„Do/wód miłości” – „Turnus mija, a ja niczyja. Operetka sanatoryjna” w reż. Cezarego Tomaszewskiego w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie

zdj. Monika Stolarska

“Teatr jest najważniejszą rzeczą na świecie, gdyż tam pokazuje się ludziom, jakimi mogliby być, jakimi pragnęliby być, choć nie mają na to odwagi, i jakimi są”

Tove Janson “Lato muminków”

Do Sanatorium Uzdrowiskowego i Pijalni Wód im. prof. dr Józefa Dietla, w którą na czas przedstawienia zamienia się scena Małopolskiego Ogrodu Sztuki przybywają pełni życia i energiczni inwestorzy. Choć zostali tu zaproszeni w celach biznesowych – mają pozbyć się tu swoich bądź firmowych pieniędzy – cel ich pobytu wydaje się zgoła inny. Jeden z nich przytomnie zauważa, że „ciężko będzie ocenić sposób funkcjonowania Sanatorium bez obecności kuracjuszy”. Fakt! Pierwszą bowiem rzeczą, jaka uderza po wejściu do tego scenicznego sanatorium, jest brak pacjentów – prócz siostry Wandy (Katarzyna Zawiślak Dolny), prof. dr Józefa Dietla (Rafał Szumera) oraz grającej na pianinie siostry Weroniki od spraw rewitalizacji akustycznej krajobrazu (Weronika Krówka) nie ma tu nikogo. Nie wzbudza to jednak podejrzeń szacownych gości, którzy stopniowo ulegając magii miejsca, siostry Wandy oraz cudownego eliksiru miłości (pod postacią uzdrowiskowej wody), staną się za chwilę nie tylko pacjentami dr Dietla, czyli kuracjuszami owego Sanatorium, ale też uczestnikami jakiegoś metafizycznego show na kształt telewizyjnego „Sanatorium miłości”. Owo show przybierze postać obiecanej w tytule operetki. Zgodnie z konwencją to farsa okraszona piosenkami, z pewnym jednak zastrzeżeniem, ale o tym za chwilę. Zabieg transformacji bohaterów ma też w sensie teatralnym głęboki, ukryty sens – oto grupa ludzi przychodzi do sanatorium, żeby przyjrzeć się temu miejscu „z zewnątrz”, ocenić z boku jego potencjał i zdecydować, czy się z tym miejscem – w tym przypadku za pomocą pieniędzy – związać. Niepostrzeżenie, na skutek dziwnych zdarzeń, nie tylko się tej przestrzeni oddają, lecz stają się jej uczestnikami, bohaterami. Okazuje się, że kuracjusze, których rekonwalescencję mają tu podpatrywać, to oni sami. Bo tak naprawdę, proszę Państwa, owo sanatorium dr Dietla to po prostu teatr, a my, widzowie – to właśnie inwestorzy, chętnie jak widać przyjmujący na siebie rolę bohaterów, tym bardziej, że każdego z nas, jak się tak głębiej przyjrzeć, trawi jakaś choroba. Zwykłe uzdrowisko leczy jedynie zbolałe ciała, to sceniczne – zbolałą duszę.

Napisałem wcześniej, że owa przemiana inwestorów w kuracjuszy, czy raczej bohaterów operetki ma charakter metafizyczny. Kluczem wydaje się być tutaj historia Krakowa. Znajdujemy się bowiem w sanatorium im. prof. dr Józefa Dietla, który był lekarzem, profesorem UJ, jednym z najwybitniejszych XIX-wiecznych prezydentów Krakowa. Jego zasługi na polu medycyny uzdrowiskowej są niekwestionowane, przeprowadzając bowiem pierwszą klasyfikację polskich wód mineralnych i propagując uzdrowiska (Krynica, Szczawnica, Iwonicz, Muszyna), stworzył nową dziedzinę medycyny – balneologię. Supernowoczesne sanatorium sceniczne Cezarego Tomaszewskiego nie tylko nosi imię Józefa Dietla, ale jest miejscem, którym doktor wprost zarządza, czuwając osobiście nad rekonwalescencją kuracjuszy. Jest więc owego uzdrawiania krakowian (czy Polaków w ogóle) symbolem, a dzięki alchemii teatru staje się również lekarzem naszych dusz, podobnie jak przewodniczką w procesie ich leczenia będzie siostra Wanda (w Krakowie imię znaczące – nie chciała Niemca i rzuciła się do Wisły – czyli… wody). Zabieg ten rozszerza nam perspektywę scenicznych zdarzeń w bezczas, przez co opowieść Tomaszewskiego staje się uniwersalna i wieczna. Stąd jej metafizyczny charakter.

Wątek ten zostaje dodatkowo wzmocniony poprzez wybór dwóch odwiecznych, duchowych potęg natury, rządzących naszym życiem na dwie główne bohaterki operetki. Są nimi przyczyny wszystkich naszych szczęść i nieszczęść: miłość i śmierć. Jedna zostaje potraktowana przez Tomaszewskiego z ironią i humorem, druga – ze śmiertelną (!) powagą. Kuracjusze Sanatorium dr Dietla, przyjmując bowiem udział w operetkowym „sanatorium miłości”, szaleją z powodu romantycznych afektów, tym zaś, co napędza w nich tę dzikość i szaleństwo porywów serca jest… strach przed śmiercią. Wątki te są prowadzone znakomicie. Szereg klasycznych, znanych z anegdot scenek z życia sanatorium przeplatany jest – często nieudolnie, choć szczerze i całkiem na poważnie – śpiewanymi przez kuracjuszy utworami, zaczerpniętymi z historii muzyki. (Dodatkowym smaczkiem jest narracja dr Dietla, który opowiada nam ze swadą o swoich kuracjuszach, niczym Bogusław Kaczyński o bohaterach oper). Konwencja operetki zostaje więc zachowana, aczkolwiek pogłębiona. Farsowe bowiem sytuacje sceniczne zderzone zostają z utworami, które wnoszą w swej treści różne poważne tematy, na przykład: niezrealizowane marzenia, strach przed śmiercią, potrzebę miłości czy ból i cierpienie. Przykładem przejmująco wykonana przez siostrę Wandę ostatnia, przedśmiertna aria Violetty Valery, bohaterki „Traviaty” Verdiego – „Addio del passato”, zestawiona z ekscytacją kuracjuszy spowodowaną wieczornym dansingiem. Takie właśnie kontrapunktowanie sanatoryjnej farsy muzycznymi monologami udręczonych dusz sprawia, że spektakl Tomaszewskiego wychodzi daleko poza ramy zadeklarowanego w tytule gatunku, stając się głębokim traktatem o chorobach ludzkiej duszy i nieudanych próbach jej uzdrowienia. Nieudanych, gdyż śmierci pokonać się nie da. Co zatem pozostaje? „Wspólnota i teatr” – zdaje się odpowiadać Tomaszewski. Tylko bowiem na teatralnej scenie zdarza się tak, że źródełko, które przestało sączyć życiodajną wodę, na następnym spektaklu – podłączone do prądu – znowu zaczyna działać. Pokazanie zaś nam, widzom, na zasadzie lustra, że w gruncie rzeczy jesteśmy – z tą swoją obsesją śmierci, rozczulaniem się nad sobą, hipochondrią ciała i duszy oraz pogonią za doraźną (bo może ostatnią) przyjemnością –  tak samo operetkowi, jak kuracjusze dr Dietla pozwala choć na chwilę spojrzeć na siebie trzeźwo, obrócić się w kierunku swoich sąsiadów na widowni i poczuć kruchą, ale na pewno uczciwą i prawdziwą – wspólnotę. Tak, tacy jesteśmy. I zawsze tacy będziemy.

Spektakl jest zrobiony bardzo dobrze. Zapętlony narracyjnie i tematycznie tekst Igi Gancarczyk i Darii Kubisiak jest inteligentny i nieoczywisty, reżyseria zaś Cezarego Tomaszewskiego – to żadna niespodzianka – precyzyjna i pełna subtelności. Używając różnych sztuk, konwencji teatralnych czy gatunków, tworzy on swój specyficzny teatralny język. Eksplorując z kolei za jego pomocą rzeczywistość, odkrywa w zgranych już dawno tematach, utworach czy scenicznych rozwiązaniach coś nieoczywistego, coś kruchego, przejmującego, jakąś cząstkę prawdziwego teatru. Nie inaczej jest w przypadku „Turnusu” w Słowackim. Pokazując nam na przykładzie kuracjuszy alchemię teatru – mechanizm, za pomocą którego teatr wielu z nas, widzów łapie w swoją pułapkę, robi to w sposób tak delikatny i piękny, że wychodząc po spektaklu czujemy, że teatr jest nam potrzebny, niczym uzdrowiskowa woda dra Dietla. To i podobne temu uczucia to jest właśnie podstawa alfabetu Tomaszewskiego. Takiego alfabetu trzeba się nauczyć, ale gdy się już nauczymy, chcemy go ciągle używać. Aktorzy znakomici. Z dużą łatwością i lekkością przechodzą od postaci do postaci, bawiąc się zarówno swoimi, grubą kreską zarysowanymi bohaterami, jak i różnymi, użytymi w spektaklu konwencjami. Dobrze też odnajdują się w operetce, użytej tu jednak celowo w krzywym zwierciadle (Podkreślam to, żeby uprzedzić marudzenia tych, którzy niekoniecznie mając pojęcie o konwencjach teatralnych, sprawdzać będą w komentarzach do spektaklu zawartość operetki w operetce, jak to miało miejsce w Teatrze Narodowym przy okazji „Zemsty nietoperza” Zadary). Wracając do aktorów moje serce skradła, przeżywająca w Teatrze im. Słowackiego wyjątkowo dobrą passę Katarzyna Zawiślak Dolny. Po znakomitej kreacji w „Wojnie polsko-ruskiej” Pawła Świątka znów zachwyca swoim kunsztem, tworząc formalną, ekscentryczną acz do szpiku ludzką i pełną emocji postać siostry Wandy.

Tomaszewski zrobił kolejny znakomity spektakl. Pozornie kabaretowy i pozornie dla rozrywki, w gruncie rzeczy zaś poważny, przejmujący i melancholijny. Tych, którzy na spektaklu byli, chciałbym jako dziecko urodzone w uzdrowisku uświadomić, że zdrojowe wody, choć dobroczynne i lecznicze, ani dobrze nie smakują, ani ładnie nie pachną. Jeśliście więc, szanowni Państwo łatwo „Operetkę sanatoryjną” przełknęli, bardzo Wam smakowała i już o niej zapomnieliście, znaczyć to może jedno – jesteście po prostu zdrowi! Czego wszystkim nam, łącznie z twórcami życzę!