
zdj. Wojciech Matusik/Polskapress
Trigger warnings: tekst zawiera mocne wulgaryzmy, ale inaczej się nie dało oddać sytuacji bohaterów, przepraszam
Gilbert Grape ma generalnie przejebane (celowo używam tu wulgaryzmu, żeby podkreślić, w jak strasznej sytuacji się znajduje). Mieszka w zapomnianej przez Boga i ludzi dziurze o nazwie Endora, poświęcając wszystkie swoje siły na obowiązki wobec rodziny. Opiekuje się młodszym bratem Arniem, który żyjąc z niepełnosprawnością intelektualną, wymaga stałej uwagi, a także matką, będącą w depresji po samobójczej śmierci męża, czego efektem jest chorobliwa wręcz otyłość i brak kontaktu z rzeczywistością. Jego życie wydaje się tkwić w miejscu, a marzenia o wolności i zmianie są ciągle odkładane na później, zwłaszcza że substytutem szczęścia staje się dla niego romans z dużo starszą miejscową pięknością, nieszczęśliwą w swoim małżeństwie Betty. Przełom następuje, gdy do miasteczka trafia Becky – niezależna, pogodna dziewczyna podróżująca z babcią. Jej pojawienie się sprawia, że Gilbertowi otwierają się oczy, że zaczyna zyskiwać świadomość nadciągającej katastrofy, rozumiejąc, że dłużej się tak nie da, że to wszystko po prostu pewnego dnia pierdolnie. W spektaklu Jakuba Zalasy dobrze to symbolizuje stropowa belka, której pękniecie grożące katastrofą budowlaną zauważa w pewnym momencie tej opowieści Gilbert. W finale okaże się, co uda mu się tak naprawdę uratować, ale postawię tu kropkę, żeby nie odbierać Wam nie/przyjemności oglądania.
Zalasa nie kombinuje, opowiada historię Gilberta linearnie i po bożemu, opierając swoją narrację na chwilami przejmującym, prawdziwym do bólu aktorstwie studenta IV roku łódzkiej filmówki – Marcina Mazurka, oraz nieco surrealistycznej wizji Endory, w której przyszło utknąć jego bohaterowi. Efekt jest taki, że po pewnym czasie przebywania w tym świecie zaczynamy się gubić. Nie wiadomo bowiem czy iluzja, jaką stworzył sobie Gilbert, żeby w tym świecie przetrwać, jest tego świata pochodną, czy alternatywną rzeczywistością ulepioną sobie przez niego z ogólnodostępnych, stereotypowych artefaktów, związanych z szeroko pojętą amerykańskością – m.in. puszka Campbella, Andy Warhol, Statua Wolności, performance Marylin, amerykańskie liceum, Mount Rushmore, Burger Stodoła. Zalasa zresztą w tym temacie naprawdę czuje vibe, przykładem znakomita scena, w której matka Gilberta, Bonnie, wychodząc z domu pierwszy raz od wielu tygodni na urodziny Arniego, zakłada sukienkę w kolorze zielonym, podobnym do tego, w jakim wykonano Statuę Wolności. Beata Schimscheiner w tej roli staje przed nami w pełnej krasie, a my nie mamy wątpliwości, że współczesna Ameryka według Jakuba Zalasy to umęczona, monstrualnie otyła kobieta w depresji, mająca problem, żeby wyjść z własnego domu. Powie może ktoś, że nie ma w tym niczego odkrywczego, i będzie miał rację, warto jednak zwrócić uwagę na poziom wykonania zadania, na łatwość, z jaką ten młodziutki jeszcze reżyser żongluje teatralnymi znakami, jak cierpliwie buduje jakąś miniopowieść, żeby zderzyć ją potem nieoczekiwanie z inną i wykorzystać w szerszym planie. Jest w tym naprawdę dobry i wieszczę mu dużą karierę, bo wie, jak się bawić w teatr. Innym przykładem talentu i umiejętności Zalasy jest znakomity wątek Betty, którą wspaniale maluje tu różnymi kolorami Katarzyna Tlałka. Zalasa ewidentnie balansuje w jej przypadku między stereotypem miejscowej piękności oraz blaskiem Julianne Moore (do której jest podobna i która by ją pewnie grała w hollywoodzkim filmie) a losem nieszczęśliwej żony i matki bez żadnych szans na wolność i szczęście, osoby, dla której młodość Gilberta jest jedną z nielicznych nagród w tym przestrzelonym konkursie na sukces, jego los zaś tłem, na którym jej własne życie nie wydaje się jeszcze aż tak krańcowo przesrane.
Gilbert Mazurka ma to coś, co daje mu tu niezwykłą przewagę i ustawia również rolę – jest naturalnie uroczy, miły i grzeczny. Po pewnym więc czasie rozumiemy, że jego głównym problemem jest niemożność wydobycia się z pułapki, jaką zastawia na niego łatka „dobrego chłopaka”. Nie wątpię, że aktor Mazurek również taką osobą jest, choć ma to znaczenie o tyle, że jego natura zgadza się w jakiś sposób z naturą granej przez niego postaci. Z jednej strony jego Gilbert ma na pewno wyraźny problem ze stawianiem granic, z drugiej – jak już pisałem na początku – ma w życiu naprawdę przejebane. Zachwyciły mnie w jego kreacji te momenty, gdy ktoś z jego otoczenia – świadomie czy też nie – naciśnie bolące go, poukrywane skrzętnie pod maską nieco zblazowanego, cynicznego twardziela, miejsca w jego zbolałej duszy. Mazurek, jako że jest jeszcze aktorem mało doświadczonym, ma naturalną w takich momentach ludzką potrzebę wypowiedzenia swojej niezgody w sposób częściowo skrywany, nie eksponując swojej twarzy, jakby wstydząc się nieco tego wybuchu negatywnych emocji. To czyni jego rolę poruszającą, daje mu bowiem prawdę, jaką trudno zagrać. Po latach zrobi to być może równie dobrze, ale już ze świadomością narzędzi, jakimi dysponuje i pod pełną kontrolą. Tu daje się ponieść czystej intuicji i emocjom, a efekty są wspaniałe, choćby w scenie opowieści kumpla o upokorzeniu ich wspólnego kolegi czy w momencie, gdy matka wygłasza swoje rytualne tyrady po to, żeby je wygłosić, nie patrząc na to, że ostatecznie odcina Gilbertowi emocjonalny prąd, tak potrzebny, by ten cały zdezelowany, poobijany autobus ich rodziny wolno toczył się do przodu.
Urok osobisty Mazurka, jego niewinność uwiarygodnia też iluzję opartą na tej całej amerykańskości. Normalnie przyczepiłbym się, że – przy całym szacunku do superpomysłu – jest w niej trochę za dużo elementów, tu jednak się tego nie czuje, bo Mazurek ratuje ją swoją charyzmą i niewinnością. Dzieje się to zaś w taki sposób, że prawie od początku mamy poczucie, że oglądamy rzeczywistość tej przeklętej dziury jego oczami, ale nie realistycznymi, lecz przefiltrowanymi przez jego oczy, z całej siły niechcące widzieć katastrofy tego miejsca i swojego życia. To właśnie decyduje, że spektakl Zalasy to coś więcej niż porządnie zrobiona przez początkującego reżysera adaptacja znanej opowieści.
W filmie Lasse Hallströma, opartym na powieści Petera Hedgesa, zwracała uwagę przede wszystkim brawurowo zagrana postać Arniego, w którego wcielił się Leonardo di Caprio. W spektaklu Jakuba Zalasy efekt jest podobny, a to dlatego, że Arniego gra aktor nieprofesjonalny, Kajetan Sługocki, i robi to olśniewająco. Po pokazie dowiedziałem się, że od lat żyje z niepełnosprawnością, aczkolwiek muszę się przyznać, że użył jej tutaj po mistrzowsku, punktując najważniejsze momenty roli swojego bohatera jak rasowy, zawodowy aktor. Na koniec pragnę wspomnieć o jeszcze jednym ciekawym zabiegu, a mianowicie o użyciu kanapy w kształcie puszki Campbella, na której swój wieczny, straszny żywot pędzi Bonnie, matka Gilberta. Gdy jest ona odwrócona do nas tyłem, a dzieje się tak prawie przez cały czas trwania spektaklu (Bonnie ogląda telewizję), kolory, które się nam narzucają, to biel i czerwień, przywodzące na myśl zapomniane przez Boga i ludzi małe polskie miasteczka. Pomyślałem, że to naprawdę niezły pomysł, żeby nam wdrukować, że nie mówimy tu o żadnej Ameryce, zaklętej w dziełach Warhola czy innych obrazach amerykańskich mitów, ale o nas – dobrych choć nieszczęśliwych Polakach, uwikłanych w trudne rodzinne sytuacje, próbujących robić dobre miny do naprawdę przejebanych (a nie tylko złych) gier, i marzących o lepszym życiu, które będzie dane jakiemuś małemu procentowi szczęściarzy… I zrobiło mi się smutno, dojmująco smutno, sam przecież pochodzę z niedalekiej od Krakowa Endory…
Z uwag technicznych: Jakub Zalasa na pewno musi się nauczyć lepiej konstruować dramaturgię całości (II część powinna zawierać już tylko urodziny i finał – taki amerykański styl), skracać tekst, ograniczać własne pomysły, choćby najlepsze, żeby wszelkie proporcje zostały zachowane, zwłaszcza że teatr to chyba jednak matematyka. Resztą już dysponuje i śmiem twierdzić, że ma absolutnie znakomite karty na to, żeby być nie tylko artystą (nim się jest od urodzenia), ale też doskonałym rzemieślnikiem, panującym w pełni nad medium, za pomocą którego zamierza się wypowiadać.