
zdj. Wojtek Szabelski
„Spójrzcie, jak wciąż sprawna/jak dobrze się trzyma/w naszym stuleciu nienawiść/Jak lekko bierze wysokie przeszkody/Jakie to łatwe dla niej – skoczyć, dopaść”
Wisława Szymborska „Nienawiść”
Na początek kilka słów o dramacie Stanisława Wyspiańskiego. To historia konfliktu między gromadą żyjącą w małej małopolskiej wsi Gręboszów a miejscowym proboszczem. Przyczyną jest susza, którą mieszkańcy odczytują jako karę zesłaną przez Boga za występny związek swojego duszpasterza z kobietą, z którą żyje on na plebanii, wychowując dwoje dzieci. Eskalację przynosi incydent z nieślubnym dzieckiem biednej Kaśki, któremu ksiądz odmawia chrztu, powołując się na katolicką moralność. W tej sytuacji gromada udaje się po radę do Pustelnika (reprezentującego prawo boskie, ale nie kościelne), ten zaś wyrokuje, że Bóg żąda ofiary poprzez ogień. Opowieść kończy się tragicznie, bo napięcia nie wytrzymuje gospodyni księdza – Młoda: poświęca swoje dzieci, sama zaś, oszalała z bólu, biegnie w kierunku wioski, grożąc, że ją podpali. Ludzie zatrzymują ją i kamienują. Gdy umiera, w gręboszowskie chaty uderzają pioruny, w wyniku czego wieś zaczyna płonąć. I wtedy z nieba spada wreszcie upragniona ulewa, a Pustelnik zdumiony rzuca słynną kwestię: „Bóg mówi – słowo”.
Spektakl Anny Augustynowicz od początku zaskakuje intensywnością, wkraczamy bowiem w sytuację energicznie odprawianych przez społeczność katolickich rytuałów, które mają przebłagać Boga w kwestii suszy. Jest podniośle, głośno, wręcz jazgotliwie (świetna praca autora sfery dźwiękowej Jana Marka Kamińskiego). Chór, reprezentujący w dramacie Wyspiańskiego gręboszowską gromadę, składa się tu ze wszystkich – prócz Młodej – bohaterów opowieści. Ze świecami w dłoniach chodzą nerwowo po scenie i śpiewają suplikacje. Jako że owe modły są transmitowane na żywo przez jakąś informacyjną stację, może je oglądać Młoda w telewizorze, znajdującym się na plebanii, możemy i my, widzowie, dla których obraz ten zostaje dodatkowo wyświetlony na wielkim, rozpiętym na całą szerokość sceny przezroczystym tiulu, odgradzającym nas dyskretnie od tego, co na scenie.
Korzyści z takiego układu jest kilka, a pierwszą z nich – ekspozycja głównego bohatera spektaklu Augustynowicz, czyli gromady. Nie dość, że się nam ona w jakiś magiczny sposób multiplikuje (Chór bowiem, rozumiany jako zbiór bohaterów innych niż główne postaci dramatu, został praktycznie z tej fabuły wycięty), to jeszcze staje się główną postacią. A to dlatego, że w kluczowych momentach spektaklu, co by się na scenie nie działo, jest „schowane” za obrazem nienawistnych, oszalałych z gniewu twarzy gręboszowskiej gromady, raz występujących indywidualnie, raz zbiorowo. Dla nas, widzów, stają się one lustrzanymi odbiciami – „tacy jesteśmy”, wydaje się powtarzać nam Anna Augustynowicz jak mantrę: zacietrzewieni, opętani szałem religijnym, ciągle szukający wroga, czyli de facto ofiary naszej nienawiści. Jako że już w pierwszych minutach tej opowieści Młoda hardo wkracza w tę publiczną przestrzeń ze swoją nie tyle nawet narracją (niewiele słychać), ile prowokującą obecnością, wystawia się ona natychmiast na strzał owej gromady. Zwłaszcza że żyje przecież w związku z Księdzem, a więc kimś, kto w całej tej układance z Bogiem, grzechem, winą i karą jest nie tylko kluczowym elementem, ale też i odstępcą od zasad wiary, na której się to wszystko opiera.
Rusza więc ta sama od wieków spirala zła, zaklęta w mechanizmie grzechu – winy – kary. Ktoś musi ponieść karę, oczywiście kobieta, choć w spektaklu Augustynowicz nie jest to takie proste. Ma się bowiem wrażenie, że ta straszna społeczność, która w relacjach osobistych jest jeszcze bardziej agresywna, nienawistna i nastawiona na konfrontację z innymi, nie za bardzo wie, w którym kierunku szukać ofiary, zwłaszcza w sytuacji, w której nie ma obcych, wszyscy są swoi. I tu dochodzimy do kluczowego momentu w spektaklu Augustynowicz, w którym Młoda podejmuje decyzję i ogłasza, że postanowiła złożyć w ofierze siebie i swoje dzieci. W związku z tym, że Julia Szczepańska gra tu nieodrodną córkę gromady, a więc osobę pełną agresji, bezczelną, idącą na zwarcie z każdym, kto się nawinie (Kaśka), jej decyzja ma w sobie coś przerażającego, sugerując między wierszami, że bycie ofiarą w tej całej opowieści to rodzaj zemsty na społeczności, pokazania jej, kto tu jest lepszy i kto tę grę na śmierć i życie naprawdę wygra. I przyznam się, że mnie ta scena zmroziła, ten błysk oka Julii Szczepańskiej, jej uśmiech i konfrontacyjne, dumne ułożenie ciała, uświadomiło mi bowiem, że ta jej wojna z gromadą przekroczyła wszelkie możliwe granice, że jej zaślepienie i nienawiść jest może nawet większa niż ich, bo stawką tej wojny jest los dwojga małych dzieci, które się tu w ogóle nie liczą.
Postać Księdza, znakomicie odmalowana przez Arkadiusza Walesiaka, jest tu kolejnym, niezbędnym elementem całej tej układanki. Jego największym problemem jest to, że sam się zredukował do roli maminsynka (świetna scena z Matką – Anna Magalska), którym chyba zawsze trochę był. Przewodnikiem duchowym gromady przestał być bowiem automatycznie, łamiąc zasady wiary; ojcem czy głową rodziny nigdy być nawet nie zaczął, bo przecież wciąż nosi sutannę. Z wiarą też chyba jest trochę pod górkę. I trwa w tym zawieszeniu, schowany przed Bogiem, ludźmi, (nie)żoną i dziećmi w bierności, lęku i poczuciu winy, maskowanymi – jak u wszystkich członków tej gromady – agresją, arogancją, nienawiścią. I koło się zamyka, a my dostajemy spektakl o współczesnej Polsce: owczarnia bez pasterza, który przecież w teorii miał pilnować w niej dobra, rugując zło, zostaje wystawiona na reprezentowany tu przez Pustelnika moralny chaos, w którym każdy sam sobie definiuje pojęcia Boga, winy, kary czy wreszcie tego, co jest dobre, a co złe. W rezultacie wszyscy staczamy się po równi pochyłej w przepaść moralnego relatywizmu, przeobrażając nasz poukładany – może nie idealnie, ale zawsze jakoś – świat w dżunglę przemocy, w której nawet ofiary przeznaczone na rzeź idą na nią ze złości. I linczujemy, z kamieniami w ręku i Bogiem na ustach. Przykre i przerażające. I nie ma dla nas chyba litości, bo Bóg, który „mówi słowo”, zachowuje się tak, jakby był stworzony przez na nasz obraz i podobieństwo. Czy więc można jeszcze w niego wierzyć? A może wręcz przeciwnie, bo przecież autor końcowego podsumowania to skompromitowany „bajkopisarz” Pustelnik, uzurpator tajemnej wiedzy, konstruowanej na szybko na użytek bezmyślnej i niedouczonej tłuszczy. Może więc Bóg istnieje, tylko narracja „katolickopodobna” już się kompletnie skompromitowała. I żeby go odnaleźć, trzeba ją natychmiast odrzucić. Jest o czym myśleć…
Spektakl to niełatwy, ale naprawdę dobrze wymyślony. Użycie tiulu jest tu nie bez znaczenia, bo „Klątwa” Augustynowicz wydaje się być skonstruowana w taki sposób, żeby nie można jej było przeżyć, tylko żeby ją oglądać z dystansem – bez emocji i taniego sentymentalizmu; żeby ją można było obejrzeć, zastanawiając się po drodze, jak to się dzieje, że przeobrażamy (przeobraziliśmy) się w potwory. Niektórzy artyści teatru nie umieją opowiedzieć „starej”, znanej opowieści w krytyczny sposób, jednocześnie nie dodając do niej od siebie postmodernistycznych, czasem wręcz infantylnych elementów. Augustynowicz w pełni się to udało, choć nie dla wszystkich może to być czytelne, bo wymaga to chłodnej głowy, a my – zgodnie z diagnozą twórczyni – absolutnie takiej nie mamy. Tym sobie tłumaczę jedną z opinii, na gorąco umieszczoną w mediach społecznościowych, uderza w niej bowiem ton kategorycznego odrzucenia na zasadzie: nie i już, a przecież to nigdy w teatrze tak nie działa (w życiu tym bardziej).
Czy w Toruniu powstał spektakl wybitny? Niekoniecznie. O znakomitej muzyce, a właściwie – pejzażu dźwiękowym Jana Marka Kamińskiego już wspomniałem, podobnie – o świetnych wizualizacjach Wojciecha Kapeli. Scenografia Marka Brauna już mi się jednak tak bardzo nie podoba. Pierwszym powodem jest to, że jest ona jakoś niedopasowana do trudnych warunków przestrzennych Sceny na Zapleczu (długa, wąska scena), drugim, że te mini przestrzenie uruchamiane przez aktorów czy za pomocą światła nie budują całkowitego obrazu świata, który oglądamy, nie poszerzają horyzontu tej opowieści. Podobnie z kostiumami Tomasza Armady – połączenie kufajek z dżinsami bardziej pasuje do eseju prof. Czaplińskiego z programu zwracającego uwagę na klasowe i patriarchalne tło „Klątwy” niż do spektaklu, w którym taka perspektywa praktycznie w ogóle nie występuje. Zresztą, co by tu nie powiedzieć, spektakl Anny Augustynowicz stoi przede wszystkim klarownym pomysłem na dramat Wyspiańskiego, świetną reżyserią oraz wyśmienitym aktorstwem zespołu Teatru im. Horzycy. I niech tak zostanie, teatr nie musi być zawsze spektakularny – ważne, żeby był mądry i o czymś.
Recenzja powstała w ramach projektu DOMAGAŁAsięTEATRU. Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego