Anioł Stróż z Salt Lake City – o “Aniołach w Ameryce” w reż. Małgorzaty Bogajewskiej w PWSFTviT w Łodzi

zdj. Grzegorz Gałasiński

Pełen tytuł dramatu Kushnera brzmi: „Anioły w Ameryce. Gejowska fantazja na narodowe motywy”. Dzieli się on na dwie części i przedstawia losy kilku nowojorskich gejów w epoce szalejącego, nieuleczalnego wtedy jeszcze AIDS, przypadającej na apogeum panowania ultraprawicowego prezydenta USA, Ronalda Regana. Napisana w 1995 roku sztuka jest odczytywana jako pełna ironii opowieść o demokracji, w której wyborcze wahadło przechyla się zbytnio w prawą stronę i zabójczych dla wszystkich tego faktu konsekwencjach. Myliłby się jednak ten, kto pomyślałby, że jest to „lewacka” agitka czy sztuka tylko polityczna. Kushner nie pozwala sobie na etykietki i proste oceny. Właściwie można by powiedzieć, że „Anioły w Ameryce”, to dramat o tym, że my, ludzie, swoje, a otaczający nas świat – swoje. Dostaje się tu oczywiście pełnym hipokryzji, skorumpowanym przedstawicielom prawicowej władzy, głoszącej na sztandarach moralność, która nie ma nic wspólnego z ich brutalnymi i bezwzględnymi poczynaniami wobec przeciwników politycznych (wszak „cel uświęca środki”). Dostaje się też homoseksualistom, którzy wydają się z kolei ofiarami nadmiernej dozy wolności, jaką niesie ze sobą wahadło przechylone zbytnio w lewo – ci działają na zasadzie ukrytego pod maskąwolności egoizmu i braku poszanowania wolności drugiego człowieka. Dostaje się w końcu tym najbardziej biernym, żyjącym złudzeniami gdzieś w prowincjonalnym Salt Lake City i broniącym się przed światem, który i tam zawita, żeby dać brutalną lekcję prawdziwego życia. Oczywiście wątków i tematów jest w sztuce Kushnera więcej (rasizm, seksizm itd.) zgodnie zresztą z zawartymi w tytule „narodowymi motywami”. Nie można zapomnieć, że sztuka Kushnera jest również dramatem milenijnym, skupiającym wszystkie apokaliptyczne lęki przed zbliżającym się przełomem tysiącleci. Ich wyrazem jest koncepcja powracających na ziemię Aniołów, które wybierają sobie jednego z bohaterów na mającego głosić ich przybycie proroka. Kushner jednak i tym wątkiem wydaje się nas zwodzić: wszak nie wiadomo, czy cała ta „ciotometafizyka”, nie jest tylko kolejnym urojeniem zbolałego fizycznie i psychicznie człowieka na łożu śmierci.

Najbardziej znana na świecie adaptacja „Aniołów w Ameryce” to oczywiście ta serialowa, wyreżyserowana przez Mike’a Nicolsa, ze scenariuszem autora, w której znakomite kreacje stworzyli m.in. Meryl Streep, Al Pacino czy Emma Thompson. W Polsce po „Anioły” sięgnął w 2007 roku Krzysztof Warlikowski, reżyserując jedno z najbardziej wstrząsających przedstawień dekady, ze znakomitymi Andrzejem Chyrą, Mają Ostaszewską, Mają Komorowską, Danutą Stenką, Maciejem Stuhrem czy Jackiem Poniedziałkiem. Co ciekawe, premiera spektaklu przypadła na apogeum rządów polskiej ultraprawicy i w jakiś sposób (a może mi się tylko wydaje) przewidziała jej upadek. Nie powinno więc nikogo dziwić, że sztuka Kushnera wraca dziś na afisz. W Polsce znów rządzą „republikanie”, wahadło ponownie przechyliło się „nieco zbyt” na prawo, powstał więc niezwykle żyzny grunt, żeby wyhodować na nim kolejną adaptację „Aniołów”. I taka właśnie miała swoją premierę w Łodzi, w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej, jako dyplom studentów IV roku Wydziału Aktorskiego, a wyreżyserowała ją znakomita reżyserka, Małgorzata Bogajewska. Czyżby znaczyło to, że jesteśmy właśnie w apogeum rządów „dobrej” zmiany? Czas pokaże.

Bogajewska – chwała jej za to – na szczęście nikogo nie chciała doścignąć, ani Nicholsa, ani Warlikowskiego. Ograniczyła swój spektakl tylko do pierwszej części, która kończy się, odpowiednio do wątków – atakiem choroby Roya Cohna, przybyciem do Nowego Jorku Matki Joego, jego pierwszym pocałunkiem z Louisem, zniknięciem Harper oraz spotkaniem Louisa z Priorem w parku. Ma to nieoczekiwane konsekwencje. Jako że anioły nawiedzają Nowy York głównie w II części, nieoczekiwanie aniołem staje się u Bogajewskiej przybywająca z prowincjonalnego Salt Lake City na ratunek synowi mormońska (a więc bardzo wierząca) Matka Joego. Patrząc na jej reakcję na coming out syna, rozterki związane z faktem, iż całe życie się w jakiś sposób oszukiwała, w końcu – decyzję o sprzedaniu domu i wyjazdu do Nowego Jorku, żeby pomóc swojemu dziecku, nie sposób doznać głębokiego wzruszenia. Także tu dogoniła nas ironia Kusnhera – innego anioła nie będzie. Anioł u Bogajewskiej jest może prowincjonalny, zaborczy, nie rozumie współczesnego świata i żyje według zasady „co ludzie powiedzą”, ale to jedyny z aniołów, który – słysząc nasze wołanie o pomoc – rzuci wszystko, żeby nas ratować. To niezwykle prosta, acz poruszająca konkluzja spektaklu Bogajewskiej.

Spektakl odbywa się w surowej przestrzeni, miejsca dramatu zarysowane są kilkoma rekwizytami, światłem i ciekawie zaaranżowaną przestrzenią Teatru Studyjnego. Bogajewska prowadzi sceniczną narrację prosto, delikatnie „zakładając” jedną scenę na drugą. Trzonem jednak spektaklu jest znakomite aktorstwo. Jako że spektakl jest dyplomem, wydaje się to najlepszą z możliwych strategii. Młodzi adepci aktorstwa mieli więc okazję stworzyć swoje role od podstaw, zmierzyć się w realistycznej konwencji ze żmudną sztuką odnajdywania w sobie postaci. Jedni, jak na przykład Mateusz Grodecki (Louis) czy Paweł Głowaty (Roy Cohn) musieli ich bronić, inni – Kamil Rodek (Joe) czy Robert Ratuszny (Prior) – zdzierać z nich lukrowaną dobroć. Efekt znakomity! Młodzi aktorzy tworzą postaci niejednoznaczne i prawdziwe, takie, w których widać ekspozycję, przemianę bohatera i jej konsekwencje. Najtrudniejsze zadanie miał Paweł Głowaty: musiał stworzyć postać dużo starszego od siebie mężczyzny, człowieka do szpiku kości zepsutego, niezwykle doświadczonego życiem, mierzącego się przy tym ze swoimi demonami, a także z nadchodzącą śmiercią. Młody aktor nie miał własnych doświadczeń – nic w tym dziwnego –  z których mógł tu skorzystać (może i dobrze!), wybrał więc z wraz z reżyserką drogę roli charakterystycznej, zbudowanej za pomocą środków formalnych, takich jak głos, intonacja czy sposób poruszania się. Nie był do końca wiarygodny (nie mógł zresztą być), ale trudno mu odmówić żelaznej konsekwencji i stuprocentowego oddania. Świetne były też w epizodach – Ksenia Tchórzko jako Rabbi oraz Ethel Rosenberg i Izabela Dudziak jako Bezdomna.

Absolutnym objawieniem wieczoru była jednak Elżbieta Zajko w roli Harper, uzależnionej od walium i swojego, niezbyt szczęśliwego z nią, homoseksualnego męża. Nieco podobna do Barbary Streisand (brawa za świadomą grę ze swoim wizerunkiem – „Woman in love”) aktorka wykazała się nieprawdopodobną (jak na świeżo upieczoną absolwentkę aktorstwa) umiejętnością żonglowania kilkoma narracjami (osoby naćpanej walium, żyjącej we własnej rzeczywistości i mierzącej się realnie ze swoim dramatem). Nie dość, że żongluje nimi jak chce, to potrafi jeszcze płynnie przechodzić od jednej do drugiej, korzystając z całego arsenału aktorskich środków: łez, śmiechu, ironii, delikatności, rozpaczy. Do tego nie ma miejsc, w których pudłuje! Trafia w tony emocji, niczym Rafael Nadal pod linię ziemnego kortu, z precyzją i finezją. Efektem jest wstrząsająca kreacja, jedna z najlepszych, jakie ostatnio widziałem. Zapamiętajcie jej nazwisko! Wróci do Was, jak bumerang.

Bogajewska zrobiła przede wszystkim dobry spektakl. Ale i dobry dyplom (nie zawsze te dwie kategorie się ze sobą pokrywają)! Może dlatego, że zamiast realizować własne ambicje, oddała pole młodym aktorom, zmuszając ich (i siebie) do ciężkiej i żmudnej pracy. Efekt jest bardzo dobry. I nieważne, czy odczytacie go sobie politycznie czy osobiście, ważne, że dla tych kilku młodych ludzi, wchodzących w życie, teatralny anioł pojawił się naprawdę, nie tylko w ich marzeniach.