Na własne kopyto – „Czyż nie dobija się koni?” Horace’a McCoya w reż. Magdy Piekorz w Teatrze im. Mickiewicza w Częstochowie

zdj. Piotr Dłubak

Tytuły rozdziałów książki Horace’a McCoya układają się w następującą sentencję prawniczą sędziowskiego wyroku (tłum. Zofia Zinserling): „Niech oskarżony wstanie. Czy istnieje jakakolwiek podstawa prawna, by wstrzymać ogłoszenie wyroku? Skoro nie istnieje żadna podstawa prawna, by wstrzymać ogłoszenie wyroku, orzeczenie i wyrok tego sądu brzmi, że za zbrodnię zabójstwa pierwszego stopnia, za którą zostałeś skazany wyrokiem sądu przysięgłych, przewidującym najwyższy wymiar kary, ty, Robercie Syverten, będziesz wydany przez szeryfa okręgu Los Angeles dyrektorowi więzienia stanowego, iżby rzeczony dyrektor więzienia wykonał wyrok i pozbawił cię życia w 19 dniu września, roku pańskiego 1935, w sposób przewidziany przez ustawodawstwo stanu Kalifornia i niech Bóg się nad tobą zmiłuje”. Treścią zaś owych trzynastu rozdziałów jest opowieść skazańca o wydarzeniach, które go do tego miejsca doprowadziły. Od momentu poznania przez Syvertena młodej dziewczyny, Glorii, poprzez ich udział w morderczym tanecznym maratonie, aż po finałowy strzał, będący bezpośrednią przyczyną tak surowego dla Roberta wyroku. Książka McCoya napisana w 1935 roku, tuż po zakończeniu wielkiego kryzysu, była jednym wielkim wołaniem o godność tych, którzy w wyniku tragicznej sytuacji gospodarczej stracili wszystko. A było takich ludzi całe mnóstwo. Pełno też było ludzkich „hien”, które rozpacz i desperację bankrutów wykorzystywały do robienia interesów. W taki sposób narodziła się moda na maratony tańca, w których można było wygrać – relatywnie dla uczestników wielkie – pieniądze, oczywiście za cenę nadludzkiego wysiłku i wyrzeczeń oraz pomimo nikłych, kilkuprocentowych zaledwie szans na zwycięstwo. Tragiczna sytuacja ekonomiczna sprawiała, że chętnych nie brakowało, a interes – głównie dzięki sponsorom oraz zainteresowaniu spragnionej rozrywki gawiedzi – kręcił się wyśmienicie, bo – jak mówi jeden z organizatorów konkursu w powieści McCoya: „Dla was najważniejszy jest konkurs, ale nie dla nich. (…) Nie obchodzi ich, kto wygra! (…) Chcą tylko popatrzeć na cudzą nędzę, aby samemu poczuć się trochę lepiej. I mają do tego prawo!”. Książka McCoya odniosła sukces dopiero wtedy, gdy zauważyli ją europejscy egzystencjaliści, widząc w historii Roberta i Glorii nie tyle krytykę kapitalizmu, ile matrycę ludzkiego losu, który – od narodzin naznaczony wyrokiem – jawić się może jako pasmo naznaczonych cierpieniem i bólem zdarzeń. Jedynym zaś wyłaniającym się z tej mozaiki przypadków sensem wydaje się utrata złudzeń i akceptacja wyroków przeznaczenia. Motyw procesu głównego bohatera stawia nas, czytelników, w roli ławy przysięgłych, którzy na podstawie opowieści głównego bohatera mają orzec sami przed sobą, czy jest on bezsprzecznie winny i czy naprawdę zasługuje na karę śmierci, którą zgodnie z prawem otrzymał.

Jeszcze większą sławę przyniosła książce McCoya hollywoodzka ekranizacja w reżyserii Sydneya Pollacka z Jane Fondą w roli Glorii. Film otrzymał osiem nominacji do Oscara, z których jedna zamieniła się w nagrodę (Gig Young za rolę Rocky’ego). Pollack ze swoimi scenarzystami zrezygnował z sądu. W kilku dosłownie ujęciach widzimy aresztowanie Roberta przez policję, jego transport na komisariat i rozmowę z adwokatem. Jak wiadomo, amerykańska sala sądowa to wielki teatr, często niemający nic wspólnego z prawdą. Historię zaś, którą przestępca opowiada adwokatowi uważa się za tę właściwą (przynajmniej z zasady ma być ona prawdziwą wersją wydarzeń). W krótkiej scenie rozmowy Roberta z adwokatem widzimy jedynie odbicie prawnika w szybie. Że to obrońca – wiadomo, gdyż na szybie jest napisane: „tylko dla adwokatów”. Ujęcie to, a także rezygnacja z sądowego charakteru narracji opowieści ma też kolosalne znaczenie dla roli, jaka przeznaczył Pollack nam, widzom swojego filmu. Nie jesteśmy już ławnikami, orzekającymi o winie, lecz obrońcami, którym przychodzi wysłuchać opowieści aresztowanego i w swoim sumieniu znaleźć argumenty na obronę Roberta, który tłumaczy się w finale (książki oraz filmu), że jego zbrodnia była po prostu aktem miłosierdzia. W wersji filmowej pojawiły się też nowe wątki i bohaterowie – epizodycznego kapitana „Królowej Pacyfiku” zastąpił marynarz Harry Kline, pojawiła się też, jawnie zapożyczona z „Tramwaju zwanego pożądaniem”, postać angielskiej aktorki Alicii LeBlanc. Wycięto aferę z przestępcą Mariem, finałową zaś strzelaninę, zakończoną śmiercią Pani Layden, zamieniono na śmierć Harry’go Kline’a w czasie gonitwy.

Autor adaptacji, Krzysztof Knurek oraz reżyserka, Magda Piekorz, poszli zupełnie inną drogą. Wycięli wątek sądowy w ogóle. W ich spektaklu opowieść bohatera po prostu się na naszych oczach odbywa, co nie znaczy, że nie jesteśmy jej częścią. Gramy rolę publiczności maratonu – na spektaklu premierowym widownia odnalazła się w niej dość szybko i pozwoliła się sprawnie manipulować grającemu Rocky’ego Adamowi Hutyrze. Świetnie zagrała swoją rolę nieczułego, pozbawionego empatii społeczeństwa, które w znakomitej większości bije brawo, oglądając spektakl poniżenia najbiedniejszych. Dobrze to wprawdzie o nas świadczy, jako o aktorach spektaklu Piekorz, ale jako o ludziach – niekoniecznie. Knurek i Piekorz, opowiadając historię Roberta i Glorii, nie kombinują: przenoszą akcję w lata 30-te, zgodnie z treścią powieści McCoya, przebieg fabuły bliższy jest jednak scenariuszowi filmu Pollacka. Knurek zmienia niektóre pomysły, wracając do fabuły książki, lecz często nie jest to dobra droga. Przykładem rezygnacja z motywu rozstania się w finale konkursu Roberta i Glorii na skutek „przygody” chłopaka z aktorką Alicją. W książce nic takiego się nie dzieje, „przygoda” ma wprawdzie miejsce, ale z prostytutką Rosemary. W filmie Pollacka „przygoda” z kolei jest dowodem „zdrady” Roberta wobec Glorii, a więc kolejnego kamyczka do ogródka jej nieszczęść. Porzucenie Roberta z powodu tego incydentu prowadzi do sekwencji tańca Glorii z marynarzem, który umiera wkrótce na jej barkach. „Dotyk śmierci” (pamiętna scena szorowania się Alicii) i jego świadomość pracowały znowu silniej na postać Glorii i jej drogę ku upadkowi. W spektaklu Piekorz mamy „przygodę” z Rosemary, mamy rozmowę o niej Roberta z Glorią (nic z niej nie wynika), jest śmierć marynarza (ale jako partnera Lucy), ale wydarzenia te się ze sobą nie łączą. Może dlatego do dzisiaj nie mogę zrozumieć finałowej decyzji Glorii.  

Mamy więc na scenie klasyczną inscenizację opowieści. Dla mnie to zdecydowanie za mało. Mam wrażenie, że można było wycisnąć z tej fabuły znacznie więcej, tym bardziej, że historia ta średnio pasuje do naszych czasów. Mamy w Polsce świetną koniunkturę gospodarczą, najniższe bezrobocie, a więc sytuacja wyjściowa historii jest zupełnie inna, w telewizjach królują talent show (na nie powoływali się twórcy), ale ludzie, niekoniecznie biedni, idą tam zupełnie z innych powodów – w pogoni za sławą, nie za chlebem. Jedno się niestety nie zmieniło: „chcą patrzeć na cudzą nędzę, aby samemu poczuć się trochę lepiej”. To nic złego, że Magda Piekorz i Krzysztof Knurek postanowili opowiedzieć historię z powieści McCoya, żal jednak, że na tym poprzestali, bo uważna „lektura” dzisiejszej rzeczywistości dawała dużo większe możliwości opowiedzenia na przykład o mieszkańcach zapomnianej nieco i niesłusznie kojarzonej tylko z pielgrzymkami Częstochowy oraz ich problemach, a przez to – o współczesnej Polsce. A potencjał jest tu ogromny i wynika bezpośrednio z kluczowego pomysłu reżyserskiego: obsadzenia nas w roli publiczności. Niestety, siedząc na widowni z uwagą śledzimy „piękną i uniwersalną historię o dwojgu zagubionych młodych ludziach w brutalnym świecie”, zamiast przyglądać się sobie. Spektakl Piekorz może uwieść prostotą i formą przekazu, ale w dzisiejszym brutalnym świecie nie ma szans wstrząsnąć widzem i choć na chwilę pozbawić go dobrego samopoczucia.  Za dobrze się to ogląda – to mój największy zarzut. 

Magda Piekorz nie od dziś umie reżyserować aktorów oraz sceny zbiorowe – i to na częstochowskiej scenie widać. Zarówno świetni aktorzy, jak i ci przeciętni grają ofiarnie w jednej drużynie i ta właśnie silna „zespołowość” jest największym atutem spektaklu. Oczywiście prócz choreografii Jakuba Lewandowskiego, który naprawdę się napracował – w końcu to spektakl o tańcu – a efekt tego jest znakomity. Ten wybitny śląski choreograf nie ustrzegł się jednak niekonsekwencji: drugi akt zaczyna się sceną, w której bohaterowie wyglądają i ruszają się jak zombie, scena się jednak kończy, a oni znów są w dobrej dyspozycji i tak do końca! Warto konsekwentnie stopniować zmęczenie w ruchu, szczególnie w tym spektaklu, bo ma to kluczowe znaczenie dla dramaturgii. Ta ostatnia to zresztą najsłabsze ogniwo częstochowskiego przedstawienia. Od początku do końca spektaklu śledzimy losy wszystkich głównych par, pozostaje więc wrażenie, że z tego konkursu nikt nie odpada. W książce maraton zaczynały 144 pary, w spektaklu – około dziesięciu. Po kilkudziesięciu minutach na scenie wciąż jest pełno ludzi. W filmie pokazać to łatwiej, w teatrze dużo trudniej. Każde mordercze „derby” liczy – na oko – tyle samo ludzi, dramaturgia konkursu kuleje, bo z perspektywy widowni niewiele się zmienia. Nieczytelny kompletnie pozostaje też motyw zegara. Konia (!) z rzędem temu, kto mi wytłumaczy, dlaczego on najpierw stoi, potem się rusza i świeci w czasie „derby”. Wypadałoby przemyślenie tego motywu – za jego pomocą też można coś o tym świecie powiedzieć. Na największe pochwały, prócz Lewandowskiego, zasługuje znakomity Zespół Five O’Clock Orchestra, grający muzykę na żywo.

Najciekawszą postać wieczoru tworzy wspomniany już Adam Hutyra w roli konferansjera i organizatora maratonu, Rocky’ego; używając żargonu aktorskiego można rzec, że „ciągnie spektakl” na swoich barkach. Ma charyzmę, trafia w rytmy, swoją osobowością zagarnia scenę. Robert Adama Machalicy ma wrażliwość i pewien rodzaj zagubienia, potrzebny do tej roli, aczkolwiek brakuje mi u niego jakiegoś momentu, który by niepokoił – wszak zdolność do finałowego czynu musi w nim tkwić; brak jakiegoś złamania w tej roli. Hanna Zbyryt walczy z kolei o swoją Glorię jak lwica, aczkolwiek ostateczny rezultat jest mało przekonujący. Moim zdaniem to kwestia wyboru scenicznych zdarzeń z jej udziałem, nie widzę na razie na scenie powodów do tak drastycznych decyzji, jakie stają się udziałem jej bohaterki. Zbyryt brawurowo radzi sobie z zadaniami, które przed nią postawiono, ale w kluczową dla spektaklu rolę to się nie układa. Reszta zespołu, jak już wspominałem, świetnie razem współpracuje i gra do jednaj bramki, co dobrze wróży na przyszłość.

Magda Piekorz wróciła do świata po chorobie i wyreżyserowała pierwszy spektakl swojej artystycznej dyrekcji w częstochowskim teatrze. Jak przystało na dobrą gospodynię, zaprzęgła do pracy wszystkie „konie” i ostro ruszyła z kopyta. Konie są zachwycone, widzowie też, widząc, że nikogo nie trzeba po spektaklu dobijać. A że „na Służewiec” daleko? Cóż, ci ze Służewca marzą pewnie o Pardubicach, bo zawsze może być lepiej – czego wszystkim z serca życzę!