Nie spłynęło jak po kaczce – „Dzika kaczka” Ibsena w reż. Thomasa Ostermeiera z berlińskiej Schaubühne na Festiwalu w Awinionie

Zdj. Christophe Raynaud de Lage/Festival d’Avignon

Wszystkie tajemnice spektaklu Thomasa Ostermeiera prowadzą nas do tego, co w dramacie Ibsena ukryte, a więc na strych starego Ekdala. U Ibsena trzyma on tam drób, króliki i tytułową dziką kaczkę. Ta ostatnia została postrzelona przez bogatego przedsiębiorcę Werlego, trafiła zaś do domu Ekdalów dzięki staremu Jensenowi, który nie miał serca jej zabić, mieszka więc ona sobie teraz u Ekdalów i dochodzi do siebie po dramatycznych zdarzeniach, jakie miały miejsce podczas polowania. Stary Ekdal, kiedyś kapitan i szanowany obywatel, dziś człowiek skazany, zdegradowany i upokorzony, biega więc teraz ze strzelbą po strychu i bawi się w polowanie, udając, że strzela do swoich kur, królików czy gołębi. Od czasu do czasu jedno z tych zwierząt zabija, żeby mogło trafić na stół nie najlepiej sytuowanej rodziny jego syna Hjalmara, który wraz z żoną Giną i córką Jadwinią żyje z nim pod jednym dachem. Jest to dla niego nie tylko rozrywka, ale przede wszystkim rodzaj terapii, która – dając mu możliwość symbolicznego uczestnictwa w dawnych rytuałach – pozwala mu zachować godność i nie oszaleć z powodu krzywd, jakich doznał, biorąc na siebie winę za malwersacje starego Werlego.

Ostermeier jest w swoim spektaklu bardziej okrutny niż Ibsen: stary Ekdal (Falk Rockstroh) wprawdzie również poluje (tym razem nie na strychu, a na tyłach parterowego domu), ale nie sposób powiedzieć na co, bo ani tam nie ma królików, ani drobiu, ani żadnego innego zwierzęcia. U Ibsena nigdy nie poznamy tajemnicy strychu, Ostermeier pokazuje ją nam za to w pełnej krasie. Co do dzikiej kaczki, to znajduje się ona w rzekomej klatce, do której w pewnym momencie Jadwiga (Magdalena Lermer) nawet się udaje, żeby ją karmić, ale pewności mieć nie można, bo przez cały spektakl nie widzimy jej ani razu. Później zresztą okazuje się, że rzeczywiście dzika kaczka jest tylko zmyśleniem, kolejną opowieścią ratującą rodzinę Ekdali przed szaleństwem. Cała bowiem opowieść o zwierzętach trzymanych na tyłach domu jest jeszcze jednym poziomem iluzji, którą tak bardzo chce obnażyć syn starego Werle, Gregers (Marcel Koehler), wkraczając ze swoimi buciorami prawdy w mocno odjechaną, ale jednak poukładaną przestrzeń życia tej nieszczęsnej rodziny. Ich świat to skutek chronicznego poczucia winy starego Werlego (Thomas Bading): byłego kochanka Giny (Marie Burchard), ojca Jadwigi oraz kogoś, komu Ekdalowie zawdzięczają przede wszystkim biedę i upokorzenie. Gregers popełnia wreszcie błąd, bo choć chce wszystkim pokazać,  „jak jest naprawdę”, sam nie widzi niczego poza swoją prywatną zemstą na ojcu, z powodu której w istocie działa. Gdyby realnie rozpoznał  sytuację i dostrzegł, że dzika kaczka w rzeczywistości po prostu nie istnieje, nigdy nie podsunąłby Jadwidze pomysłu, żeby ją poświęcić w imię odzyskania miłości jej oficjalnie już przybranego ojca, Hjalmara (Stefan Stern). Dla niej bowiem, osoby śmiertelnie poważnej i mocno stąpającej po ziemi, w mig stało się jasne, że dziką kaczką podarowaną rodzinie Ekdalów jest ona sama, innej przecież nie ma. W sytuacji zaś utraty chłopaka i zawodowych szans na przyszłość (dopiski Ostermeiera dopasowujące okoliczności do zmienionego wieku Jadwigi), taki pomysł mógł się stać – i stał się – przyczyną jej samobójstwa. O ile u Ibsena taka kolej rzeczy znowu jest tylko jedną z opcji, o tyle u Ostermeiera – zostaje dopowiedziana dobitnie obrazem białej ściany z rozbryzgiem krwi, którego układ nie pozostawia wątpliwości. Gdy we wstrząsającej finałowej scenie z wykorzystaniem obrotówki –  w której raz oglądamy intensywne  wysiłki lekarza Rellinga (David Rulland), próbującego w domu Ekdalów ratować jeszcze dziewczynę, raz – Gregersa Werle, oglądającego miejsce zdarzenia – ten ostatni bierze pistolet do ręki i nie dowierzając ciągle temu, co się stało, załamuje się na naszych oczach, osuwając się na ziemię obok krzesła stojącego tuż przy ścianie zbryzganej krwią. Wrażenie jest piorunujące. To nie samobójstwo, zdaje się mówić Ostermeier, to zabójstwo, prawda potrafi bowiem wyzwolić nie tylko od iluzji, ale i od życia. Ciekawe jest jeszcze to, co dzieje się tu z metaforą i znaczeniem, jakie ona niesie. Jako że w realnym do bólu świecie Jadwigi kaczki po prostu nie było, pomysł Gregersa odczytała ona jako metaforę, podczas gdy on sam mówił o realnej dzikiej kaczce, w której istnienie i funkcjonowanie w domu Ekdala wierzył całkowicie. Czy zatem młody „misjonarz” Werle nie wpadł czasem tutaj we własne sidła, nie dbając o rzeczywisty obraz sytuacji, mogący mu zaburzyć jego własną iluzję rzeczywistości, w której postanowił zmieniać świat na lepsze?

Siedemnastoletnia Jadwiga, którą Ostermeier w stosunku do oryginału postarzył tu o kilka lat, świetnie koresponduje z postacią swojego przyszywanego ojca, Hjalmara. Ten nieco zaniedbany i neurotyczny, choć jednoznacznie sympatyczny czterdziestolatek, uciekający od rzeczywistości w muzykę heavymetalową (Ach, to „Nothing else matters” Metalliki!) oraz drobne przyjemności typu puszka ulubionego piwa, wydaje się tu idealnym produktem lat 90. XX wieku, które oprócz armii ambitnych i bezwzględnych korposzczurów, wyprodukowały też morze osób zdezorientowanych, pozostawionych samym sobie, nie mających w życiu jakiegoś konkretnego azymutu. Ci współcześni „ludzie bez właściwości” przez wielu tych, którym się udało, określani pogardliwie mianem nieudaczników, stawali się łatwym łupem populistycznych polityków, religijnych kaznodziei, ale też używek czy depresji. Kluczem do tego, żeby w ogóle mogli żyć, była właśnie iluzja, którą musieli sobie na różnych poziomach zbudować. Najciekawsze w Hjalmarze z Schaubühne jest to, że przez cały spektakl wyczuwa się, że iluzja w jego życiu jest wybrana i zbudowana świadomie, że on – w przeciwieństwie do swojego przyjaciela Gregersa, biednego dziecka bogatych rodziców – naprawdę wie, jak jest, ale w pewnym momencie podjął decyzję, żeby pewnych rzeczy nie widzieć. Dlatego też prawda, z jaką objawił mu się przyjaciel, go nie zabiła. Była oczywiście niesłychanie niewygodna i przykra, ale przestała być już niebezpieczna, więcej tam było rytuałów zachowania, oczekiwanego w takiej sytuacji niż prawdziwego zranienia. Dobrze to zresztą rozumiała Gina, która świetnie w tej sytuacji umożliwiła mu odgrywanie teatru, pozwalającego mu kolejny raz uratować swoją godność. Co innego Jadwiga, która była jeszcze zbyt młoda i niedoświadczona, żeby rozumieć, że nie należy wszystkiego w życiu brać na poważnie. Dobrze tu pasuje metafora zawału serca: w młodym wieku jest on bardzo niebezpieczny, bo gdy zatka się takiej osobie tętnica dostarczająca krew i tlen, to koniec, po kilku minutach następuje zgon, u osób starszych jest inaczej, sieć tętnic zostaje bowiem uzupełniona o siatkę drobnych naczyń krwionośnych, które w razie zawału, pompują alternatywnie krew do serca, w związku z czym człowiek ma więcej czasu na ratunek. Taka jest właśnie różnica między Jadwigą a Hjalmarem: jej się zatkała tętnica prawdy i nie było jak dalej jej pompować, Hjalmarowi również, ale miał już piękną siatkę iluzji, wykształconą przez trudne i upokarzające życie. On przeżył, ona niestety nie. Obie te postaci są niezwykle bliskie Thomasowi Ostermeierowi, a dowodem na to – dwie najpiękniejsze sceny, jakie można było oglądać w tym spektaklu i w Awinionie w ogóle. W pierwszej, gdy kłótnia Hjalmara z Giną się kończy, kobieta wychodzi z pomieszczenia, obrotówka zaczyna się kręcić, zamieniając miejsce akcji w inne, wtedy Hjalmar podchodzi do okna i patrzy w dal, w ciemność, w której siedzimy. Te kilka sekund beznadziei i bezbrzeżnego smutku, który można wyczytać z oczu Stefana Sterna, porusza do głębi, nie dając o sobie zapomnieć. Podobną scenę ma również Jadwiga: ojciec wychodzi z Gregersem na spacer, ona zostaje sama, podchodzi do okna i z miejsca staje się bohaterką kadru, przywodzącego na myśl wstrząsające, inscenizowane co do szczegółu fotografie wielkiego amerykańskiego mistrza, Gregory Crewdsona.

Thomas Ostermeier i jego berliński zespół Schaubühne przyjechał do Awinionu w wielkiej formie, trzeba jednak powiedzieć, że teatr, jaki uprawia – intelektualny, przenikliwy, klasycznie budowany (słowem od początku do końca „zrobiony”) – należał w tym roku w Awinionie do awangardy. Zważywszy jednak na fakt, że widownia Opera Grand Avignon co wieczór pękała w szwach, zapowiedzi końca tego typu teatru, pojawiające się tu i ówdzie, wydają się grubo przesadzone.   

Recenzja powstała w ramach projektu DOMAGAŁAsięTEATRU. Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa