Przeciętność gorsza od faszyzmu – o „Mein Kampf” w reż. Jakuba Skrzywanka w Teatrze Powszechnym w Warszawie

zdj. Magda Hueckel

W jednej ze scen trzeciej części „Mein Kampf” Jakuba Skrzywanka Aleksandra Bożek siada na proscenium, otwiera trzymaną na kolanach wielką księgę (w domyśle – oryginał Hitlera) i wolno, z namaszczeniem, co jakiś czas patrząc na nas znacząco (żebyśmy przypadkiem niczego nie przeoczyli) czyta nam fragmenty hitlerowskiej prozy, dotyczące hodowli czystej rasy Niemców. Ilustrują to ubrani w hiperboliczne kostiumy nagich ludzi/małp aktorzy, dokonujący aktów kopulacji. Stylistycznie ich działania przypominają dziecięcą kreskówkę. Mamy więc poważny (12 milionów niemieckich czytelników i w efekcie ponad 40 milionów ofiar w samej Europie), choć podawany z dystansem tekst Hitlera oraz groteskową hiperbolę scenicznych działań Skrzywanka, będących ilustracją zawartych w nim idei. Na tym właściwie kończy się pomysł reżysera na spektakl: na zderzeniu niebezpiecznych słów z bezpiecznymi metaforami. Niestety, nic z tego zderzenia nie wynika, a to dlatego, że Skrzywanek, bojąc się, by żadna myśl Hitlera nie została czasem wzięta na poważnie (byłoby to wtedy zagrożone paragrafem „propagowanie faszyzmu”), każe się aktorom na każdym kroku dystansować od wypowiadanych słów. W ten sposób zetknięcie groźnego w skutkach bełkotu Hitlera z groteską scenicznych rozwiązań nie przynosi napięcia, lecz znużenie. Potęgowane przez fakt, że im bardziej reżyser stara się uatrakcyjnić grafomański tekst – przenosząc go w naszą rzeczywistość za pomocą mało komunikatywnych działań – tym bardziej tracimy z oczu jego treść. Co w takiej sytuacji zrobić, nie wiem, ale trzeba przyznać, że gdy Halina Rasiakówna po prostu czytała fragmenty tej książki w spektaklu „Moja walka” w reż. Michała Borczucha, pozbawione infantylnej ornamentyki robiły piorunujące wrażenie.

Scena z książką jest zresztą symptomatyczna dla tego spektaklu, pokazuje bowiem w warstwie symbolicznej, po co został on w ogóle zrobiony. Parafrazując tę niewyszukaną metaforę, można interpretować ją w następujący sposób: Skrzywanek z autorem adaptacji, Grzegorzem Niziołkiem oraz pozostałymi twórcami siedli na scenie Powszechnego, otworzyli książkę Hitlera i zaczęli czytać nam te fragmenty, które pasują do współczesnej rzeczywistości. Oczywiście wszystko to na serio, w poczuciu głębokiej troski o naszą społeczność, żeby nami, widzami Powszechnego, wstrząsnąć, żeby wskazać palcem: „Uwaga! Zło!”. Jakkolwiek uważam, że każda inicjatywa tego typu jest słuszna, w Polsce dzieje się bowiem bardzo źle, siedziałem na widowni zażenowany. Koncept na spektakl oraz „odkrycia” Skrzywanka, bardziej przystające licealistom, niż poważnym twórcom, nie dość, że do niczego nie prowadziły, to jeszcze nikomu nie były potrzebne. Widzowie Powszechnego są bowiem inteligentni (sami to widzą od dawna) i przekonani (podpisują się pod strategią tego Teatru i tam chodzą). Chyba, że dla pokrzepienia serc, zbolałych z braku możliwości realnych politycznych działań. Przewrotnym i brutalnym podsumowaniem “Mein Kampf” Skrzywanka było zdjęcie z niedzieli 31 marca, na którym faszyści przysięgali w Sali Kordeckiego na Jasnej Górze. Mówiło tysiąckroć więcej, niż artystowskie działania asystenta Oliviera Frijlicia. I to w sekundę, a nie w trzy nużące godziny.

Adaptacja Grzegorza Niziołka jest całkowicie pozbawiona dramaturgii. Z tego, co oglądamy na scenie, wynika, że jedynym zabiegiem adaptacyjnym tego wybitnego profesora i znawcy teatru jest wyjęcie z książki pasujących do naszej polskiej rzeczywistości fragmentów. Teoria to jednak nie praktyka. Skrzywanek, miast reżyserować, główkuje, czym by tu jeszcze zaszokować widza. “Mówienie dupą”, przemalowywanie twarzy Matki Boskiej Częstochowskiej na biało, czy czytanie wielkiej księgi na proscenium to pomysły nie tyle szokujące, co oklepane, a dla mnie wręcz infantylne. Widać, że młody reżyser szuka łatwego poklasku, obliczonego na aplauz akolitów i oddanej publiczności, wierzącej we wszystko, co się pojawi na scenie przy Zamojskiego. Podobnie zresztą jak w przypadku ostatniego spektaklu w Powszechnym, w którym wykorzystywał niepełnosprawnych aktorów do politycznych rozgrywek z pisowską władzą. Jeśli chodzi o aktorów, to na scenie istnieje tylko Klara Bielawka i Arkadiusz Brykalski. Bielawka zagrała jedyną wartościową w tym spektaklu scenę: zrzucanie jedzenia na talerz Mamadou Góo Bâ. Brykalski w scenie wagnerowskiej daje z siebie dwieście procent. Jest porywający w niełatwych hitlerowskich frazach. Sprawia, że przez chwilę chce się słuchać i oglądać. Niestety, aktor szybko kończy, a my wracamy do przeciętności. O reszcie aktorów żal wspominać, zwłaszcza patrząc na bezradność najmłodszych – Natalii Łągiewczyk i Oskara Stoczyńskiego – zmuszonych do mówienia dupami (sic!). Kurtyna.

Gdy usłyszałem o tym, że Powszechny chce robić tę książkę na scenie, pomyślałem (wbrew wielu krytycznym opiniom), że to znakomity pomysł. Po pierwsze, mam świadomość, jak dodają atrakcyjności czy to dziełom sztuki czy literackim koszmarkom wszelkie zakazy, po drugie, uważam, że lustro tej książki potrzebne jest naszemu społeczeństwu bardzo, patrząc chociażby na ostatni zwyrodniały wybryk katolickich księży, palących ze swoimi parafianami książki i symbole innych religii. Polskie społeczeństwo powinno się w owym zwierciadle przejrzeć i zobaczyć, jak blisko mu w jego nienawiści do tego, co głosił Hitler. Tym bardziej żałuję, że spektakl Skrzywanka się  nie udał. Znowu okazało się, że chęć wtrącania się i prezentowania w aureolach skandalistów zdominowała teatr i być może odkrycie, które w kontekście tego tekstu byłoby naprawdę cenne. Na przykład zbadanie, czym ta grafomańska książka tak urzekała i nadal urzeka miliony ludzi? Co im proponuje w zamian za zgodę na nienawiść i pogardę wobec inncyh. Tego wszystkiego w spektaklu niestety brak. Brak też dobrego teatru. Tego chyba najbardziej.

Kategorie: , | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *