Złote Truskawy 2018

autor: Konick

Drodzy Czytelnicy, w związku z pomyślnym zakończeniem roku 2018 nadszedł czas na przyznanie dorocznych antynagród. Jednym kryterium kwalifikacji jest tu fakt obejrzenia spektaklu w roku 2018 przez jednoosobowe i całkowicie subiektywne jury. A było w czym wybierać, gdyż obejrzałem w 2018 prawie 200 spektakli. Kolejność prezentowania nominacji jest przypadkowa.

Miałem tu, jak co roku, zapewniać Was, że to tylko zabawa i żebyście się tymi (anty)nagrodami nie przejmowali. Doświadczenia poprzednich lat (oraz znajomość natury ludzkiej) wykazują, że lepiej będzie zachować te uwagi dla siebie.  Bez zbędnych ceregieli przejdźmy zatem do tego, na co wszyscy czekają. Oto…

ADAPTACJA TEATRALNA/TEKST NAPISANY NA SCENĘ

Nominacje:

Dariusz Kortko, Artur Pałyga, Marcin Pietraszewski „Himalaje”, reż. Robert Talarczyk, Teatr Śląski w Katowicach. Pomysł był znakomity! Kukuczka spada w przepaść i przez kilka sekund ogląda swoje życie, trafiając na jakiś rodzaj „sądu ostatecznego”, który wygląda jak bal mistrzów sportu. Są na nim jego krewni, przyjaciele, wrogowie, wreszcie sama góra Lhotse. Na tym plusy adaptacji się kończą. Bo napisane jest to tak źle, że od skumulowania grafomanii uszy bolą, bardziej niż od nieustannej muzyki Miuosha. Najgorzej ma znakomita aktorka TŚ, Grażyna Bułka, grająca górę Lhotse. Stek górnolotnych bzdur w stylu „góry są niepojęte”, a „pustka” obowiązkowo „nieskończona” jest niestety materią, spod której musi się, jako szacowna góra, co wieczór wydobywać ponad poziom morza. Dobrze, że Lhotse ma ponad 8 tysięcy metrów wysokości, nie tak łatwo ją pokonać. Wieści są dobre, Paulo Coelho już ponoć zaskarżył polskich dramaturgów do Strasburga, za to, że mu odbierają chleb. Na wyrok w tej sprawie z pewnością czeka niecierpliwie niejeden polski teatr.

Żelisław Żelisławski, „Idiota”, reż. Szymon Kaczmarek, Teatr im. Siemaszkowej w Rzeszowie Nominacja należy się za prawie całą adaptację, ale w uzasadnieniu wystarczy tylko pomysł na moją ulubioną scenę, w której Nastasja Filipowna przybywa do domu Gawriły, żeby prosić go wraz z rodziną na swoje urodziny. U Dostojewskiego Nastasja, kobieta uznawana powszechnie za upadłą, przychodzi prosić na urodziny najbliższych Gańki – jego matkę i siostrę Warwarę, która, uważając wizytę Nastasji za hańbiącą dla ich domu, wykrzykuje słowa: czy ktoś wreszcie wyprowadzi stąd tę ladacznicę? Powoduje to lawinę zdarzeń, zakończoną siarczystym policzkiem, wymierzonym księciu Myszkinowi przez Ganię. Żelisławski wyciął rodzinę Gawriły, w związku z tym Nastasja nie ma kogo zaprosić, w domu Iwołginów są bowiem tylko nieznany jej książę Myszkin oraz Gania, który i tak był pewnym gościem na jej urodzinach. Zasadnym staje się więc od razu pytanie: po co w ogóle Nastasja tam poszła? Kto by się jednak przejmował takimi bzdurami, dramaturg z reżyserem brną więc dalej w ten już i tak wyjątkowo grząski teren. I nagle dramat! Trzeba powiedzieć słynną kwestię Warwary o ladacznicy, ale przecież Gania nie ma matki i siostry! Co robić?! Po chwili – eureka! Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale kwestię Warwary wypowie… jedna z ladacznic, przyprowadzona przez Rogożyna (nie, nie; Dostojewski na to nie wpadł, że Rogożyn, idąc po miłość swojego życia, może zabrać ze sobą dwie dziwki). I po sprawie. Śpieszę donieść, że wszystko wyszło fałszywie. Bo, jak głosi mądrość ludowa: „winda windzie sznura nie urwie”, czy jakoś tak.

Michał Pabian, „Warto było”, reż. Cezi Studniak, AT w Warszawie, Teatr im. Solskiego w Tarnowie. Michał Pabian spędził kilka tygodni w bibliotece i przeczytawszy wszystko, co tam było o niepodległości, postanowił się tym pochwalić. Opakował to w mało finezyjną historyjkę o organizowaniu święta niepodległości przez dwa, skłócone ze sobą, plemiona. Stwierdził chyba jednak, że to za mało i postanowił – niczym Wyspiański – „zadusić” scenę duchami postaci z 1918. Zapomniał jednak o tym, by nam je przedstawić i w efekcie cała ta koronkowa, niepodległościowa robota zamienia się w dwugodzinny bełkot. Publiczność była mniej wyrozumiała, niż ja. Masowo opuściła widownię już po półtorej godziny, gdy beznoga bohaterka zaczęła śpiewać (tak, tam jeszcze ciągle się śpiewa) hit wieczoru: wodewilową piosenkę z refrenem „nie mam nóg, nie mam nóg”. Termometr krytyczny pękł wtedy z hukiem, a rtęć żenady rozlała się po widowni. Pojawiła się też pierwszy i ostatni raz w tym spektaklu ironia – w momencie, gdy przypomniałem sobie jego tytuł. I tylko studentów żal.

Artur Pałyga, “Mistrz i Małgorzata”, reż. Paweł Passini, Teatr Ludowy w Krakowie. Jeśli nie ma się kompletnie pomysłu na adaptację, to się robi spektakl o problemach z adaptacją. Artur Pałyga idzie w tym myśleniu o milowy krok w historii dramaturgii dalej. Sadza się oto (pod postacią scenicznej postaci) na scenie i każe wadzić się samemu sobie ze sobą i Bułhakowem. Żeby ten z kolei za bardzo mu nie przeszkadzał, przebiera go od razu za Wolanda i każe grać na scenie. W związku z tym może już bezkarnie snuć rozterki dotyczące własnego, ciężkiego, pisarskiego życia. Przeszkadza mu w tym od czasu do czasu reżyser, Paweł Passini, konstruuje bowiem sceny tak, że nie sposób się domyślić, o co w nich chodzi (i to nawet przy bardzo dobrej znajomości powieści). Widz siedzi zatem i “kmini”, zamiast słuchać “mistrza” Pałygi (bo ten powieściowy w spektaklu to zaledwie epizodysta). Rozterki twórców mają też efekt uboczny: z pełnej humoru powieści zrobili elegię na odejście. Wiem, werbel, werbel… nic pięknego, jak pisał Herbert.

ZŁOTA TRUSKAWA dla Michała Pabiana

SCENOGRAFIA

Nominacje:

Władimir Kowalczuk, „Masara”, reż. Stanisław Mojsiejew, NST w Krakowie. Scenografia ani ładna, ani funkcjonalna. Po prostu ilustracyjna, na nominację zaś zasłużyła głównie na skutek żenującej sceny, w której do scenicznego domu wpada przywiązany do fotela lotniczego trup (manekin), ofiara katastrofy dopiero co zestrzelonego przez „zielonych ludzików” holenderskiego samolotu. Taki realizm na serio! Nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać.

Natalia Kornecka, „Tancerz Mecenasa Kraykowskiego”, reż. Jacek Bunsh, Teatr Lubuski w Zielonej Górze. Scenografia, za którą nikt nie będzie tęsknił. Kilka zastawek, stolik i krzesła. Kostiumy eksponujące przedmiotową rolę kobiet, do tego szkolne, oparte na stereotypie wizualizacje. Najsmutniejsze, że scenografia ta oraz kostiumy nic nie budują, niczego do świata gombrowiczowskiego opowiadania nie wnoszą, podobnie zresztą, jak cały spektakl. Ot, taka sobie inscenizacja z ambicjami.

Katarzyna Borkowska, „Ferdydurke”, reż. Magda Miklasz, Teatr Dramatyczny w Warszawie oraz  „Himalaje” reż. Robert Talarczyk, Teatr Śląski w Katowicach. Spektakl „Ferdydurke” trwa trzy godziny i jest o trzy godziny za długi. Na scenie jest chyba wszystko, co mieli w magazynie Dramatycznego (np. ławki z „Naszej klasy”) plus manekiny z wyprzedaży. Do tego wielka ilość jakiejś zastygłej substancji i babcina koronkowa serweta. W nic się to nie układa, bo reżyserka zdaje się tego burdelu scenicznego w ogóle nie dostrzegać. No, może poza kołdrami czy pierzynami, w które Józio Waldemara Barwińskiego się na początku malowniczo okręca oraz ławkami, które jak wiadomo musi, bo dyrektorskie. W dyrektorskich z kolei „Himalajach” Borkowska, koncentrując się tylko na swoich – pięknych skądinąd – górach i odpowiednim ich oświetleniu, zarzyna bardzo dobrą rolę Chojnackiego (Kukuczka) i w konsekwencji cały spektakl. Wybitna scenografka – podobnie zresztą jak w „Księgach jakubowych” Marciniak w Teatrze Powszechnym – zapomniała, że w teatrze są jeszcze aktorzy i że mają coś do powiedzenia. I dobrze by było, żeby ich było wtedy widać. Miejsce instalacji – choćby nawet nie wiem jak dobrych – jest w galerii sztuki. Efektem działań Borkowskiej w Katowicach jest „zniknięcie” głównego bohatera, bo w wykreowanym przez nią świecie Kukuczka niby jest, ale właściwie go nie ma. Byle Himalaje się zgadzały. W końcu to one są tytułowymi bohaterkami. Himalaje absurdu!

Jonas Staal, “Bachantki”, reż. Maja Kleczewska, Teatr Powszechny w Warszawie. Maja Kleczewska w Teatrze Powszechnym postanowiła za pomocą polityki rozjechać “Bachantki” Eurypidesa niczym ciasto wałkiem. Efekt jest całkiem podobny, spektakl ciągnie się w nieskończoność i na razie jest niestrawny. Pomysłu na to, że tytułowe Bachantki to kobiety walczące z dzisiejszą władzą, starcza na dwadzieścia minut. Politycznie słuszna, bezprecedensowa volta w finale rozbija jakąkolwiek – o ile jakaś istniała – dramaturgię opowieści czy spektaklu. Przepychanki i chaos na widowni nie pozwalają na zebranie elementów spektaklu w całość. Ze scenografią jest podobnie: rodzaj polskiej agory czy sali sejmowej wyczerpuje swoją wieloznaczność w kilka minut. Potam staje się symbolem koncepcji Kleczewskiej, którą można nazwać więzieniem doraźności i upolitycznienia. Cała metafizyka tragedii ginie w drewnianej auli, nad którą powiewa polska flaga, jakbyśmy nie wiedzieli, że Powszechny jest w Polsce.

Paweł Dobrzycki, “Gra w życie”, reż. Aleksander Kaniowski, Teatr Ateneum w Warszawie. Znakomity scenograf (na uwagę zasługuje choćby jego praca w “Deprawatorze” Wojtyszki) odwala chałturę: kilka białych, jeżdżących na kółkach ścian z otworami, koniecznie takich, po których można pisać, kilka rekwizytów – i to wszystko. Zupełnie nie pasuje to do koncepcji spektaklu, ale w sumie nie może, bo jej nie ma. Jedynym sensownym fragmentem spektaklu jest motto z Czechowa, ale i ono, zapisane na przeciętnej ściance, traci swój blask i wartość. 

ZŁOTA TRUSKAWA dla Katarzyny Borkowskiej

REŻYSERIA

Nominacje:

Wawrzyniec Kostrzewski, „Marat/Sade”, Akademia Teatralna w Warszawie. Reżyser tego dyplomu najwyraźniej nie przeczytał tekstu Weissa. Krystian Lupa kiedyś tłumaczył, że w dramacie Weissa mamy do zbudowania przynajmniej dwie role: najpierw trzeba zbudować postaci pensjonariuszy Coulmiera, a potem na ich bazie postaci, które odgrywają oni w spektaklu Sade’a, czyli Marata czy Karolinę Corday. Zadanie dla studentów Akademii Teatralnej niezwykle trudne, gdyż muszą oni jeszcze gdzieś w spektaklu zaprezentować swoje możliwości, wszak to jest ich dyplom. Kostrzewski podszedł do tego dramatu z zadziwiającą nonszalancją, świat pensjonariuszy autorytarnie rządzonego przez Coulmiera szpitala dla obłąkanych praktycznie nie istnieje, mamy za to historyjkę Marata, okraszoną piosenkami. Rzeczywiście: musical – to niewątpliwie było jeszcze potrzebne Weissowi! Może najpierw dobrze by było przeczytać dramat ze zrozumieniem, przebrnąć przez kilka opracowań, wymyślić, po co się go robi i co chce za jego pomocą powiedzieć i dopiero wtedy się zabierać? Pamiętając przy tym o ofiarnie wykonujących te wszystkie „znakomite” pomysły reżysera studentach. Żal było na nich patrzeć. Kolejne ofiary reżyserskiego „me too” w polskim teatrze. 

Małgorzata Wdowik, „Strach”, TR Warszawa. Przeczytałem gdzieś, że Robert Bolesto triumfalnie wrócił do polskiego teatru. O, tak! Na długo zapamiętam ten tekst, który jest o niczym i niczego po sobie nie pozostawia. No, może poza wściekłością, że straciłem kilkadziesiąt minut cennego czasu na jakieś banały. Zresztą, jeśli chce się opowiadać o lękach, to chyba warto byłoby je u widzów wywołać, a nie o nich opowiadać. To jest istotą teatru! W kwestii reżyserii nie ma w sumie o czym mówić, jej tam po prostu nie ma. Aktorzy się snują i turlają, nic z tego nie wynika. Dramaturgii nie ma żadnej. Jedyną osobą, której wypłaciłbym gażę za pracę, jest Aleksander Prowaliński. Jego obrazy się jakoś broniły, dobre i to. Nie boję się napisać, że to gniot. Gdybym się bał, toby Wdowik była w innym podsumowaniu.  

Małgorzata Warsicka, „Beniowski. Ballada bez bohatera”, Teatr Nowy w Poznaniu. Warsicka odarła poemat dygresyjny Słowackiego z dygresyjności i kazała losy nieszczęsnego Beniowskiego (którego największy grzech to bycie bohaterem romantycznym) opowiedzieć pięciu aktorkom. W sumie to nawet odśpiewać, więc śpiewają, co ma też swoją ciemną stronę, bo w ekspresji gubi się tekst. Ale kto by się tam przejmował tekstem! Tu nie chodzi o poemat i bohatera, bo i tak przecież miał być „Beniowski” bez Beniowskiego. Gdzieś po połowie spektaklu już kompletnie nie wiadomo, o co chodzi, ale aktorki, napędzane przez zaangażowaną reżyserkę, idą po swoje, niczym komornik szturmujący szafę. W efekcie mamy świetny i dobrze wykonany koncert, ale spektaklem bym tego nie nazwał. Jedna z moich szanownych koleżanek, wyznawczyni tego „spektaklu” na moje pytanie „o czym to jest?”, odpowiedziała mi: o tym samym, co „Beniowski”! Cóż, żaden z moich mentorów nie potrafił mi tego wyjaśnić, Warsickiej też się nie udało. Na spotkaniu, które prowadziłem po spektaklu z reżyserką i jej aktorkami nie ukrywała, że zrobiła arcydzieło. W dziedzinie koncertów – na pewno!

Aleksander Kaniowski, „Gra w życie”, Teatr Ateneum w Warszawie Aleksander Kaniowski za to, że chociaż był na każdej próbie, niewiele z tego wynikło. W tym spektaklu wyreżyserowane jest tylko motto z Czechowa. Małgorzata Sugiera, pisząc onegdaj o teatrze Maxa Frischa, używała pojęcia „teatr możliwości”. W tym kontekście spektakl Kaniowskiego to rzeczywiście „teatr możliwości”. Niewykorzystanych.

Weronika Szczawińska, „Genialna przyjaciółka”, Teatr Współczesny we Wrocławiu. Weronika Szczawińska ma znakomite pomysły i jeszcze lepiej o nich opowiada. Powinna, zamiast wcielać je w sceniczne życie, wychodzić na scenę i mówić o nich – byłby to wielki teatr. Piszę to bez ironii. Po rozmowie z nią na temat „Genialnej przyjaciółki” doznałem wstrząsu, pomyślałem, że chyba pomyliłem jej spektakl z jakimś innym. Niestety, okazało się, że nie, że ten ubrany w kostium i wystawiony na scenie „przemądry i przeintelektualizowany” eksperyment, podobny bardziej do doktoratu na temat rozdwojenia jaźni w kulturze ponowoczesnej w warszawskim IKP (tych doktoratów na szczęście nikt nie każe nam czytać) niż do tetralogii Ferrante, to adaptacja prostej i zachwycająco prozaicznej opowieści o przyjaźni Lili i Lenucii. Okazało się bowiem, że w spektaklu Lila i Lenucia to ta sama osoba. To było dopiero odkrycie! Zero ekspozycji, zero dbania o widza, ktoś, kto nie czytał książek Ferrante, od razu może iść do domu. Nie zrozumie nic. I dobrze! Nie rozumie, to niech siedzi przed telewizorem. Plebsowi trzeba opowiadać „z góry”. Wszak nie od dziś wiadomo, że genialni mogą wszystko!

Paweł Passini, “Mistrz i Małgorzata”, Teatr Ludowy w Krakowie. Nie było łatwo, przez trzy godziny trwała na scenie Ludowego walka, kogo Woland (w tej roli Bułhakow) wyzwoli od męki twórczej: dramaturga Pałygę czy reżysera Passiniego. Ostatecznie padło na Pałygę, więc Passini postanowił w odwecie zmasakrować Bułhakowowi powieść. Udało się! Otrzymaliśmy nieśmieszne, niekomunikatywne the best of ulubionych scen twórców. Postaci skonstruowane zostały jak puste marionetki, członkowie trupy Wolanda na przykład, niczym dwórki prezesa NBP, nie odstępujące go na krok, prezentowali się niemo i bez wyrazu (miejmy nadzieję, że choć kasa za spektakl podobna, za mniej bym tam nie zagrał). Piotr Pilitowski w roli Mistrza to zaledwie epizod, Małgorzata i jej “lot” we krwi to chyba jakaś fantazja seksualna reżysera, bo innego sensu tej sceny od miesiąca znaleźć nie mogę (przy okazji polecam uwadze scenę lizania ciała Małorzaty przez Hellę, prawdopodobnie Hellę, bo się Passini ekspozycją postaci nie przejmuje). Bal u Szatana jest zrobiony tak, że po jego obejrzeniu żaden szanujący się zbrodniarz by się na nim nie pokazał. Nie widziałby bowiem sensu brania udziału w czymś, co zupełnie nie zostało przemyślane, itd… Słowem, kompletna klapa.

ZŁOTA TRUSKAWA dla Aleksandra Kaniowskiego

ROLA MĘSKA

Nominacje:

Grzegorz Damięcki, „Gra w życie”, Teatr Ateneum, Warszawa. No cóż, nie wystarczy chodzić po scenie, stroić miny i za pomocą okularów rżnąć intelektualistę, który ma coś do powiedzenia, żeby postać Kürmanna się na scenie pojawiła. Plus za duże spodnie, pretensjonalny szlafrok zarzucony na białą koszulę, kolejne warianty tych samych scen grane z manierą, a nade wszystko scena z jakąś okropną, białą „szmatą”, polegająca na stylizowaniu się na Juliusza Cezara. Litości!

Michał Czachor, „Neron”, reż. Wiktor Rubin, „Bachantki”, reż. Maja Kleczewska, Teatr Powszechny w Warszawie. W „Neronie” znowu musieliśmy się mierzyć z jego przyrodzeniem i tematem jego eksploatacji w teatrze. Pomijając już fakt poczucia żenady, jaką taki poziom dyskusji, wałkowany w Powszechnym od kilku sezonów wywołuje, sprawa ta zaczyna przysłaniać rzeczywisty talent aktora i jego osiągnięcia. Na własne uszy słyszałem, jak jeden widz tłumaczył drugiemu, że Czachor „to ten, co zawsze pokazuje fiuta”. Jak tak dalej pójdzie, aktor Powszechnego stanie się prekursorem „aktorstwa ch*******”; jednak czy o to naprawdę w teatrze chodzi? Czy o to chodzi samemu Czachorowi? W „Bachantkach” gra źle, stoi przy mównicy i albo krzyczy, albo rzęzi coś pod nosem w formie refrenu, choć tu winna „rewolucyjna koncepcja” Kleczewskiej, w której Penteusz to tępy pisowiec, w finale dokonujący wesołej, queerowej przebieranki. Głębia postaci, wewnętrzna przemiana – a komu to potrzebne, ważne, że koledzy poklepią po plecach, że tak właśnie trzeba się wtrącać! Najbardziej na tym cierpi Czachor, który… nie ma i nie wie, co grać! Żal było patrzeć. Wygląda na to, że Czachor – bez względu na wszystko świetny aktor – nieco się pogubił. Może odnajdzie się u Lupy? Daj Boże!

Krzysztof Zarzecki, „Biesy”, reż. Natalia Korczakowska, STUDIO teatrgaleria. Rozumiem, że Krzysztof Zarzecki nie wiedział, co gra w spektaklu Korczakowskiej, ale wolałbym, żeby ją zapytał, a nie chodził po scenie i coś tam do siebie pod nosem mruczał. Wyglądało to jak łatanie kluchami nieznajomości angielskiego w komunikatach dworcowych u Barei. Bełkot! A grał przecież Stawrogina! Kluczową postać, choć w tym przypadku należałoby raczej powiedzieć „kluczącą”.

James Malcolm, “Tancerz Mecenasa Kraykowskiego”, reż. Jacek Bunsch, Teatr Lubuski w Zielonej Górze. Żal było na niego patrzeć, bo tańczyć nie umiał – a jak tu bez umiejętności tańca zagrać tancerza? A może nie był na scenie tancerzem… w takim razie czemu próbował tańczyć? Zagadka nie do rozwikłania. Reżysera praktycznie nie było, nie miał więc kogo zapytać. A starał się coraz bardziej – tylko, że nic z tego nie wynikało, no, może poza mokrym garniturem.

Rafał Gąsowski, “Dziady noc druga”, reż. Piotra Tomaszuk, Wierszalin Widziałem “drugą noc” Wierszalina i to, co napisałem o roli Gąsowskiego w pierwszej (“Dziady noc I”, reż. Piotr Tomaszuk, Wierszalin), zachowuje ważność.  Mam nadzieję, że Tomaszuk oszczędzi nam “nocy trzeciej”: “jeśli by mierzyć oscarowe role hektolitrami potu wylanego w czasie spektaklu czy filmu, Rafał Gąsowski pobiłby Charltona Hestona, a „Dziady noc II” wygrałyby w tej kategorii z „Ben Hurem”. Tym bardziej, że Supraśl to nie Sahara! Rafał Gąsowski w roli Gustawa to zbiorowe marzenie senne minister edukacji Anny Zalewskiej, każdej szanującej się nauczycielki polskiego, każdej polskiej bibliotekarki i każdego prawdziwego Polaka. Jego Gustaw, co do przecinka i kropki, pieczołowicie i ze świetną dykcją, okraszoną ponadprzeciętną aktywnością ruchową, recytuje nam – podobnie jak się recytowało w XIX wieku – frazy wypowiadane przez Gustawa. Ileż tam emfazy, ileż retorycznych zawieszeń głosu, ileż patosu! Ileż walki ze sobą, z Bogiem, z reżyserem. Najgorsze jednak, że człowieka i życia w tej roli nie ma za grosz. Ani jednego prawdziwego zdania, ani jednego prawdziwego słowa. O nic, poza zagraniem tego dramatu, tu nie chodzi. O nic”

ZŁOTA TRUSKAWA dla MICHAŁA CZACHORA

ROLA ŻEŃSKA

Mam tylko jedną nominację, więc się powstrzymam, bo mi szkoda aktorki. Kobiety w tym roku naprawdę dobrze grały!

SPEKTAKL ROKU

Nominacje:

O wszystkich tych spektaklach powiedziałem już wiele. W tej kategorii nie ma zatem uzasadnień. Oto lista nominowanych:

GRA W ŻYCIE”, reż. Aleksander Kaniowski, Teatr Ateneum, Warszawa

MASARA”, reż. Stanisław Mojsiejew, Narodowy Stary Teatr, Kraków

TANCERZ MECENASA KRAYKOWSKIEGO”, reż. Jacek Bunsch Teatr Lubuski w Zielonej Górze

„FERDYDURKE”, reż. Magdalena Miklasz, Teatr Dramatyczny, Warszawa

“BACHANTKI”, reż. MAJA KLECZEWSKA, TeatrPowszechny w Warszawie

“STRACH”, reż. Małgorzata Wdowik, TR Warszawa

ZŁOTA TRUSKAWA dla spektaklu GRA W ŻYCIE

Wyróżnienia ZŁOTE SZYPUŁKI:

Maciej Zakliczyński, ANTYGONA, reż. Agnieszka Korytkowska, Teatr Ateneum. Maciej Zakliczyński jest choreografem i autorem choreografii do spektaklu „Antygona”. Wyróżnienie dostaje za kompletne niezrozumienie tekstu Sofoklesa, a co gorsze – stylu, w jakim reżyserka zrobiła swój spektakl. Jest to styl bezpośredniej interakcji między postaciami; ich prawdziwa, oparta na emocjach rozmowa. W związku z tym pomysły/symbole, mające w sposób formalny oddawać relacje między bohaterami, pasowały tu jak kwiatek do kożucha. Taka formalna choreografia sprawdza się może w pokazach tanecznych, ale nie w teatrze. Psuje ona niestety całkiem dobry, pełen aktorskiej prawdy spektakl swoją rażącą pretensjonalnością i infantylnością. Wyróżnienie przyznaję przede wszystkim za wyżywanie się choreografa na trupie Polinejka – animowanie go przez Hajmona (Panie Macieju, tak trupem może się posługiwać Hamlet, ale nie Hajmon!) oraz mizianie go przez Hajmona i Antygonę w finale, mizianie, które tak „liże szafę”, że nie sposób się skupić na niczym innym. Nawet na smartfonie!

Miuosh, HIMALAJE, reż. Robert Talarczyk, Teatr Śląski w Katowicach. Miuosh skomponował świetną muzykę (to nie ironia), dużo lepszą niż ta w „Czarnej Balladzie”, ale wciąż nie nauczył się jej używać. Problem Miuosha polega na tym, że nie lubi ciszy. Na koncercie jest ona pewnie dla muzyka wrogiem, ale w teatrze jest przyjacielem. Często najlepszym. W „Himalajach” postanowił nas Miuosh zamęczyć. Po godzinie „nawalania” muzyki ma się jej już serdecznie dość, ale ona nie zamierza przestać. Kompozytor zajedzie nas nią do końca. Niezbyt to dobrze o nim świadczy, zabieg taki (ciągła muzyka) sugeruje, że artysta nie przeczytał ani jednej książki o Himalajach, tam bowiem jak byk stoi, że najgorsza dla himalaistów jest panująca w wyższych partiach gór… cisza. Cisza, w której można usłyszeć siebie i od siebie oszaleć. Gdyby to w teatrze powtórzyć, byłoby arcydzieło! W „Himalajach” Miuosha możecie się jednak czuć bezpiecznie, nie usłyszycie bowiem niczego poza jego – świetnymi, a jakże – kompozycjami. A już na pewno nie siebie.

Komisja Ministerialna, wybierająca Dyrektora Instytutu Teatralnego za tę hucpę, którą firmowali własnymi nazwiskami. I to zrzucanie odpowiedzialności, jeden na drugiego. Brak słów…

Ministerstwo Kultury za Dwutygodnik, Instytut Teatralny, Zespoły filmowe, skandaliczny rozdział pieniędzy dla festiwali oraz wysyłanie na obchody święta teatru wiceminister sportu, żeby wręczała Glorię Artis aktorom; za chamstwo, arogancję, butę i twórczą realizację hasła „nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi?”. BRAK SŁÓW!

Piotr Zaremba Jak co roku, prawicowy celebryta dostaje wyróżnienie za udawanie teatralnego krytyka. Jego “recenzje” są twórczym rozwinięciem gombrowiczowskiego “poniedziałek ja, wtorek ja, środa ja, czwartek ja”. Konstantemu Stanisławskiemu Zaremba by się na pewno nie spodobał – Mistrz apelował bowiem do ludzi teatru, by pisali “o teatrze w sobie, a nie o sobie w teatrze”. Teatralne wypociny Zaremby to ten drugi przypadek. Umiejętnie Zaremba potrafi się też przypochlebiać: a to cytując jakiegoś innego krytyka, a to zgadzając się z innym, wszystko po to, by wreszcie znaleźć się w tym szacownym gronie, w którym – według niego – już sama obecność wystarczy za merytoryczne przygotowanie, jakiego mu na każdym (teatralnym) polu brakuje. W tym roku specjalną Złotą Szypułkę dostaje Zaremba ode mnie za gloryfikowanie historycznych rekonstrukcyjnych agitek, które wyświetlają raz po raz w TVP w czasie, w jakim niegdyś emitowany był Teatr Telewizji. Ileż akrobacji, ileż ekwilibrystycznych szpagatów, ileż dezynwoltury, żeby utwierdzić swoich akolitów, że mamy oto do czynienia z arcydziełami sztuki na miarę Michała Anioła czy Beatlesów! Brawo! “Strawberry fields forever”!

Witold Mrozek za nieczytanie dramatów. Znowu padło na antyk. Redaktor Wszechwyborczej tak oto streścił “Edypa w Kolonos” Sofoklesa: “Oślepiony Edyp, nieświadomy zabójca własnego ojca, po utracie korony wraca do Teb. Królestwo pogrążone jest w chaosie, a popularność zdobywa przebiegły Kreon”. Jest dokładnie na odwrót: Edyp ucieka z Teb, Kreon panuje tam twardą ręką i musi go za wszelką cenę do Teb sprowadzić, gdyż tak nakazuje wyrocznia. Kto zresztą chce przeczytać, tekst ma pod ręką w internecie, wystarczy kliknąć.

Maciej Stroiński. Nie przeszkadza mi ani język kolegi, ani styl. To jego prawo, ma czytelników, którzy go czytają – niech pisze! Nawet kiedy z merytoryką nie ma to czasem nic wspólnego, nie moja to rzecz. Złotą Szypułkę dostaje Maciek Stroiński jednak za wychodzenie ze spektakli w połowie i pisanie potem recenzji. Widziałem to nie raz, a teraz doszło do tego, że w swojej arogancji zaczął się tym jeszcze chełpić (ostatnia recenzja z kieleckiego “WIDNOKRĘGU”). Na to mojej zgody być nie może! To jest po prostu zwykłe oszustwo. Oszukiwanie widzów, którzy – mam taką nadzieję – traktują jednak recenzje krytyków, nie tylko teatralnych, jako poważne teksty. Taka recenzja to zwykły paszkwil. Od tej chwili zresztą już zawsze będę się zastanawiał, czy to, co Stroiński napisał, odnosi się do spektaklu rzetelnie obejrzanego do samego końca, czy może recenzent znowu dał nura po przerwie i konfabuluje. “Przekroju”, “Tygodniku Powszechny” – takie macie standardy?

Kategorie: , | |

3 komentarze

  1. Super! Do śmiechu i zadumy. Mam nadzieję, że wszyscy twórcy teatru – nie tylko nominowani i laureaci – przeczytają z głębokim zrozumieniem.

  2. Dodam tylko ze muzyka w Himalajach wcale nie jest szczegolnie dobra a pan Chojnacki – naprawde dobry aktor – po prostu zostal zle obsadzony w tej roli…Osobiscie scenografia i ruch sceniczny raczej na plus za to co do dramaturgii i scenariusza pelna zgoda: totalnie rozczarowuja! pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *