Sztuka dobrze zrobiona – “Kto się boi Virginii Woolf” Edwarda Albee’go w reż. Radosława B. Maciąga w Teatrze im. Bogusławskiego w Kaliszu

zdj. Dawid Stube

Trzeba przyznać, że przestrzeń wykreowana w spektaklu przez Dominikę Nikiel jest funkcjonalna, ale w sferze znaczeń – oprócz tego, że pokazuje życiową przestrzeń współczesnych intelektualistów – nic nowego właściwie do dyskusji o nich nie wnosi, z wyjątkiem obrazu wiszącego w centralnym punkcie salonu Marty i Georga. To wielkie płótno z dominującymi kolorami bieli, czerwieni i granatu przedstawia naszkicowane delikatnie rozchylone kobiece nogi z narzuconymi na ów szkic (może przy pomocy gąbki) plamami granatowej i czerwonej farby. Oczywiście centralna plama czerwieni znajduje się w okolicy krocza dziewczyny. Kształt plam i długie zacieki, jakie po nich pozostały, sugerują, że autor/autorka obrazu powoływał/a do życia swoje dzieło z dziką wściekłością – żyjemy wszak w dobie emancypacji wkurwionych na ten cały patriarchalny świat kobiet, walczących z otwartą przyłbicą o siebie i swoją przestrzeń.

To jednak, że obraz taki wisi w salonie Georga i Marty, może oznaczać różne rzeczy, w zależności od tego, kim się w spektaklu owi bohaterowie okażą. Mogą równie dobrze być zagorzałymi aktywistami (obraz będzie wówczas symbolem ich poglądów i wiary w postęp), co hipokrytami, którzy deklarują pewne poglądy na pokaz. W dramacie Albeego nie ma prostych odpowiedzi, jesteśmy bowiem w sytuacji gości Marty i Georga, a więc Nicka i Żabci, nie za bardzo mogąc się połapać w tym, kim są nasi gospodarze, kogo udają, co jest w ich zachowaniu prawdą, a co teatrem. Marta początkowo, zwłaszcza w kontekście owego obrazu, mogłaby zostać uznana za ofiarę, ale w rzeczywistości jej status jest tak silny (reprezentuje pozycję władzy), że nie ma o tym mowy. Żona Nicka, młodego biologa, również nie nadaje się na ofiarę, ponieważ do małżeństwa z przystojnym i ambitnym żigolakiem wniosła pieniądze, zapewniające im obojgu określoną pozycję. Na czym więc polega tu owa – sugerowana przez twórców krzyczącym teatralnym znakiem – emancypacja, ów słuszny wkurw, zmiatający teraz krok po kroku białych, heteroseksualnych dziadersów?

Nie wiadomo, bo reżyser Radosław B. Maciąg w ogóle nie zaprzątał sobie tym głowy. Skupił się na tekście Albeego i podążał za zapisanymi w nim liniami konfliktów, a więc przede wszystkim osią małżeńską (eksplorującą związek kobiety i mężczyzny) oraz drugą, nie mniej ważną, generującą napięcia na linii starzy – młodzi. Mam wrażenie, że Maciąga interesuje zwłaszcza ta druga oś konfliktu, ze szczególnym uwzględnieniem pozycji młodego, ambitnego człowieka, chcącego zrobić karierę w środowisku, które ma zabetonowaną hierarchię i strukturę, opartą na pieniądzach i dziedziczonej, bądź kupionej za seks władzy. Taki, trochę wpisujący się w prawicowe obsesje, atak na elity. Bardziej to jednak czuję, niż wiem, jak śpiewała kiedyś Natalia Kukulska, bo Maciąg postanowił się po mistrzowsku ukryć za plecami Edwarda Albeego.

Wszystko, co się w spektaklu dzieje, można zrzucić na autora, i choć z gruntu nie jest to nic złego, do dziś się zastanawiam, po co oglądałem ten spektakl i co takiego chciał mi powiedzieć przy pomocy tego tekstu Radosław B. Maciąg ze swoim zespołem. Każdy temat, związany z kaliskim spektaklem Kto się boi Virginii Woolf,  który zaczynam analizować w myślach, od razu przywodzi mi myśl, że to już jest u Albeego. Jeśli więc chodziło tylko o zrobienie znakomitej sztuki i obdarowanie zdolnych kaliskich aktorów szansą na znakomite role czy nagrody na Festiwalu Sztuki Aktorskiej, to Radosław B. Maciąg odniósł największy sukces w karierze. Jeśli zaś celem było coś innego, czego wyrostkiem robaczkowym jest być może wspomniany wyżej, kompletnie niewykorzystany w spektaklu obraz, to trzeba by było zsynchronizować narracje i jeszcze trochę popracować nad komunikatem, a może i całkiem od nowa go wymyślić.

Na razie na kaliskiej scenie mamy samograj: dwoje znakomitych aktorów Teatru im. Bogusławskiego – Agnieszka Dzięcielska i Wojciech Masacz – skwapliwie wykorzystuje swoją szansę, używając oscarowego przecież materiału do stworzenia kreacji, których się nie zapomina. Tak jak to jest u Albeego, Nick i Żabcia im w tym asystują, on (w przeciętnej interpretacji Jakuba Łopatki) eksponuje wyćwiczoną klatę, ona (poprawna aczkolwiek przezroczysta Aleksandra Pałka–Łopatka) głównie pije alkohol albo wychodzi wymiotować. I nic więcej się nie dzieje. Obraz rewolucji kobiet pozostaje wciąż nieprzystającym elementem (innych „obcych” elementów brak), a to dlatego, że w relacji Marty i Georga nie chodzi o emancypację. Na scenie toczy się wprawdzie bardzo współczesna gra z widzem, ale jest to wyłącznie funkcja tekstu Albeego, polegająca na tym, że dopasowujemy sobie pewne jego partie do tego, co za oknem. To wszystko, ale – powiedzmy sobie uczciwie – nie musi przecież być nic więcej.

Obejrzałem kaliski spektakl z przyjemnością, doceniając rzemiosło i otwartą wierność autorowi. Czy to jest dobry spektakl, tu odpowiedź jest dużo bardziej złożona, bo to zależy od tego, jakie cele postawili sobie w tej pracy twórcy. Jeśli – powtórzę raz jeszcze – chcieli po prostu zrobić Kto się boi Virginii Woolf, to z tej perspektywy odnieśli wielki sukces. Zrobili – i już! 

[addthis tool="addthis_inline_share_toolbox_x0fz"] Kategorie: , | |

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.