Wypchajcie się, wypchajcie się sami! – o “Cząstkach kobiety” Kornela Mundruczo z TR Warszawa

zdj. Natalia Kabanow

Matka (Magdalena Kuta) ma rzadko spotykane hobby – kolekcjonuje wypchane zwierzęta, m.in. kaczki, sokoły, nornice. Mają one w jej domu swoje wyraźnie eksponowane miejsca: wiszą na ścianach, stoją na pianinie, służąc za dekorację i zbierając kurz. Ich właścicielkę, bohaterkę spektaklu Mundruczo poznajemy w momencie, gdy wraca od lekarza z wynikami, które są dla niej wyrokiem. Gdy chwilę później słyszymy, że jej dom przeszedł właśnie mały remont w duchu popularnej i modnej idei home stagingu, puzzle zaczynają się nam powoli układać. Home staging bowiem (nie mylić z feng shui) to strategia marketingowa, polegająca na przygotowaniu domu pod wynajem lub na sprzedaż, praktycznie realizowana za pomocą pewnych konkretnych działań (przemalowanie ścian, re-aranżacja wnętrz, usunięcie zbędnych elementów przestrzeni, sprzątanie). Mają one na celu uzyskanie idealnego, zachęcającego do transakcji obrazu sprzedawanej nieruchomości. Tak więc wyrok zapisany w badaniach wydaje się prawdziwą przyczyną, dla której Matka, chcąc zostawić po sobie porządek, postanawia ostatni raz przemeblować swój dom. Już teraz można się domyślić, że będzie chciała też za wszelką cenę – zgodnie z zasadami „home stagingu” przemeblować również swoją rodzinę, w której nie dzieje się najlepiej. Jedna z córek, Maja, nazwijmy ją umownie „postępową” (Justyna Wasilewska), wyszła za nieakceptowanego przez rodzinę norweskiego konstruktora mostów (co za ironia!) i właśnie wraz z nim mierzy się z utratą dziecka; druga, „konserwatywna” Monika (Agnieszka Żulewska) tkwi w nieudanym małżeństwie z byłym rockmanem, który elektryczną gitarę zamienił – dosłownie i w przenośni – na kościelne organy, uciekając w konserwatyzm od pasma życiowych porażek. Matka zaprasza więc swoje córki oraz nas, widzów, na kolację, która będzie niczym odcinek telewizyjnego reality show, poświęcona kompletnemu liftingowi jej rodziny. Na jaw wyjdą utajone animozje, kompleksy i rodzinne tajemnice, skrywane zaś dotąd emocje wreszcie szeroką rzeką wyleją się z bohaterów. Home staging będzie bolesny, ale zostanie przeprowadzony z sukcesem. Niepotrzebne elementy zostaną usunięte, rodzina uzyska nieco lepszy wizerunek, martwe zaś oczy wypchanych dotąd traumą, pretensjami, lękami czy niespełnionymi marzeniami członkiń rodziny zaczną w finale błyszczeć, niczym oczy kolekcjonowanych przez Matkę zwierząt. W sensie symbolicznym nie umarły za życia do końca. Następuje nowy etap w ich życiu. Zbierają się w pokoju ze zwierzętami i zaczynają śpiewać piosenkę Rominy Power i Albana „Felicita” – nie ruszać ustami do oryginału, lecz śpiewać naprawdę . Momentami nieporadnie, cicho, ale razem. Pojawia się oczywiście pytanie: czy „kupujemy” ten świeżo zrewitalizowany dom? Czy wierzymy w tę kruchą, świeżo ukonstytuowaną na polu bolesnej wiwisekcji wspólnotę (kobiet – tak wyszło), zalążek prawdziwej rodziny. My, widzowie, znamy tajemnicę Matki, wiemy więc, że czeka te kobiety kolejny cios od losu, mamy jednak także przeczucie, że choć będzie to najsmutniejszy czas w ich życiu, będzie zarazem ważny i piękny.

Jedną z najbardziej poruszających scen spektaklu jest rozmowa Mai z Matką, podczas której dziewczyna, słysząc za oknem szczekanie uwięzionego na łańcuchu psa, w sekundę uświadamia sobie, że jej trauma po utracie dziecka, dotychczasowe życie z mężem, skomplikowane relacje z siostrą czy ciągła presja oczekiwań matki to nic innego jak więzienie, łańcuch, za pomocą którego kochający ją ponoć ludzie przywiązali ją do rodzinnej budy. Maja zaczyna naśladować psa i zaczyna przeciągle wyć, jakby chciała całe swoje nieszczęście i ból wyrazić w tym prostym geście. Gdy ochłonąłem i opanowałem spływające po policzkach łzy, pomyślałem, że ta rozmowa z matką, ten jej bunt, to ostatni moment w jej życiu, by uratować się przed zawiśnięciem gdzieś w salonie matki, między sokołem a nornicą, jako jej najpiękniejsze i najbardziej ukochane trofeum.

Spektakl składa się z dwóch części, filmowej i teatralnej i jest arcydziełem. Prosta, serialowa fabuła, zamienia się w głęboką, niezwykle oczyszczającą mityczną opowieść o końcu pewnego ludzkiego świata, zarówno dzięki chirurgicznie precyzyjnej, drobiazgowej reżyserii Mundruczo, jak i wybitnych kreacji aktorskich wszystkich bez wyjątku aktorów. Znakomita jest wycofana Marta Ścisłowicz w roli pozornie nieśmiałej, nieco zakompleksionej kuzynki Zuzy, świetny Sebastian Pawlak w roli dobrego w gruncie rzeczy, nieradzącego sobie z pasmem nieszczęść męża Moniki, Wojtka. Agnieszka Żulewska kreuje rolę neurotycznej Moniki wspaniale, grając w istocie postać małej dziewczynki, która nieoczekiwanie stała się kobietą. W relacjach z bliskimi prezentuje pełen diapazon emocji: wzruszenie, radość czy histerię; trudno zapomnieć scenę przy stole, gdy pod wpływem raniących słów matki, wybucha, nie mogąc dłużej tłumić w sobie narosłych przez lata frustracji. Niezwykle zabawny jest Dobromir Dymecki, grający męża Mai, z robiącym furorę na widowni norweskim akcentem, scena jednak w wannie, gdy doznaje wstrząsu, jakby nagle wszystkie przeżycia, związane ze śmiercią dziecka zwaliły mu się na głowę, dowodzi, że tworząc swoją rolą wychodzi on daleko poza nakreśloną grubą kreską postać śmiesznego, nieporadnego ćpuna-obcokrajowca. Magdalena Kuta zachwyca. Momentami nieporadna, to znów bezwzględna, choć zdradza oznaki alzheimera, za chwilę z chirurgiczną precyzją przywołuje z pamięci najbardziej niewygodne dla swoich córek szczegóły, wzrusza i denerwuje, epatuje mądrością życiową, by za chwilę zrobić jakąś głupotę. Jest po prostu idealnym wcieleniem matki, wszystko bowiem, co robi, czyni – w jej pojęciu – z miłości do córek; sama będąc nieszczęśliwą (mąż był “babiarzem”), próbuje ochronić swoje córki przed swoim losem. Nie ma świadomości, że tym samym krzywdzi swoje dzieci. Z drugiej strony, lubi „wypchane zwierzęta” – takie, które milczą i ładnie wyglądają. Wielka rola. Show kradnie jednak Justyna Wasilewska, znakomita w filmowanej scenie porodu, w której dzięki kamerze widzimy z bliska każdy mięsień jej zbolałej twarzy, wszystkie jej emocjonalne stany czy przejścia. W tym półgodzinnym aktorskim mastershocie Wasilewska nie może sobie pozwolić na cień fałszu. Musi urodzić naprawdę i naprawdę utracić swoje dziecko. Mija pięć minut (na scenie pół roku) i jej Maja przechodzi w inny stan, kilka razy powracając do swojego koszmaru, jak w scenie prysznica czy rozmowy z Matką ze szczekaniem psa w tle. O sile jej aktorstwa świadczy kiczowata w swej strukturze scena z plastikowym dzieckiem, które przychodzi do niej na czworakach. Normalnie powinny tej scenie – ze względu na jej jawną sztuczność – towarzyszyć salwy śmiechu, Wasilewska jednak poprzez swoją niezwykłą, sceniczną osobistą obecność i głębokie przeżycia bohaterki nawet przez chwilę nie pozwala skupić się na jawnej teatralności tej sceny. Scena z psem, czy teatrzyk kukiełkowy to Himalaje aktorstwa. Tak naprawdę to nie pamiętam, jak je Wasilewska zagrała, bo płakałem jak bóbr…

Spektakl Mundruczo to triumf aktorstwa, dowód na to, że aktor, a właściwie człowiek – to centrum teatru. Gdy jest on wobec nas szczery i uczciwy, to udziałem nas, widzów, staje się prawdziwa, oczyszczająca sztuka – tak jak w przypadku spektaklu TR Warszawa. I takiej właśnie sztuki z całego, zbolałego dziś po “Cząstkach kobiety” serca Państwu życzę!

Ps. Tekst ten napisałem w dzienniku kaliskiego Festiwalu Sztuki Aktorskiej, w maju 2019 roku. “Wycinam” go z stamtąd z okazji Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego BOSKA KOMEDIA 2019, który rozpoczął się wczoraj w Krakowie. Spektakl Kornela Mundruczo zainaugurował bowiem główny nurt festiwalu – INFERNO, którego mam zaszczyt być jednym z selekcjonerów! Zapraszam, i do Krakowa, i do lektury. TD