Deszcz (złotych) malin – o spektaklu “Balladyna” w reż. Krzysztofa Pluskoty w Teatrze STU w Krakowie (V edycja Klasyki Żywej)

zdj. Anna Lem

Konwencją krakowskiej “Balladyny” jest gra różnego rodzaju popkulturowymi cytatami. Mamy więc jakieś echa słowiańszczyzny (słusznie wyprowadzone z tekstu), “Wiedźmina” Sapkowskiego czy “Gry o tron”, są też elementy konwencji przeestetyzowanych chińskich filmów historycznych typu “Cesarzowa”, czy wreszcie zapożyczenia z gier komputerowych. Pomysł to o tyle znakomity, co niebezpieczny, w nagromadzeniu bowiem owych postmodernistycznych tropów łatwo zagubić się może niełatwe dzieło Słowackiego. Tak się właśnie stało w Teatrze Stu: na scenie mamy mydło i powidło, sama zaś treść dramatu oraz jego koncepcja leży i kwiczy. Do tego dochodzi bardzo złe aktorstwo, mizeria inscenizacji – i przepis na spektakularną porażkę gotowy.

Oglądając spektakl Krzysztofa Pluskoty bez dogłębnej znajomości tekstu, nie bardzo wiadomo, o co chodzi; nie pomaga kompletnie nieumotywowany pomysł połączenia Goplany z Matką, czy Balladyny i Aliny z postaciami Chochlika i Skierki. Przeistoczenia te nic do tej opowieści nie wnoszą, nie rozumiem zresztą w ogóle, czemu cały wątek miłości Goplany i Grabca miałby w spektaklu służyć. To jednak nie jest jeszcze najgorsze, bo aktorzy nie wiedzieć czemu (kłania się brak komunikatywności reżyserskich rozwiązań), grając postaci Słowackiego, ośmieszają je przez pół spektaklu, puszczają do widzów oko (kompletnie niewiarygodna i obśmiana postać Kirkora). Po czym w drugiej części, gdy zniknie sielankowy pejzaż, wyparty przez tragedię walki o władzę, jak gdyby nigdy nic przechodzą do grania serio. Pytanie: czemu? Nie dało się obśmiać Kostryna i Kirkora w dramatycznej tonacji ostatnich części dzieła, czy może kupiło się (?) uwagę młodego widza wygłupami i teraz próbuje się mu tłumaczyć, że świat tak naprawdę jest jednak okrutny, a ludzie bezwzględni i żądni władzy. Litości! A co ze sferą ducha, co z odpowiedzialnością moralną za czyny? Jak pogodzić Boga z Goplaną? To chyba jednak dla twórców spektaklu pytania zbyt trudne

A wystarczyło na przykład zrealizować w przeestetyzowanej konwencji chińskich filmów historycznych sam dramat, uwierzyć na sto procent w Słowackiego, rozciągnąć czas, zagrać go “na śmierć i życie”, nie wdzięcząc się do młodego widza puszczaniem oka, udawactwem i wrzucaniem na scenę wszystkiego, co aktualnie modne. Wystarczyłoby tego na inscenizację dramatu Słowackiego, na coś więcej trzeba już niestety mieć pomysł oraz odpowiedź na pytanie, do czego nam dzisiaj ta “Balladyna” potrzebna, a tego tu brak. Jedynym powodem wystawienia Słowackiego jest chyba pragnienie reżysera/dyrektora teatru zorientowania instytucji na szkolne wycieczki. Czyli najgorzej, jak się da. Klasyka to zatem martwa jak Balladyna w ostatniej scenie. Teatr Stu chciał przechytrzyć wszystkich, “padł” jednak, “rażony piorunem” nowoczesności.

W tym wszystkim szkoda muzyki słynnej “Kapeli ze Wsi Warszawa” oraz zespołu “Żywiołak” – ona jedna użyta jest w funkcji poszerzania granic tego świata, umiejętnie tkając jakąś nieoczywistą przestrzeń spektaklu. Scenografia jest prosta, ale w tym przypadku nie jest to komplement, przypomina bowiem raczej lekturową chałturę, a nie profesjonalną i przemyślaną przestrzeń tworzenia nowych znaczeń. Kostiumy, z aspiracjami do szykowności, zbudowane są na stereotypowym podejściu do słowiańszczyzny, np. Matka/Goplana obowiązkowo z warkoczami niczym kłosy lubelskiej pszenicy, zakłada na siebie jakieś kawałki przezroczystej tiulowej tkaniny, która zmienia jej status. Na kilometr pachnie chałturą. Jedynym aktorem, który oprócz nauczenia się tekstu próbował mówić z sensem (tak! w tekście Słowackiego jest głęboki sens!) był Robert Koszucki. Reszta swoim odklepywaniem tekstu i sztucznością co najmniej zadziwiała, efekty zaś wołały o pomstę do nieba. Przodowała w tym procederze Goplana/Matka Kingi Ilgner, miotająca się w rodzajowej sztuczności od kolumny do kolumny, ze sztucznymi liśćmi, będącymi symbolami porażki tego spektaklu. O sztuczności i wygłupach Marcina Zacharzewskiego w roli Kirkora nawet nie ma co pisać. Z kolei Kamila Bestry grała Balladynę na jednym tonie. Od początku zaczęła źle, ciężko, martyrologicznie, w związku z tym nic nie zmienił w niej mord popełniony na siostrze. W ogóle mało się z jej postacią na scenie działo. Umarła na szczęście dla siebie i dla widzów. Jedynym aktorem, który oprócz Koszuckiego walczył o swoją postać, był Wojciech Leonowicz, nie bardzo jednak wiedział, co ma grać: obśmiewać Pustelnika, czy ratować ukrytego w jego kostiumie, chcącego powrócić do władzy króla. W ostatecznym rozrachunku, choć triumfował jako władca, poległ jako aktor, prezentując na scenie kilka wyćwiczonych aktorskich “myków”.

Krzysztof Pluskota stworzył martwą chałturę, ubraną w kostium ekskluzywności znanego artystycznego teatru. Oprócz nieudolnie opowiedzianej historii nie otrzymujemy nic. Żadnej interpretacji, o czymś odkrywczym nie wspominając. Żal tylko patrzeć na te tłumy młodzieży, gonione przez nauczycielki na spektakl, który powiela złe stereotypy o teatrze – że sztuczny, elitarny, o niczym i pod białą koszulę. Myśli tam za grosz i to w sumie najsmutniejsze. Nauczycielki mają odfajkowane, teatr “zaliczył” lekturę, a Słowacki znów przegrał jako autor sztuczny, nudny i nieatrakcyjny. Szkoda.

Ps. Tekst ten został napisany przeze mnie w ramach prac Komisji Artystycznej V Konkursu na Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej “Klasyka Żywa”. Przeklejam go więc tutaj ze strony E-teatru, za zgodą Instytutu Teatralnego w Warszawie.

Kategorie: , | Tagi: |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *