Powstrzymać brukowanie piekła – “Jak ocalić świat na małej scenie” w reż. Pawła Łysaka z Teatru Powszechnego w Warszawie

zdj. Magda Hueckel

Tekst ten napisałem na szczecińskim Kontrapunkcie, w maju 2019 roku. “Wycinam” go z festiwalowego bloga z okazji 6. Festiwalu Nowego Teatru, który zaczyna się dziś w Rzeszowie. Spektaklem Pawła Łysaka inaugurujemy bowiem główny nurt festiwalu, którego mam zaszczyt być kuratorem. W tekście tym wyjaśniam, mam nadzieję jasno, dlaczego to właśnie ten spektakl inauguruje 6. FNT! Zapraszam, i do Rzeszowa, i do lektury. TD 

Ojcowie, o których opowiadają w spektaklu Pawła Łysaka Artem Manuilov, Mamadou Góo Bâ oraz Andrzej Kłak to z zawodu odpowiednio: górnik z Donbasu, mechanik pokładowy z Senegalu oraz docent inżynierii rolnictwa, Jan Łysak (ojciec reżysera spektaklu – Pawła Łysaka). Wszystkich ich zatem łączy jakiś rodzaj uczestnictwa w procesie budowania współczesnej cywilizacji, którego naczelnym hasłem mogłoby się stać biblijne zdanie o „uczynieniu sobie ziemi poddaną”. Owi ojcowie, tak jak rzesze podobnych im ludzi na całym świecie, uczestniczyli w tym procesie w dobrej wierze. Potrzebowali pracy, pieniędzy na utrzymanie rodziny, poczucia bezpieczeństwa i normalności. Tym, co ich dodatkowo motywowało do działania, była prometejska wiara, że również dzięki ich pracy ludzkość posuwa się o maleńki krok do przodu – co więcej, wierzyli, że w ten sposób zapewniają lepszą przyszłość swoim dzieciom i wnukom. Nie wiedzieli jednak (i nie mogli, nie było bowiem w ich czasach tak szerokiego dostępu do informacji), że budowanie owego „wiecznego” cywilizacyjnego raju odbywało się – i w gruncie rzeczy wciąż się odbywa – kosztem natury. Ich synowie mają już dziś tę świadomość i próbują nam w swoim spektaklu otworzyć oczy. Słuchając niezwykle intymnych i przejmujących opowieści synów o pokoleniu swoich omamionych prometeizmem ojców, próbowałem sobie wyobrazić, jak by wyglądał ten spektakl w 2050 roku. Wizja nie napawała optymizmem: aktorzy w maskach – z powodu smogu nie będzie można bowiem już swobodnie oddychać – będą opowiadać w betonowej scenografii o nas, swoich ojcach, którzy – mając świadomość, że ludzkość tonie powoli w występujących z brzegów na skutek globalnego ocieplenia oceanach, tańczą niczym pasażerowie Titanica, każąc politycznym orkiestrantom grać jeszcze głośniej, żeby czasem nie usłyszeć niepokojących dźwięków nadchodzącej katastrofy. Przesadzam? Może, pomyślcie jednak Państwo, zwłaszcza ci, którzy macie już dzieci i wnuki: czy jesteście gotowi w roku 2050 spojrzeć im odważnie w oczy i powiedzieć, że w kwestii odpowiedzialności za globalną katastrofę klimatyczną nie macie sobie absolutnie nic do zarzucenia?

Osobiste opowieści aktorów i reżysera o pokoleniu swoich ojców nieświadomych tego, jaki los gotują swoim dzieciom, sprawiają, że spektaklu Łyska nie można łatwo zbyć przyczepieniem łatki lewackiej i proekologicznej propagandy. Teorie globalnej katastrofy, powtarzane dziś jak mantra przez naukowców różnych dziedzin, nie tylko ekologów (narracja prowadzona w spektaklu przez Annę Ilczuk) zyskują tu mocny, osobisty kontrapunkt w postaci prawdziwych historii aktorów i reżysera o różnych narodowościach (zabieg taki podkreśla globalny charakter problemu). Można oczywiście łatwo zbyć idee, które głoszą, wszak to tylko słowa (nawet te dowiedzione naukowo) przeciwko innym słowom. Nie jest już jednak łatwo zbyć główne pytanie, które twórcy stawiają nam, widzom: „co powiecie swoim dzieciom za kilkadziesiąt lat, jeśli się okaże, że te „ekologiczne bzdury” to prawda?” To pytanie powinniśmy zadać sobie w imieniu tych, którzy są dla nas najważniejsi, których kochamy i dla których podobno zrobimy wszystko. Czy na pewno?

Anna Ilczuk, prowadząc swoją pełną emocji, ale też mądrości narrację (ciekawe, że symbolem owego twardego stąpania po ziemi jest w spektaklu jedyna kobieta), dokonuje w finale symbolicznego aktu. Przebiera w piżamę postać Fausta, symbolizującą tu mit o ludzkiej potrzebie doczesnych, uzyskiwanych za wszelką cenę przyjemności. Wydaje się, że – idąc tropem myślenia twórców – zrobił on już dość złego w umysłach i sercach ludzi na całym świecie. Czas go po prostu uśpić, a samemu obudzić się w rzeczywistości i na początek powąchać powietrze, którym oddychamy. Tak, da się je powąchać, niestety…

Czy zatem da się ocalić świat na małej scenie? Łysak i jego aktorzy nie dają jasnej odpowiedzi. Z jednej strony opowieści o nieżyjących już ojcach uczą nas, że wszystko ma swój kres, więc i nasza cywilizacja musi się kiedyś zakończyć, z drugiej strony – Anna Ilczuk w pewnym momencie gładzi się po brzuchu, jakby była w ciąży. A więc kolejne pokolenia będą się pojawiać, pytanie tylko, czy zdołają przetrwać w świecie, który im „urządzimy”. Nie sądzę. I obym się mylił.

Aktorzy grają bardzo dobrze, choć odkryciem spektaklu jest ukraiński aktor, Artem Manuilov. Z wielkim zaangażowaniem, choć nie bez nuty ironii, akcentuje w historii swego ojca prometejski z ducha, wykorzystywany przez sowiecką (i nie tylko) propagandę ludzki głód snów o cywilizacyjnej potędze. Jednocześnie traktuje Manuilov pokolenie swojego ojca z empatią i zrozumieniem, wiedząc, a właściwie czując gdzieś w głębi serca, że ojciec chciał dobrze, bo kierowała nim miłość. Co najważniejsze, Manuilov potrafi się z nami swoimi uczuciami podzielić.

Paweł Łysak zrobił spektakl politycznie zaangażowany, zgodnie z ideą swojej dyrekcji – taki, który „się wtrąca”. Tym razem to „wtrącanie się” ma sens, bo poparte jest głębokimi emocjami, a jak wiadomo, tylko one mają jakąkolwiek siłę, żeby coś poruszyć, coś zmienić. Miejmy nadzieję, że nie tylko w teatrze…

Kategorie: , | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *