Złote Truskawy 2019

autor: Konick

Drodzy Czytelnicy, w związku z pomyślnym zakończeniem roku 2019 nadszedł czas na przyznanie dorocznych „antynagród”. Jednym kryterium kwalifikacji jest tu fakt obejrzenia spektaklu w roku 2019 przez jednoosobowe i całkowicie subiektywne jury. A było w czym wybierać, gdyż w 2019 obejrzałem ponad 200 przedstawień. Kolejność prezentowania nominacji jest przypadkowa.

Nie przyznaję nagród, bo wszystkie nominacje tak bardzo zasługują na Złotą Truskawę, że nie chciałbym nikogo „wyróżnić”.

ADAPTACJA TEATRALNA/TEKST NAPISANY NA SCENĘ

Jarosław Murawski, „Moskwin”, reż. Lena Frankiewicz, Wrocławski Teatr Lalek – pomysł był super, ale nie do teatru. Autor tekstu zakochał się w swoim pomyśle, żebyśmy na końcu utworu i spektaklu odkryli, że nasz miły bohater nie jest taki miły, jak nam się na początku wydawało. Nie przemyślał, że w rezultacie przez większą część spektaklu widz będzie się próbował intelektualnie odnaleźć w tej kompletnie niekomunikatywnej opowieści. Prześpi w związku z tym piękne, pełne emocji sceny samotności, bo bez dokumentalnego kontekstu oraz znajomości postaci nie sposób zrozumieć, ani tym bardziej poczuć emocji bohatera. Przed wizytą w teatrze byłem przekonany, że spektakl ten poświęcony jest znanemu redaktorowi antologii tekstów zza wschodniej granicy (takie przedstawienie też by się przydało). W końcu otrzymałem wprawdzie rozwiązanie zagadki (tzn. zmęczony tajemnicami wygooglowałem je sobie na 10 minut przed końcem), ale cały spektakl, zresztą niezwykle podobny w formie do „Koncertu życzeń” Yany Ross, przeszedł mi koło nosa. Zagadka zresztą była spalona na wstępie, bo w necie wszędzie było napisane, kim jest bohater, a skoro tak, to konstrukcja tekstu tym bardziej wydaje się z kosmosu…

Marcin Kącki „Wróg się rodzi”, reż. Aneta Groszyńska, Teatr im. Horzycy w Toruniu– Marcin Kącki jest świetnym reportażystą, to od razu po spektaklu w Teatrze Horzycy widać. Tekstu jest dużo, ba! – całe kilometry! Wszystko mielone w maszynce do mielenia słów po kilka razy, wszystko ważne, wszystko istotne, Pulitzera warte! W teatrze jednak im tekstu mniej, tym lepiej. Najlepszy dramaturg to ten, który umie się wycinać. Tej umiejętności musi się więc Kącki stanowczo nauczyć. Niemal cztery i pół godziny potoków słów to jednak zbrodnia na widzach, zwłaszcza w sytuacji, kiedy nie mając pewności, czy doniosłość przekazu do nich dotrze, powtarza im się w kółko to samo (tu mam złe wieści: widzowie nie odpowiedzą w trakcie, że dotarło, bo w teatrze raczej nie wypada). Do tego w tekście pełno niekonsekwencji i źle ujętych stereotypów, przykładem wątek słuchaczy Radia Maryja – przez cały spektakl broni się Słuchaczki RM, żeby w jednej sekundzie – stosowna scena z Ojcem Tadeuszem – przedstawić ją pośrednio jako idiotkę. Aneta Groszyńska dwoi się i troi, żeby tę epopeję Kąckiego uteatralizować, ale jest bez szans. Zwłaszcza, że ma potężną konkurencje w eterze, wystarczy bowiem włączyć odpowiednią częstotliwość i po pięciu (!) minutach słuchania już wiesz to samo, co Kącki. Less is more, naprawdę! 😊

Grzegorz Niziołek, „Mein Kampf”, reż. Jakub Skrzywanek, Teatr Powszechny w Warszawie – robota znakomitego skądinąd znawcy teatru Grzegorza Niziołka polegała tu na wybraniu kawałków hitlerowskiej narracji i ułożenie ich w całość. Kluczem doboru jest tu wszystko, co się rymuje z polską rzeczywistością doby PiS. Symbolem niemocy tej adaptacji jest scena, w której Aleksandra Bożek trzyma na kolanach wielką księgę i czyta nam fragmenty hitlerowskiej prozy. A mnie się przypomina, jak to czytaliśmy potajemnie z kolegami z „gimby” „Sztukę kochania” Wisłockiej. Jeden z nas przelatywał tekst oczami, czytając na głos z wypiekami co pikantniejsze fragmenty. Wtedy wszyscy się jarali, bo i cóż więcej można było zrobić… Netu wtedy nie było, a i New York Times jakoś nie chciał z nami robić wywiadów…

Daniel Sołtysiński, Marcin Wierzchowski, „Nadchodzi chłopiec”, reż. Marcin Wierzchowski, Narodowy Stary Teatr w Krakowie – nadszedł ten moment graniczny, w którym Marcin Wierzchowski, jeden z moich ulubionych polskich reżyserów, nie ujechał daleko na starej dobrej szkapie, bo ją po prostu zajechał. Na razie szkapa jest u weterynarza i prosi o wolne. Ową szkapą jest oczywiście styl, który wraz ze swoim dramaturgiem, Danielem Sołtysińskim wypracowali. Styl polegający na drobiazgowo przeprowadzonej wizji lokalnej scenicznych wydarzeń, wolnym rytmie, zanurzeniu widza w sytuacji, żeby mógł na własnej skórze poczuć emocje. W Starym Teatrze ewidentnie coś jednak nie poszło. Zamiast skupić się na książce Han Kang i opowieści o koreańskich ofiarach, która sama w sobie przeistoczyłaby się na scenie w metaforę polskiej rzeczywistości, dramaturdzy postanowili podarować nam drugą – polską, niezbyt dobrze napisaną i nieadekwatną do pierwszej historii część spektaklu, by dopowiedzieć i doprecyzować nam część pierwszą. Powstały w rezultacie dwa osobne spektakle, oba średnio ciekawe. Pierwszy ratuje się “chodzoną” formą, drugi – aktorstwem tuzów Starego. Niestety, nie widzę tu żadnego przekonującego łącznika. Tym, co w moim pojęciu gubi tego typu projekty, jest nadmierna empatia twórców: chcą być dobrzy (to jeszcze nic złego) i pochylić się z czułością i współczuciem nad swoimi bohaterami. I tu pojawia się problem. Nie dość, że tematem spektaklu staje się ich własna empatia, to jeszcze nieświadomie zaczynają mnie szantażować emocjonalnie – „popatrz, jak oni cierpieli, jakie to wszystko straszne, pochylmy się nad tym ze łzami”. Tego ich wskazującego palca nie da się znieść, powoduje w najlepszym przypadku jedynie wzruszenie ramion. A wystarczy ukryć się za teatrem. Tak jak w „Sekretnym życiu Friedmanów”. Wtedy nie celebruje się każdego grymasu cierpienia bohatera, bo nie o onanizm tu chodzi, a o prawdę. Prawda jest bardziej porażająca w prostych słowach, niż w wymyślnych psychodramach! Żółta kartka, panowie.

Joanna Wichowska „Diabły”, reż. Agnieszka Błońska, Teatr Powszechny w Warszawie – Joanna Wichowska znowu spróbowała przelicytować Olivera Friljicia, oczywiście bez dobrych kart, więc skończyło się tak jak ostatnio, wywrotką. Mój ojciec byłby zachwycony, uwielbiał bowiem nie kawę, a tzw. „dolewkę” (wody do fusów, tak to było za komuny) i to drugą, w związku z tym wykrzywiłby się na „Klątwę”, pokręciłby głową na „Mefista” i zachwycił się „Diabłami”. Tekst Wichowskiej to zbiór skandalizujących (w jej pojęciu) skeczy w stylu chorwackiego mistrza, wywiedziony w prostej linii z klasyki polskiej literatury (tu „Matka Joanna od Aniołów”, u Friljicia „Klątwa” Wyspiańskiego). Niestety, poza wykrzyczeniem swoich radykalnych poglądów na Kościół, prawicę oraz rządy PiS-u o nic więcej nie chodzi. Na premierze okazało się, że to nie żaden teatr, a polityczny performans, napisany z tezą – wspaniałe kobiety kontra cały pieprzony (a wręcz „pierdolony”) męski świat. Dowodem na to bezradność aktorek, które w jednej ze scen zaatakowały widza i nie spotkały się z założoną przez twórczynie reakcją. Obrażały go groźbą „zrobienia mu z dupy Wołynia” (pomijam poziom tego „żartu”), zakładając, że dojdzie do skandalu, pan ten zachowywał się zaś jak bohater „50 twarzy Greya”: im bardziej aktorki po nim „jechały”, tym bardziej był rozanielony, a na koniec przeprosił je, że coś się przez niego nie udało. Zresztą publiczność śmiała się cały czas ze wszystkiego, choć cele twórczyń były zupełnie inne (patrz: kategoria Reżyseria). Miał być skandal roku, a wyszła pierwsza w Powszechnym farsa, świetnie zagrany nowy gatunek teatru politycznego (to akurat super!). Temu opartemu na wszystkich zgranych motywach radykalnego lewicowo – feministycznego dyskursu „Mayday” wróżę wielką karierę, wszak nawet człowiek na barykadzie lubi się czasem pobawić, zwłaszcza kosztem tych, których nienawidzi i z którymi walczy.    

Monika Pęcikiewicz, „Poskromienie”, Teatr Polski w Podziemiu – posypią się na mnie gromy, bo TP w Podziemiu zaczyna ogromnym kosztem, próbuje stanąć o własnych siłach itd. Mam dla nich wiele sympatii i bardzo im kibicuję, surowa ocena jednak, jakiej poddaję ich produkcje, świadczy tylko o moim poważnym podejściu do ich projektów. Traktuję je tak, jak wszystkie inne, wszak pracują dla nich uznani reżyserzy i aktorzy. „Poskromienie” to przede wszystkim słaby tekst, gdyż autorka nie może się zdecydować, o czym to ma być. Opowiadała w wywiadach, że o poskromieniach, że o opresyjności, wyszedł zaś melodramat o umierającym ojcu ze źle, grafomańsko wprost napisanymi scenami na zasadzie „mydło i powidło”. Aktorzy ratują to, jak mogą, ale nie wszystko się da. Nominacja należy się choćby za scenę z pończochami.

SCENOGRAFIA I KOSTIUMY (walka środowiskowa była więc chętnie kategorię powołuję)

Arkadiusz Kośmider, Dorota Roqueplo, „Wania, Sonia, Masza i Spike”, reż. Maciej Kowalewski, Teatr Polonia – spektakl w Polonii to cesarstwo chałtury. O scenografii nie ma co pisać, to jakaś cukierkowa makieta w pastelowych (koniecznie, bo pastele dobrze się sprzedają w PR-owych opisach) kolorach z mebelkami, które – jak sobie wyobraża scenograf – są częścią czechowowskiego świata. Widać, że wszystko to miało być łatwe do przenoszenia, bo przecież Busko-Zdrój czy inny Piotrków Trybunalski czeka na gwiazdy. Zatrzymam się na kostiumach, bo tak koszmarnych, tandetnych szmat w teatrze nie widziałem przez cały rok. Najgorszy kostium ma reżyser, Maciej Kowalewski, grający nie wiadomo kogo – raz brata Arkadiny, raz brata Raniewskiej (sztuczydło Christophera Duranga to bowiem wyjątkowo nieudana i bezczelna próba żerowania na twórczości Czechowa). Jego ubranie to skrzyżowanie stroju geja, który po latach niebytu na salonach rzucił się w wir światowych radości, nie bacząc na modę, z tuniką aktora, który z braku angaży został instruktorem yogi. Spike Wojciecha Zielińskiego wygląda jak ucieleśnienie marzeń wszystkich gejów, przebrane za rosyjskiego rapera z pierwszych pięciu minut filmików dla dorosłych. Panie są w lepszej sytuacji, ale kostiumy ich też wyglądają tanio i nie korespondują z treścią spektaklu. Takie kostiumy to sam mogę zaprojektować (wystarczy wizyta w lumpeksie), a przy tym wezmę połowę tego, co pani Dorota, bo nie mam nazwiska.

Mateusz Kasprzak, „Teatr, którego nie było”, reż. Piotr Tomaszuk, Teatr Wierszalin – najbardziej mnie denerwuje, gdy scenograf i reżyser, który scenografię akceptuje, mają gdzieś widzów. Koronnym dowodem lekceważenia odbiorców spektaklu są wielkie drewniane drzwi, które w pewnym momencie wyjeżdżają na środek, zasłaniając wszystko tak, że z drugiego rzędu (!) nie widać – znakomicie akurat dysponowanego – Rafała Gąsowskiego, grającego Wyspiańskiego. To więcej niż arogancja, to błąd! Teatr powinien zapłacić mi odszkodowanie za skręt jelit, widzowi zaś obok za to, że przez pół spektaklu leżałem na jego kolanach, usiłując cokolwiek zobaczyć. Apeluję o większy szacunek do widzów, w końcu oni za to płacą…

Tomasz Walesiak, „Kamienie i popioły”, reż. Michał Grzybowski – „scenografia” ta to najłatwiejsze pieniądze zarobione przez scenografa w polskim teatrze. Postawił prostopadłościan, wyciął w nim dziurę – i po pracy. Znaczyć on miał (ten prostopadłościan) albo fundamenty, albo grób. A komu mało, niech sam sobie zbuduje więcej! W sumie to może i dobrze, bo gdyby na tych fundamentach zbudowano dom, toby już się zaczęły „rozkminy”, czy to czasem nie dom lalki albo dom Bernardy Alba… Mam tylko małą prośbę do pana Tomka: następnym razem dorzućcie popioły. I żeby się dym unosił, w końcu katastrofa klimatyczna jest fak(t)em, czyż nie?

Mariusz Napierała, Bożena Ślaga-Śmierzyńska “Next to normal”, reż. Jacek Mikołajczyk, Teatr Syrena – wszyscy kochają ten spektakl, ale nie ja. Na scenie widzimy bohatera, który nie żyje, z postaci scenicznych widzi go tylko główna bohaterka, jego matka. Ten zabieg jest zatem koronnym dowodem na to, że świat sceniczny opowiadany nam jest z punktu widzenia dotkniętej chorobą afektywną dwubiegunową bohaterki. Kto by się jednak przejmował takimi bzdurami! Scenograf z kostiumografką zupełnie tego nie zauważyli. Serwują nam nic nieznaczące elementy przestrzeni spektaklu, Napierała jakąś enigmatyczną konstrukcję z metalowych rurek, po których bohaterowie nie wiedząc, co robić, ganiają się jak dzieci w przedszkolu, Ślaga – Śmierzyńska zaś – zestaw źle dobranych, niegustownych (burdelowe koronki) kostiumów z prowincjonalnej potańcówki. Chętnie wysłuchałbym, jaki to wszystko ma związek z wizją Diany Goodman. A może – jeśli bohaterka widzi ten świat raz optymistycznie, a raz pesymistycznie – to scenografia i kostiumy powinny się w zależności od jej stanów zmieniać? Wiem, wiem, żądam niemożliwego…

REŻYSERIA

Jarosław Tumidajski, „Niezwyciężony”, Teatr Wybrzeże w Gdańsku – moje wrażenia po spektaklu powinny wystarczyć, dlatego pozwolę sobie zacytować fragment własnej instarecenzji: „Podkusiło mnie, żeby w środku wakacji pójść do teatru. I od razu mnie pokarało, niestety… Trafiłem na ponad dwugodzinny, sztuczny gniot z pretensjami, (nie)wyreżyserowany przez Jarosława Tumidajskiego. Czego tam nie ma! I kot, i romans, i dobry tekst, i absolutny brak na niego pomysłu, wreszcie zero reżyserii, plus znakomici aktorzy w koszmarnych, plastikowych rolach. Uważajcie na ten spektakl! I pamiętajcie, że wakacje to odpoczynek, nie męka!”. Notabene na jesieni ściągnęli do Gdańska autora sztuki, Torbena Bettsa, mam nadzieję, że jakoś reanimował ten spektakl. Na feju Wybrzeża były nawet zdjęcia, Betts wyglądał na zadowolonego i szczęśliwego, ale kto by tam wierzył fejowi!  

Michał Zadara, „Romeo i Julia”, Teatr Studio w Warszawie – to najgorszy spektakl dekady, a za uzasadnienie wystarczyłaby informacja, że czterdziestokilkuletni reżyser bawi się w specjalistę od nastolatków/skejterów. Oprócz pary tytułowych bohaterów, przyjaciół protagonistów (chłopców i dziewczyny) grają aktorzy Studia, a na najmłodszą wygląda tam (jak zawsze) Natalia Rybicka. Fajne masz, Julia, koleżanki… Plus Dominika Ostałowska w roli Niani z reklamówką z Żabki, uganiająca się po skejtparku pod Poniatowszczakiem! Hit! Do tego pokaźne grono aktorów na filmikach – ciekawe, czy dostają za to normy, czy tantiemy… Ok, boomer!

Gintaras Varnas , „Życie snem”, Teatr Bagatela w Krakowie – źle się dzieje, gdy reżyser przenosi spektakl z jednego miasta do innego, zmieniając tylko aktorów. To prawie zawsze oznacza klęskę, przekonał się już o tym (miejmy nadzieję) sam wielki Peter Stein, autor nieudanego „Godunowa” w Polskim (żadne zaklęcia Antoniego Libery tu nie pomogą). Vargasowi dodatkowo pomyliły się rzeczywistości: Polskę przeniósł do Hiszpanii, Hiszpanię do Moskwy, a widząc, że coś się nie zgadza, wszystko ściągnął znowu do Polski, dorzucając maski śmierci ściągnięte z Meksyku. Na końcu okazało się, że to sen Segismunda, choć krakowska  publiczność wspomina raczej o koszmarze. Symbolem tego spektaklu jest scena rewolucji – jakiej, tego ze spektaklu nie wiadomo (ale ja wiem: tej październikowej w teatrze). Walają się po podłodze w jej trakcie książki, jestem przekonany, że leży tam gdzieś biedny Calderon. Grzechy główne tej rewolucji to niewiarygodny Segismundo, brak głębszej refleksji nad światem dramatu, brak pomysłu na poszczególne wątki, kompletna bezradność wobec Rosaury oraz Clarina i wreszcie wątek złych Ruskich, w tym spektaklu ni priczom… Słowem, czas się obudzić! Niektórych to już nawet zerwali o świcie…

Maciej Kowalewski, „Wania, Sonia, Masza i Spike”, Teatr Polonia – tak się kończy, gdy reżyser postanawia zagrać w swoim spektaklu. Powstaje chałtura z gwiazdami, pretensjonalna i nieznośna, szantażująca widzów Czechowem oraz Ewą Błaszczyk w roli głównej. Tymczasem już po lekturze tekstu należało zakończyć proces produkcji tego gniota. Niestety, zdecydowano się rozkręcić spiralę chałtury: byle jaka scenografia, koszmarne kostiumy, aktorzy pozostawieni sami sobie (bo utytułowani, więc nie trzeba i nie można im nic powiedzieć). Wyszło źle, naprawdę źle. Do tego reżyser podjął najgorszą z możliwych decyzji: wziął u siebie rolę, w związku z tym nic już nie musiał. Mam złe wieści – ta rola też jest zła, bo… zabrakło reżysera. A ja, jako widz, nadal nie mam pojęcia, po co pan Kowalewski zrobił ten spektakl, co chciał mi przez to czechowopodobne sztuczydło powiedzieć. Chętnie się dowiem, naprawdę! Zazdroszczę jednego: dobrego, naprawdę dobrego serca Pani Krystynie Jandzie, która przygarnęła to nieszczęście na swoją scenę.

Agnieszka Błońska, „Diabły”, Teatr Powszechny w Warszawie – Agnieszka Błońska ściga się z Oliverem Friljiciem, to dogmat. I znowu ją ten sprytny Chorwat przegonił. O strukturze spektaklu już pisałem, czas wziąć się za reżyserię. Co do motywów obu twórczyń nie mam wątpliwości: miało być głośno na całą Polskę, miały „przypierdolić” z grubej rury Kościołowi, prawicy, PiSowi oraz facetom – tym wąsatym i rechoczącym z seksistowskich sucharów, a właściwie wszystkim, bo każdy przecież kiedyś rechotał, you know what I mean! Miało być grubo! Skąd to wiem? Umiem łączyć kropki! W drugiej scenie „Diabłów” jedna z aktorek zdejmuje majtki i na waginie ma przyklejony mały portret. Patrzę i rozpoznaję Stefana Banderę. Aktorka pochodzi z Ukrainy, zatem wszystko jasne, skrót myślowy – „banderowska pizda”. Po spektaklu chwalę się znajomej moim odkryciem, ta za kilka godzin do mnie pisze – to nie Bandera, to młody Jędraszewski. Też nie lubię Jędraszewskiego, ale za Chiny Ludowe nie wiem, jak wyglądał młody Jędraszewski. Naszły mnie wątpliwości. W końcu okazało się, że to jednak był Bandera. Teatralnie to zabieg chybiony, kto bowiem poza pierwszymi rzędami dojrzy maleńki wizerunek postaci, a do tego rozpozna, że to ten, a nie inny. Uczciwie powiem, że gdyby nie użyto portretu Bandery w spektaklu „Lwów nie oddamy”, w życiu bym Bandery nie rozpoznał (siedziałem do tego w drugim rzędzie).  Jak widać, za „Diabłami” w Powszechnym stały wielkie emocje oraz licytowanie się na jeszcze większe prowokacje. Im zresztą więcej ich było, tym śmieszniejszy był to spektakl. Reakcja widowni, jej powszechny aplauz obnażał założenia twórczyń. Chciały doprowadzić do wrzenia publiczność, która kompletnie stała po ich stronie. Ich zatrute strzały zawracały z widowni i trafiały rykoszetem w nie same. Nie zapomnę bezradnego odwrotu znakomitej aktorki, Oksany Czerkaszyny, która po odpowiedzi widza skwitowała „to ja już nie wiem, co teraz powiedzieć”. Nominację daję Agnieszce Błońskiej przede wszystkim za odklejenie od rzeczywistości, nierozpoznanie terenu i wypuszczenie aktorek w bagno, które je pogrążyło. I jeszcze jedna zła wiadomość: Friljić jest po prostu lepszy! W swojej kategorii w Polsce niedościgniony przez następne 100 lat! Nie mogę nie wspomnieć o beznadziejnej (reżysersko) scenie z kazaniem Jędraszewskiego: kazanie leci, a aktorzy z tęczowymi opaskami wykonują jakąś tanią choreografię. Litości, to ma być teatr? Co ta scena znaczy? Nic! Absolutnie nic! Mizeria teatralna zawstydza tym bardziej, że reżyserka dysponuje wszak znakomitymi aktorkami (oraz znakomitym Arkadiuszem Brykalskim). Wygląda na to, że cały ich kunszt i wysiłek poszedł w diabły… 

Mikołaj Mikołajczyk, „Śmierć w Wenecji”, Teatr Węgierki w Białymstoku – spektakl ten padł ofiarą modnej obecnie metody pracy: „szukajmy poprzez improwizacje właściwej formy i treści spektaklu”. Weźmy zatem dzieło znane i cenione, odrzyjmy je ze wszystkiego (głównie z treści) i zobaczmy, czy tam na dnie coś jest, a jest na pewno, musi być! Kojarzy mi się to z oglądaniem pustego plastra w ulu, podczas gdy miód właśnie spłynął w piach, bo nie o miód tu przecież chodzi, a o miodu powidoki. Artyści pod wodzą Mikołaja Mikołajczyka szukali i szukali tych powidoków, ale do końca prób ich nie znaleźli, więc reżyser podjął decyzję, że spektakl będzie o niemożności znalezienia. Czysto, łatwo i przyjemnie. Niestety, to się nigdy nie udaje, kolejność musi być odwrotna, inaczej mamy świadectwo porażki, którą spektakl z Białegostoku niewątpliwie jest. Na nominację Mikołajczyk zasłużył przede wszystkim za wpuszczenie znakomitych aktorów  (wielbię Krzysztofa Ławniczaka) w maliny, pardon, w truskawy. Zero zadań aktorskich poza wygłaszaniem pretensjonalnych tekstów i snuciem się między publicznością, która spałaby już dawno, gdyby nie fakt, że aktorzy bez przerwy nią (fizycznie) potrząsają.

ROLA MĘSKA

Maciej Kowalewski, „Wania, Sonia, Masza i Spike”, reż. Maciej Kowalewski, Teatr Polonia – zła to rola, zła niesłychanie, pretensjonalny kostium, nijakie sytuacje, sztuczne gesty oraz sztampowo wygłaszany tekst. Przykro patrzeć.

Wojciech Zieliński, „Wania, Sonia, Masza i Spike”, reż. Maciej Kowalewski, Teatr Polonia – ten bardzo zdolny (gdy go przycisnąć) aktor nigdy nie powinien grać tanich lowelasów, bo zbyt szybko w tych rolach idzie na urlop. W roli bożyszcza pań w średnim wieku nie jest, niestety, wiarygodny, bo wciąż myśli, że takie role nic od niego nie wymagają, wystarczy bowiem, że się trochę powygłupia i w finale rozbierze, a wyrzeźbiona klata załatwi resztę. Brak reżysera i okropny kostium sprawiają, że tej roli nie da się uratować. Widziałem znakomite role Zielińskiego, na chałturę z gołą klatą nie dam się więc nabrać. Dziwię się, że Ewa Błaszczyk się na to nabiera, nie rozumiem też, co ma z tym wspólnego Czechow. Może nic i w tym właśnie problem!

Kosma Szyman, „Życie snem”, reż. Gintaras Varnas, Teatr Bagatela – ma okropny kostium, jakieś poszarpane przez rozwścieczone psy dżinsowe spodenki niczym Kylie Minogue w latach 80-tych, a na dodatek nie wie, kim jest. To ostatnie byłoby komplementem, gdyby dotyczyło Segismunda, nie Kosmy. Szyman ma konkretne zadanie: prześnić swój dramatyczny sen, ale nie wie, co grać, nie wie, kim jest w tym spektaklu, nie wie, jaką przemianę ma przejść jego bohater. To dramatyczna nominacja, bo jest przykładem sytuacji, w której aktor musi świecić oczami za reżysera. Żal patrzeć, jak aktor prezentuje stuprocentową obecność, a na scenie widać tylko bezradne miotanie się bez sensu i celu.

Marcin Zacharzewski, „Balladyna”, reż. Krzysztof Pluskota, Teatr STU w Krakowie – jako Kirkor wygłupia się przez pół spektaklu. Obśmiewa swoją postać, fałszuje ją zarówno w mowie, jak i w ruchu, wdzięczy się do młodej szkolnej (czyżby innej nie dało się ściągnąć?) publiczności, żeby potem nagle grać jakiś sieriozny dramat. To nawet nie jest śmieszne.

Rafał Kronenberger, „Grotowski non-fiction”, reż. Katarzyna Kalwat, Teatr im. Kochanowskiego w Opolu/Teatr Współczesny we Wrocławiu – ten spektakl to środowiskowy bibelot, który stał się kością niezgody między badaczami, zajmującymi się Grotowskim. Nikogo zresztą poza nimi Grotowski nie interesuje, może z wyjątkiem Anny Wendzikowskiej, która nie zapomni go do końca życia. Wypieki na twarzy teatrologów wywoływał udział w spektaklu profesor Krystyny Duniec, grającej samą siebie (mam nadzieję, że następnym razem zobaczymy się już na uniwersytecie) oraz Romana Pawłowskiego. Spektakl ten jest fałszywy z założenia, postuluje bowiem zgodę w środowisku teatralnym, zatarcie różnic i takie tam dyrdymały. Jednocześnie żeruje na Grotowskim, zarzucając żerowanie innym, którzy też żerują. Rafał Kronenberger dostaje nominację za symboliczną scenę z tego spektaklu: pyta o coś publiczność (nie pamiętam już o co, nie ma to zresztą znaczenia), po czym dostaje odpowiedź, która go kompletnie nie obchodzi, bo nie o prawdziwą rozmowę i porozumienie tu chodzi, lecz…  No, właśnie – o co? Nie wiem i nie interesuje mnie to, podobnie jak 99% widzów. God isn’t Jurek, God is Zenek! Ten Zenek! 

Piotr Tomaszuk, „Teatr, którego nie było”, reż. Piotr Tomaszuk, Wierszalin – dwa lata temu usłyszałem od jednego z byłych członków Wierszalina anegdotę, że Mistrz Piotr powtarzał przez wiele lat swoim Artystom, że gdyby chciał wejść na scenę i grać, to mają go za wszelką cenę powstrzymać. Moim zdaniem nadszedł ten dzień (tylko, kto się ośmieli?), ale postuluję, żeby odbyło się to bez rozlewu krwi. Już role Demiurga/Boga w „Dziadach” były nieznośnie pretensjonalne, nic to jednak w porównaniu z Solskim. Dyrektor teatru gra Dyrektora Teatru, bo chce i może  a my musimy się męczyć przez 50 minut z przydługą i niezbyt potrzebną rozmową Solskiego z Wyspiańskim o „Sędziach”, zamiast oglądać samych „Sędziów” ze znakomitym Rafałem Gąsowskim (dobrze by było, gdyby nie zastawiały go koszmarne drzwi). Niestety, sami „Sędziowie” trwają tylko pół godziny. Całość wygląda na spektakl, w którym Tomaszuk chce pokazać, że ma dystans do swojej legendy; tylko co mnie to obchodzi? Marzę o takim spektaklu Wierszalina – ja, jego teatralne „dziecko” (zajmuję się teatrem przez „Merlina”), który będzie wspaniałą artystyczną ucztą, a jego tematem będzie człowiek i kondycja ludzka, nie zaś artyści Wierszalina sami w sobie.

ROLA ŻEŃSKA

Kinga Ilgner, „Balladyna”, reż. Krzysztof Pluskota, Teatr STU w Krakowie – matka Balladyny i Aliny za pomocą zwiewnej firany (uwaga: chałtura!) staje się Goplaną. Dlaczego, nikt nie wie. To znaczy pewnie w Teatrze STU wiedzą, ale nam nie powiedzieli, ani nie pokazali. Ilgner, ubrana jak dziewoja z zespołu “Nadarzynki”, sławiąca za pieniądze z PFN polski naród za granicą, z warkolem niczym kłos sochaczewskiej pszenicy, miota się po scenie jako zaradna matka, po czym snuje zmysłowo w oparach dymu jako nieokiełznana, pragnąca miłości Goplana. Wszystko na pół gwizdka, wszystko fałszywie. Efekt żałosny, dzban złotych truskaw (zamiast malin) należy się albo Matce, albo Goplanie. Oby się tylko nie pozabijały.

Ewa Skibińska, „Poskromnienie”, reż. Monika Pęcikiewicz, Teatr Polski w Podziemiu – scena Ireny z pończochami jest źle napisana, grafomańska. Postać Ireny zresztą w ogóle jest problematyczna, nie wiem do dzisiaj, co jej wątek ma symbolizować. Ewa Skibińska zaczyna niestety od grania diwy, skupiając się na swoim dosłownym i bijącym po oczach stereotypem stroju, składającym się z sukienki i wielkiego kapelusza (oczywiście diwa musi mieć ekstrawagancki kapelusz, aby być diwą). Gdy już skończy (scena trwa w nieskończoność), niewiele zostaje do odegrania z partnerką. Widać, że pretensjonalny dialog w ogóle aktorce nie leży.

Ewa Błaszczyk, „Wania, Sonia, Masza i Spike”, reż. Maciej Kowalewski, Teatr Polonia – Pani Ewo, nie będę się pastwił nad Pani rolą, mam tylko jedną prośbę i marzenie jednocześnie. Jeśli chce Pani grać Raniewską albo Arkadinę, co byłoby cudowne, na przykład u znakomitego do takich spektakli Radka Stępnia, to proszę zagrać Czechowem w prawdziwej „Mewie” albo w prawdziwym „Wiśniowym sadzie”. Takie sztuczydło jest naprawdę poniżej Pani wielkiego talentu!

Hanna Zbyryt, „Czyż nie dobija się koni”, reż. Magda Piekorz, Teatr Adama Mickiewicza w Częstochowie – znowu wszyscy chwalą, a ja nie. Młoda aktorka Teatru im. Adama Mickiewicza jest bardzo zaangażowana, ale zupełnie nie ma pomysłu na swoją postać: gra swojską dziewczynę z Częstochowy, która do końca pozostaje swojską dziewczyną, może trochę bardziej zgaszoną, ale nadal z Częstochowy. Nie ma w niej desperacji, nie buduje swojej roli na punktach zwrotnych, nie widzę w niej stadiów upadku na społeczne dno, którego efektem będzie końcowa tragedia. Bez tego zaś jej bohaterka przemyka koło mojej trybuny jak zwykły koń. Powinien to zaś być jednorożec.

Aleksandra Justa, „Hedda Gabler”, reż. Kuba Kowalski, Teatr Narodowy – jej Ciotka wchodzi na scenę jako pierwsza. Ma się wrażenie, że jest niespełna rozumu, po chwili okazuje się jednak, że to po prostu zła rola. Wystarczy przez chwilę popatrzeć bowiem na znakomitą Wiktorię Gorodecką (Hedda), żeby złapać konwencję tego świetnego spektaklu i zrozumieć, że Justa się w niej kompletnie nie odnalazła. Skrada się, coś udaje, słowa szeleszczą papierem. Na szczęście szybko znika.

SPEKTAKL ROKU

O wszystkich tych spektaklach napisałem powyżej, nie będę zatem powtarzał uzasadnień. Oto lista nominowanych:

„Dwa teatry”, reż. Marek Mokrowiecki, Teatr Dramatyczny w Płocku

„Wania, Sonia, Masza i Spike ”, reż. Maciej Kowalewski, Teatr Polonia

„Romeo i Julia”, reż. Michał Zadara, STUDIO teatrgaleria

„Balladyna”, reż. Krzysztof Pluskota, Teatr STU w Krakowie

“Grotowski non-fiction”, reż. Katarzyna Kalwat, Teatr Współczesny we Wrocławiu, Teatr im. Kochanowskiego w Opolu

„Śmierć w Wenecji, czyli czego najbardziej żałują umierający”, reż. Mikołaj Mikołajczyk, Teatr im. Węgierki w  Białymstoku

„Życie snem”, reż. Gintaras Vargas, Teatr Bagatela w Krakowie.

Wyróżnienia ZŁOTE SZYPUŁKI:

Zespół Teatru im. Szaniawskiego w Płocku –  Szanowni Państwo, teatr to naprawdę nie jest skansen! Czy nigdzie nie jeździcie, czy nie oglądacie spektakli kolegów? Zapomnieliście, czym jest teatr? ŻYWYM miejscem, gdzie powstaje sztuka, a nie chałtury dla licealistów! Poziom artystyczny, jaki prezentujecie na scenie, to skandal! To wdzięczenie się do widza, udawanie postaci, ten wszechobecny sceniczny fałsz! Te “myki” rodem z chałtury! Tego się nie da znieść (ani “odzobaczyć”)! I nie piszę tu o przemianie teatru w nowoczesny postmodernistyczny przybytek Melpomeny, ale o elementarnych wyznacznikach dobrego, choćby i tradycyjnego, klasycznego teatru. Z przykrością przyznaję Wam wyróżnienie dla najgorszego teatru w Polsce. Obudźcie się, praca w teatrze to nie tylko odbieranie norm i wdzięczenie się do publiczności. 

Rzecznik Teatru Wybrzeże, Grzegorz Kwiatkowski – pierwszy raz spotkałem się z taką arogancją osoby odpowiadającej za PR i kontakt z mediami. Na moją prośbę o pomoc w umówieniu się aktorkami z TW do audycji radiowej o spektaklu TW („Trojanki”), co jest kanonicznym obowiązkiem działu PR, usłyszałem od pana Rzecznika, że nie dysponuje on prywatnym czasem artystów, po czym przesłał mi… prywatne numery telefonów aktorek! Niestety, musiałem z nich skorzystać, za co bardzo Panie przepraszam. Potem jeszcze otrzymałem informację, że obowiązki działu PR TW – finansowane z publicznych podatków – zakładają pomoc dziennikarzom w czasie próby medialnej i na tym koniec. Zaiste, specyficzne to podejście do pracy w jednym z najlepszych polskich teatrów.

Dyrektor Teatru Bagatela z Krakowa – nie muszę chyba pisać, za co. Szesnaście kobiet napisało już o tym do prokuratury.

Rada Wydziału AST Wrocław – to był największy skandal roku! „Rada Podziału” AST Wrocław najpierw zablokowała wyjazd lalkowego dyplomu  „Słaby Rok”, w reż. Martyny Majewskiej na Festiwal Szkół Teatralnych w Łodzi. Dlaczego? Bo się obraziła, młodzi ludzie bowiem powiedzieli im ze sceny, co o nich naprawdę myślą. Tymczasem młody aktor musi się nauczyć, gdzie jego miejsce! Najlepiej od razu, w szkole. I co można zrobić? Nic, to jest najbardziej frustrujące… Po kuriozalnych przepychankach dyplom pojechał, ale nie minęło kilka miesięcy i „Rada Podziału” wycofała tym razem z Festiwalu Szekspirowskiego zakwalifikowany przez selekcjonera spektakl „Burza” Nataszy Sołtanowicz. Jaką trzeba mieć arogancję, żeby zlekceważyć selekcję wielkiego festiwalu i szansę na pokazanie się własnych studentów na scenie takiego wydarzenia? Państwo z Rady orzekli, że „spektakl im się nie spodobał, więc nie ma powodów, żeby się nim chwalić”. Państwa nazwiska to nazwiska hańby. Magda Piekarska ma rację: nie „Słaby rok”, a „słaba szkoła”.

Marszałek, Zarząd Województwa Dolnośląskiego, Ministerstwo Kultury i Sztuki oraz Zespół Teatru Polskiego we Wrocławiu, Związki zawodowe i wszyscy uwikłani w tę żałosną farsę – za najnowszy, arcypolski przykład egoizmu, zacietrzewienia, polityki robionej kosztem dobra wspólnego, nienawiści i prywaty. Teatr wciąż leży w ruinie. „Pan Tadeusz” Mickiewicza jest o Was. Nie jestem jednak takim optymistą jak Mickiewicz, rozdziału „Kochajmy się” nie będzie, ruina pozostanie ruiną, głupcy – głupcami.

[addthis tool="addthis_inline_share_toolbox_x0fz"] Kategorie: , | Tagi: |

3 komentarze

  1. hahaha mimo, że temat smutny, bo zły teatr to nic wesołego, recenzje cudownie przezabawne! postuluję o taki ranking co miesiąc!

  2. Warto zaznaczyć przy okazji takiego wyróżnienia o radę którego wydziału chodzi. W przypadku wrocławskiej uczelni są bodaj trzy wydziały, więc precyzja byłaby wskazana

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *