Za wszelką cenę? – „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk w reż. Leny Frankiewicz z Teatru Jaracza w Łodzi

Zdj. Natalia Kabanow

Gdy Janina Duszejko (Milena Lisiecka) wspomina na początku spektaklu o sarnach, nazywając je „panienkami”, na łódzkiej scenie pojawiają się trzy półnagie tancerki (Agnieszka Kryst, Anna Steller, Alisa Makarenko).Wykonują osobliwą, dialogującą z bohaterką choreografię, i znikają wśród fantazyjnych skał, którymi pokryta jest ponad połowa sceny. Wrócą oczywiście, bo są nie tylko antropomorfizowanymi bohaterkami tej opowieści, ale też personifikacją krzywdzonej przez myśliwych Natury, która upatrzyła sobie w Duszejko (bądź w niej odnalazła) swoją obrończynię i mścicielkę. Trzeba przyznać uczciwie, że sceny, w których pojawiają się sarny są jednymi z najpiękniejszych w spektaklu, a to za sprawą zarówno pięknej sugestywnej choreografii Anny Steller i Agnieszki Kryst, jak i muzyki Stefana Wesołowskiego. Naprawdę interesująco w tym wątku robi się w finale spektaklu, gdy Duszejko, zamiast udać się – zgodnie z fabułą opowieści – do Puszczy Białowieskiej, gdzie czeka na nią gotowy ją ukryć entomolog Boros (Mariusz Siudziński), udaje się pomiędzy skały, odprowadzana przez towarzyszące jej „panienki”. Co ciekawe, zaczyna się rozbierać, ostatni zaś raz widzimy ją, nagą od pasa w górę, znikającą z sarnami za dekoracją. Czytam sobie ten zabieg dwojako: albo Duszejko przeobraża się w sarnę, schowana na zawsze w jej ciało przez wdzięczną jej naturę, albo powraca do swojej właściwej powłoki, którą porzuciła na chwilę, żeby przywrócić naturalny porządek wszechrzeczy. Naturalny nie znaczy sprawiedliwy wedle praw ustanowionych przez człowieka.   

Obie te możliwości kierują z kolei moje myśli ku innemu utworowi Noblistki – znakomitemu opowiadaniu „Transfugium”, w którym towarzyszymy kobiecie, przyjeżdżającej do specjalnego ośrodka, żeby towarzyszyć swojej milczącej i tajemniczej siostrze, która postanowiła poddać się procesowi transfugacji (metamorfozie) w wilka. Interesująca wydaje się tu biografia Renaty, bo tak ma na imię bohaterka tego opowiadania, której osobiście w ogóle tu nie poznajemy. Absolwentka inżynierii kosmicznej, wielka miłośniczka zwierząt, mieszkająca w lesie i śledząca przez kamerę każdy ruch watahy wilków. Osoba, która – jak pamięta jej siostra – zapłakała tylko raz w życiu, gdy spaliła jej się (i jej mężowi) pasieka. Po śmierci męża (paskudny rak) i odejściu dzieci na swoje, Renata kupuje dom na skraju lasu i przeobraża się w zaniedbaną, siwą kobietę, coraz bardziej oddaloną od swojego dawnego życia i skupioną na naturze. Ma oczywiście również psy. Gdy więc przyjrzeć się bliżej tej misternie konstruowanej przez narratorkę biografii Renaty, można by z powodzeniem potraktować jej życie jako alternatywny wobec Duszejko wariant losu tej samej osoby. Renata przeistacza się w zwierzę w powolnym, ewolucyjnym procesie wycofywania się z życia, Duszejko dokonuje tego samego w sposób rewolucyjny, nagły, wykorzystując impuls bólu po stracie ukochanych psów. Renata staje się wilkiem, bo chce, Duszejko sarną, bo musi. Niezwykle ciekawe to zakończenie, otwiera bowiem nową głębszą perspektywę spojrzenia na postać zwierzęcej aktywistki, której w samym akurat „Pługu”, brakuje.

Ze smutkiem muszę napisać, że na wątku saren kończą się oryginalne pomysły adaptacyjne Leny Frankiewicz, jej trzygodzinny spektakl stanowi bowiem niezwykle wierną inscenizację fabuły powieści Olgi Tokarczuk. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że reżyserce umyka jeden niezwykle ważny wątek powieści Tokarczuk, zaklęty w słowach Wiliama Blake’a: „czy zło zawsze powinno być na końcu ukarane”? Tuż przed finałową sekwencją z sarnami, przyjaciele Duszejko gromadzą się w jej domu, żeby się z nią rozmówić, wiedzą bowiem, czego się dopuściła. Są zdruzgotani, dociera do nich bowiem, że pożar kościoła i śmierć księdza Szelesta, to kolejne dzieło ich przyjaciółki. I tu zaskoczenie, w warstwie emocjonalnej tej sceny, nie dzieje się właściwie nic. Duszejko oczywiście się przyznaje, opowiadając im (i nam) kulisy swoich zbrodni, które w realistycznym filmowym planie mamy możliwość śledzić na wielkim ekranie. Pomysł dobry, ale nie działa. Jako że Duszejko działała w słusznej sprawie (co Frankiewicz z Lisiecką podkreślały na każdym kroku), nasza sympatia od początku jednoznacznie jest po stronie bohaterki i sprawy o którą walczyła. Potrzeba więc w finale wstrząsających scen mordowania ludzi (niekoniecznie realistycznych), może z jakimś przekraczającym granice szałem Duszejko, żebyśmy mogli poczuć, że coś tu się nie zgadza, że prawdziwym jest dylemat, czy można na zło odpowiedzieć złem. Szans na to nie ma, bo filmy te są po prostu przeciętne, ni to realistyczne, ni symboliczne, na pewno zaś mało angażujące. Opowieść Duszejko więc nie szokuje, przez co od razu staje się tautologiczna wobec całości opowieści, w obliczu której pojawia się natychmiast pytanie: po co my to jeszcze raz oglądamy? Właśnie, po co?

Lena Frankiewicz w tej scenie wydaje się zresztą mało zainteresowana reakcją przyjaciół Duszejko na odkrycie przerażającej prawdy (mnie przynajmniej ona wciąż przeraża): tym, co oni czują, myślą, mówią, a przecież przy tej zupie wraz z nimi, siedzimy również i my, jej widzowie! Przyznam się, że poczułem się tu zbędny, reżyserka bowiem, utożsamiając się totalnie z aktywizmem Duszejko, nie zostawiła mi tu nic do roboty – albo przyjmuję jej hagiograficzną opowieść o zwierzęcej „świętej” bez wątpliwości, albo mam sobie pójść w swoją stronę. Jej prawo, aczkolwiek opowieść Tokarczuk mocno na tym cierpi, gdyż nie została ona napisana tylko po to, żeby usankcjonować w kwestii praw zwierząt zasadę, że cel uświęca środki. Rozumiem, że dla dogmatycznych miłośników zwierząt spektakl ten będzie ewangelią, dla mnie – jako gościa od teatru, który opisuje go bez względu na to, czym się zajmuje – będzie przedstawieniem, które na ołtarzu politycznego zaangażowania (bez znaczenia, że w naprawdę słusznej sprawie) składa wartość artystyczną. Nic nie szkodzi, praktyka w polskim teatrze bardzo dziś powszechna i akceptowana.     

Jeśli chodzi o adaptację prozy Tokarczuk, dokonaną tu przez Sandrę Szwarc i reżyserkę, to rzeczą godną odnotowania oprócz zakończenia, wydaje się jeszcze zmiana profesji syna Matogi – z prokuratora na policjanta, w szerszym planie nic nowego zresztą nie wnosząca. Reszta opowieści stanowi wierną prawie że do ekstremum kopię opowieści Olgi Tokarczuk, co na pewno ucieszy przeciwników postmodernizmu w teatrze. O znakomitej muzyce Wesołowskiego oraz choreografii Steller i Kryst już wspominałem. Scenografia Agaty Stanuli mi się nie podoba, bo jeden z jej elementów – ohydna biała ściana ze sklejki, spuszczana i podnoszona w zależności od potrzeb, totalnie nie współgra estetycznie z piękną skalistą scenerią, poprzecinaną pomostami, wykreowaną z tyłu sceny. I choć Aleksandr Prowaliński robi światłem, co może, sklejka pozostaje ordynarną sklejką. W końcowej części spektaklu biała ściana pokrywa się od czasu do czasu jakimś videoartem, i choć nie do końca zrozumiałem, po co, wygląda to o niebo lepiej.

Obejrzałem dotąd dwie zagraniczne realizacje tego tytułu i jedno wiem po nich na pewno: jeśli ma się w spektaklu Duszejko, w sensie dysponowania talentem wielkiej aktorki, która jest w stanie udźwignąć tę postać, to „ma się spektakl”. Opowieść ta bowiem opiera się nie tylko o jej narrację, ale i dwie prezentowane tu twarze, tę „graną w dzień” przed współmieszkańcami, i tę prawdziwą, „nocną”, kiedy to Duszejko przeistacza się w mścicielkę. Z pełną więc odpowiedzialnością mogę napisać, że kreacja Mileny Lisieckiej robi ten spektakl. Ta znakomita aktorka naprawdę wypełnia sobą cały teatr, jest sugestywna w scenach rodzajowych, których tu nie mało (myślę tu o przypadkowych spotkaniach czy rozmowach ze znajomymi), w scenach absurdalnych (wizyty na policji) czy wreszcie nieomal tragicznych, kiedy wstępuje na scenę i niczym Antygona zaciekle broni prawa zwierząt do życia, łącząc się jednocześnie z prawie że demetryjskim bólem po stracie swoich „córek”. W jednej chwili masz ochotę ją przytulić, żeby za moment czuć rodzaj zażenowania z powodu jej zachowania; chcesz z nią zjeść zupę, po czym zaczynasz jej się bać, a to wszystko dlatego, że Lisiecka w sekundę potrafi się przeistoczyć w Duszejko z kolejną, nową i niespodziewaną maską. Mnogość tych twarzy i umiejętność natychmiastowej transformacji stają się podstawą wielkiej teatralnej roli, opartej dodatkowo na potężnej energii, jaką staje się dla bohaterki sprawa, w imieniu której występuje. Pięknie Lisiecka ukazuje mechanizm jej rozpędu: krzywda, ból, pragnienie sprawiedliwości i poczucie jego braku, pójście na skróty, przekroczenie granicy, pogubienie. Szkoda, że reżyserka bardziej z tej wstrząsającej podróży Duszejko nie skorzystała. Pozostali aktorzy sumiennie i ofiarnie grają w teatrze Frankiewicz, który z zasady jest teatrem Duszejko, trzy godziny klasycznego w formie spektaklu mija więc niepostrzeżenie. Czegóż chcieć więcej?

Łódzki spektakl „Prowadź pług przez kości umarłych” jest zaangażowaną formą teatru w słusznej sprawie, sztuką dobrze skrojoną w sensie literackim i teatralnym. Szkoda jednak, że przy okazji owej Sprawy, owe wspomniane już sarny, nie poprowadziły nas ku większej tajemnicy. Szkoda, że astrologia, którą bohaterka się pasjonuje to tylko atrakcyjny gadżet, nie podstawa nowej, frapującej narracji, szkoda, że w takiej samej funkcji występuje tu William Blake. Z drugiej strony, nawet rozumiem tę strategię, opowieść o mordowaniu zwierząt miała być „czysta”, najważniejsza, kropka. Zaprawdę jednak powiadam wam: czasem zgubić się z kimś w danej Sprawie, jest o wiele ciekawiej, niż coś znaleźć. Zwłaszcza gdy „znalezisko” jest oczywiste i przekonuje przekonanych. 

Recenzja powstała w ramach projektu DOMAGAŁAsięTEATRU. Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego