardziej rozpoznawalnych, niezależnych kolektywów tańca i performansu w Polsce. Oglądałem go w ramach „afterku” po 5 edycji festiwalu U: NEW Dance Wave, który rozpoczął się 21 grudnia br. a swoją kontynuację będzie miał 28 i 29 stycznia 2026. Właściwa edycja U: NEW Dance Wave miała miejsce na jesieni tego roku, stając się – jak zawsze – pretekstem do ożywionej dyskusji na temat kondycji współczesnej niezależnej sceny tańca. Wróćmy jednak do samego kolektywu Agaty Życzkowskiej, który powstał w 2011 roku z jej inicjatywy – początkowo jako Teatr HOTELOKO, następnie jako „movement makers”. Od 2025 roku funkcjonuje jako kompania, w ten sposób akcentując twórczą potrzebę kreowania wspólnoty. Podstawą prawną działalności zespołu jest Fundacja Rozwoju Teatru „NOWA FALA”, jednak jego geneza sięga wcześniejszych, międzynarodowych poszukiwań artystycznych Życzkowskiej oraz jej współpracy z Instytutem Grotowskiego. Nazwa HOTELOKO odwołuje się do tymczasowości („hotel”), potrzeby wzajemnego kontaktu z publicznością („oko”) oraz twórczego szaleństwa („loco”- z hiszpańskiego „szalony”). Kompania nie posiada stałej siedziby, lecz współpracuje z warszawskimi instytucjami kultury, dzięki czemu ma możliwość regularnie prezentować publiczności swoje spektakle, co w przestrzeni funkcjonowania niezależnych zespołów nie jest takie powszechne. Prace HOTELOKO były pokazywane na prestiżowych festiwalach w Polsce i za granicą, m.in. w Kanadzie, Francji, Włoszech i Hiszpanii. Spektakl „Axiom of Choice” otrzymał główną nagrodę Sopockich Konsekwencji Teatralnych, a „LUXA” znalazła się w programie Polskiej Platformy Tańca 2024.
Twórczość HOTELOKO to w telegraficznym skrócie mieszanina tańca, performansu, tekstu, muzyki popularnej, podana w atrakcyjnej formie wizualnej, budowanej najczęściej przy pomocy kostiumów, video i światła. Taniec – obok performansu i elementów teatru – jest jednym z głównych środków ekspresji HOTELOKO Company. Ich spektakle czerpią garściami z estetyki queerowej oraz campowej, cechuje je też często interaktywność. W ciągu prawie piętnastu lat działalności zespół Życzkowskiej zrealizował dwadzieścia prac w różnych formach – od spektakli grupowych po duety i występy solowe. Doczekał się też własnego artystycznego języka, w którym odpowiedzialność społeczna miesza się z różnorodnością, rzeczywiste zaś spotkanie z widzem stanowi fundament artystycznej praktyki.
Tuż przed świętami, w ramach wspomnianego już „afterku” po 5 U: NEW Dance Wave, obejrzeliśmy jeszcze (oprócz „LUXY”) dwa filmy: „Becoming Taiga” oraz „Year of Silence”, a także jeden bardzo ciekawy spektakl młodych artystów tańca – „Twilight”. Film „Becoming Taiga” przedstawia proces budowania kobiecej wspólnoty pod nazwą TAIGA, stworzonej przez organizację New Visions z Berlina, i ma charakter czysto dokumentacyjny. Dużo bardziej interesujący z punktu widzenia teatru jest „Year of Silence” Agnieszki Brzezińskiej. Oto jesteśmy w Bergen, norweskim mieście, które na liście najbardziej deszczowych miejsc świata znajduje się na podium. Piszę o tym nie bez kozery, gdyż znakomite kadry tego krótkometrażowego filmu, wyczarowane przez Jana Gieracha, wręcz ociekają wodą, jakby miała ona stanowić budulec starannie wyselekcjonowanych elementów scenografii opowiadanej tu – przez taniec – historii. A jest nią burzliwa uczuciowa relacja dwóch młodych dziewczyn (Agnieszka Brzezińska i Zuzanna Nir), zakończona odejściem jednej z nich, które dokona się właśnie poprzez wodę. Owa wodna struktura krajobrazu w połączeniu z finałową sceną zniknięcia bohaterki w jeziorze, może z powodzeniem stanowić metaforę wrogiego środowiska, które nie akceptując miłości dwóch dziewczyn, doprowadzi jedną z nich do złożenia z siebie ofiary. Czy to w sensie metafizycznym, jak to mamy okazję oglądać na ekranie, czy metaforycznym – na przykład społecznym. Pejzaż norweski zagrał tu swoją rolę znakomicie, podobnie jak obie tancerki, z poświęceniem kreujące przy pomocy ruchu fabułę tego filmu. Trzeba od razu zaznaczyć, że sam taniec by tu nie wystarczył, cała ta opowieść opiera się bowiem na silnych emocjach performerek. Nie dość, że są one po mistrzowsku skonstruowane, to jeszcze pięknie pokazane okiem Jana Gieracha, który wykonał tu tytaniczną pracę kamerą (jeśli nie wierzycie, spróbujcie sami sfilmować taniec!). To było niesamowite doświadczenie, choć trwało zaledwie 9 minut!
Interesujący był też spektakl Agaty Życzkowskiej „Twilight”, opowiadający historię przyjaźni dwojga młodych ludzi (Karina Szutko, Maciej Feliga). Co prawda o tym, że chodzi o przyjaźń, dowiedziałem się na spotkaniu z Artystami, ale każdy z nas, widzów, ma prawo do swojej interpretacji. Dla mnie jest to podzielona na dwie części opowieść o uczuciowej relacji pary (jak bez podpowiedzi kapnąć się, że on i ona to dwójka przyjaciół?), kluczem zaś do niej – kolorystyka kostiumów: on w różowym topie, ona – w niebieskim. Czyli w pewnym sensie była to relacja, której podstawę stanowiło oparte o genderowy kontekst odwrócenie społecznych ról. Burzliwość tego związku podkreślała choreografia Agaty Życzkowskiej oraz emocjonalne zaangażowanie młodych performerów.
Pierwszy dzień epilogu 5 U: NEW Dance Wave Festival pokazał w pełnej krasie różnorodność propozycji artystycznych, jakie ma w swojej ofercie dla widzów HOTELOKO Company. Po wyjściu z Podskarbińskiej miałem w głowie jedną myśl: chcę doświadczyć tego więcej!