Ze śmiercią jej do twarzy – o spektaklu “Grimm” w reż. Elmārsa Seņkovsa łotewskiego Liepājas Teātris (Najlepsze Trans/Misje22/I)

Foto – Justīne Grinberga

Jako że scenariusz spektaklu Grimm oparty jest na baśniach słynnych braci, jedną z jego bohaterek jest oczywiście Królewna Śnieżka (Kintija Stūre). W wersji Elmārsa Seņkovsa to łudząco podobna do Max Mayfield z serialu Stranger Things  dziewczynka ze słuchawkami, która żyje w swoim świecie, dyskretnie wprowadzając w przestrzeń spektaklu temat autyzmu. Po ugryzieniu jabłka pogodny autyzm Królewny Śnieżki ustępuje miejsca depresji. Jej sen, z którego ma ją obudzić piękny książę, przybiera postać ciężkiej choroby, maksymalnie zmniejszając szanse dziewczyny na finałowy happy end. Zła Macocha (Inese Kučinska) jest z kolei w spektaklu Seņkovsa matką Śnieżki, kobietą obsesyjnie zazdrosną o młodość i wynikające z niej piękno własnej córki. Pchnie ją ono do podania własnemu dziecku zatrutego jabłka, ale nie zrobi tego w planie rzeczywistym, a w przestrzeni symbolicznej (jest przebrana za kogoś innego). Kluczem do zrozumienia tego zabiegu wydaje się dopisana współczesna biografia Złej Matki. Jest kobietą stojącą na progu dojrzałości, wysiaduje więc godziny na instagramie, walcząc o poklask followersów i promując kolejne badziewne kosmetyki czy tandetną biżuterię. Przekaz Seņkovsa wydaje się więc jasny: kobiety w średnim wieku, chcąc obsesyjnie opóźnić proces starzenia, infekują swoimi obsesjami i paranojami pokolenie swoich dzieci, wpędzając je w kompleksy i lęki prowadzące do ciężkich schorzeń psychofizycznych. Zatrute jabłko byłoby więc w tym przypadku kulturą pogoni za młodością i obsesją ciała, dominującą obecnie w naszej rzeczywistości.

Wątek ten, już sam w sobie niezwykle precyzyjnie skonstruowany i przemyślany, ma jeszcze wisienkę na torcie, czyli wstrząsającą puentę w finale spektaklu. W scenie budzenia Śnieżki widzimy przez moment Złą Matkę, która  wygląda jak połączenie zmasakrowanej zabiegami medycyny estetycznej twarzy Donatelli Versace z Jokerem ze słynnych filmów o Batmanie. Twarz ta jest tak karykaturalnie zniekształcona, że przywodzi na myśl raczej maskę śmierci, niż oblicze rzeczywistej kobiety, zepsute przez chirurgów plastycznych. I tu docieramy do sedna tego wątku. Zła Matka bowiem, jako jedno z wcieleń śmierci, podająca córce truciznę, która infekuje jej duszę wyniszczającą chorobą pogoni za wieczną młodością, wynosi cały ten wątek i pozornie błahą, baśniową treść na wyższy poziom. Nie mówiąc już o tym, że narratorem w tym spektaklu jest Śmierć we własnej osobie (zapierająca dech w piersiach kreacja Egonsa Dombrovskisa), nieoczekiwanie pozwalająca sobie na finałowy kaprys, w postaci uzdrowienia Śnieżki. Ukazanie nam więc Złej Matki, zniekształconej karykaturalną maską śmierci, nie tylko pokazuje nam, do czego to wszystko prowadzi, ale też pracuje na dystans Śmierci wobec siebie i swojej profesji, a także pewnego rodzaju zblazowanie, z jakimi upiorna Narratorka urokliwie opowiada nam świat przedstawiony.

Opisuję szczegółowo konstrukcję jednego z wątków, gdyż cały spektakl zbudowany jest na podobnej zasadzie. Owe wątki swobodnie się ze sobą przeplatają, raz nieoczekiwanie się ze sobą wiążąc, to znowu równie szybko się rozchodząc. Przy okazji warto wspomnieć, że choć dużo się tu mówi, tekstu jest mało, większość bowiem dialogów jest prowadzona w wymyślonych przez aktorów językach. Śnieżka na przykład nie mówi nic, ale już Zła Matka wyraża się na przykład w języku stylizowanym na… polski. Spektakl traktuje o naprawdę poważnych sprawach, ale myliłby się ten, kto by myślał, że pozbawiony jest humoru. Ba, on wprost nim kipi, bohaterowie i świat są nam bowiem opowiadani przez Śmierć, a więc w tym przypadku z dużą dozą cierpliwości i dobrotliwego pobłażania, charakterystycznego dla potęg, którym niewiele zagraża. Rzemiosło spektaklu jest wspaniałe, ze szczególnym uwzględnieniem aktorstwa. Porywająca jest też muzyka Edgarsa Mākensa, grana na żywo przez muzyków, którzy w zależności od potrzeb stają się też aktorami – i to najwyższej próby.

Elmārs Seņkovs ze swoimi aktorami zaskoczył Rzeszów już rok temu, gdy  przywiózł spektakl o przemocy, oparty na tekstach Szekspira. Miał również swój moment w październiku ubiegłego roku na festiwalu teatru państw bałtyckich, organizowanym przez TR Warszawa. W tym roku jednak mam wrażenie, że podniósł poprzeczkę, Grimm to bowiem spektakl kompletny, pierwsze spełnienie tegorocznych Trans/Misji.

[addthis tool="addthis_inline_share_toolbox_x0fz"] Kategorie: , | |

Dyskusja i pisanie komentarzy zostały zakończone..