Przerwać zaklęty krąg – o „Widoku z mostu” Arthura Millera w reż. Agnieszki Glińskiej w Teatrze Dramatycznym w Warszawie

zdj. Krzysztof Bieliński

Gdy wchodzimy na całkowicie odnowioną salę im. Haliny Mikołajskiej, od razu zaskakuje nas przestrzeń, zaaranżowana przez Monikę Nyckowską na kształt koła. Zamykają ją wysokie, białe ściany, a w jej centrum znajduje się okrągły podest. Wokół niego ustawione są dwa rzędy krzeseł, które stanowią całą widownię spektaklu. Od razu nasuwa się wniosek, że w związku z tym, iż jesteśmy razem z aktorami i postaciami dramatu Millera zamknięci w tej przestrzeni, stajemy się mimowolnie częścią spektaklu, swoistym „milczącym chórem”. Przedstawienie Glińskiej zaczyna się jawną demaskacją swej własnej teatralności: na ścianie wyświetlony zostaje napis informujący nas, że oto oglądamy spektakl „Widok z mostu” Arthura Millera. To, z kolei znak, że będziemy oglądać nie tylko perypetie Eddiego Carbone’a, lecz także aktorów odgrywających jego historię, wcielających się w kolejne postaci.

Fabuła dramatu Millera nie należy do zbyt skomplikowanych. Oto Eddie Carbone, włoski emigrant pracujący w dokach, mąż i przybrany ojciec Catherine (córki swojej szwagierki) postanawia na prośbę swojej żony, Beatrice, przyjąć pod swój dach jej dwóch włoskich kuzynów, nielegalnych emigrantów. Problem pojawia się, gdy między jednym z nich, Rodolpho a Catherine rodzi się uczucie. Okazuje się bowiem, że względy, jakie okazuje Eddie młodziutkiej podopiecznej nie są tak niewinne, jakby się początkowo wydawało. Motywowany zazdrością Eddie, denuncjując kuzynów, postępuje wprawdzie zgodnie z literą amerykańskiego prawa, ale narusza tym samym święte prawo gościnności oraz tradycję swojej sycylijskiej ojczyzny. Starszy brat Rodolpho, Marco, zgodnie z niepisanym zwyczajem musi pomścić zniewagę. Jak łatwo się domyśleć, dochodzi do tragedii. 

Kluczem do spektaklu Glińskiej wydaje się ostatnia scena, w której dokonuje się tragiczne zdarzenie. Aktorzy nie tyle odgrywają millerowski finał opowieści, ile wręcz zapamiętują się w jego odgrywaniu, powtarzając tę samą scenę cztery razy. Nie mogą przestać jej odgrywać, bo rządzą nimi skrajne emocje. To one właśnie są głównym tematem spektaklu, a historia Eddiego Carbone’a wydaje się w tym kontekście modelową opowieścią o tym, jak prywatna – może wyimaginowana, a może nie – krzywda staje się początkiem spirali zła, które, niesione emocjami nie do zatrzymania, prowadzi do tragedii. Na głębszym poziomie tej historii odgrywający ją aktorzy również nie mogą przestać – zarażeni złymi emocjami swoich postaci, dokładają od siebie swoją własną złość i nienawiść. Zapamiętując się w niej, zapominają, że daną scenę już przed chwilą odegrali. Czy nie kojarzy się to Państwu z naszą współczesną komunikacją internetową, gdzie przypadkowy, napastliwy fake news, zgodny z naszymi niekoniecznie dobrymi emocjami powoduje, że w kolejnym komentarzu dokładamy swoje? Miller z Glińską nie pozostawiają złudzeń: to musi się skończyć tragedią. Istotą tego wyjątkowo smutnego i gorzkiego wątku wydaje się teza, że zdziczeliśmy już tak bardzo, że nawet aktorzy w teatrze nie są w stanie oddzielić samych siebie od swoich postaci. Podobnie zresztą jak my, widzowie, w swoich codziennych rolach. Automatycznie pojawiają się więc pytania. Najważniejszym wydaje się to, czy istnieje jakikolwiek sposób, żeby opuścić zaklęty krąg zła, które zgodnie z zasadą odwetu i prawem zemsty puchnie i pęcznieje z każdą następną obelgą i krzywdą. Zapamiętanie się w nienawiści formuje nas na kształt papierowych, łatwopalnych i łatwych do sterowania marionetek, wspomnianych w spektaklu w piosence „Paper Doll”. Kolejne pytanie, pojawiające się na marginesie tej historii brzmi: czy można dziś wyrazić to, co się czuje, to, co nas boli, wewnętrznie gwałci – bez naruszenia granic godności innych ludzi; czy my to jeszcze umiemy? Godność to przecież jeden z fundamentalnych tematów dramaturgii Millera. Swoista czerwona linia, przekroczenie której rodzi już tylko czyste zło.

Całą tę opowieść Millera, będącą w zasadzie dramatycznym wołaniem o opamiętanie się w prowokowanym osobistą urazą procesie emocjonalnej autodestrukcji, obserwujemy niejako „z góry”, poprzez narrację prawnika Alfieriego (bardzo ciekawa rola Anny Moskal), który z perspektywy stanowionego, zapisanego prawa opowiada nam ją ku przestrodze. Sam Alfieri – w spektaklu Glińskiej grany przez kobietę (Anna Moskal) – wydaje się wobec rzeczywistości bezradny. Pomyślałem przez chwilę, że Alfieri mógłby właściwie odpowiadać figurze Boga, patrzącego na nas z góry (z mostu). Byłby to bóg, który zna prawo i jego konsekwencje, potrafi od razu zobaczyć historię danego człowieka, jej finał i konsekwencje, ale nie ma już mocy sprawczej, żeby ograniczyć – a tym samym ustrzec ludzi – przed efektami ich wolnego wyboru. Jeśli tak, to tu właśnie – w przestrzeni owej wewnętrznej wolności – należałoby szukać antidotum na społeczną chorobę samonapędzającej się spirali nienawiści. Wszyscy mamy wszak wolną wolę, więc może znajdzie się na widowni choć jeden człowiek, który powie: „Dość, przestańcie! Tak nie można!” Na razie jednak nie mogą przestać ani bohaterowie Millera, ani aktorzy Glińskiej, ani wreszcie my, widzowie, na co dzień obywatele i współrodacy. Nie ma też z tej rzeczywistości ucieczki: aktorzy kończący swoje repliki i role chcą wyjść, ale drogę zagradzamy im my, widzowie, zamykający ich w kole sceny. Sami stajemy więc sobie na drodze ucieczki z tego zaklętego kręgu. Ograniczają nas nasze własne traumy, kompleksy, zwykły egoizm oraz brak empatii i odpowiedzialności. Nie ma nic trudniejszego z życiu, niż wygrać potyczkę z samym sobą, nie jest to jednak niemożliwe. Na początek wystarczy być po prostu… przyzwoitym.

Spektakl jest zrealizowany bardzo dobrze. Fantastyczny jest Łukasz Lewandowski jako Eddie Carbone. Świetna, nie wiedzieć czemu ukrywana od lat w Dramatycznym, Agnieszka Roszkowska. Kiedyś grała znakomicie u Lupy, Miśkiewicza, Cieślaka, po przejęciu Teatru przez nową dyrekcję posadzona na ławce rezerwowych, kosztem zupełnie jej nie dorównujących talentem koleżanek. W sztuce Glińskiej Roszkowska tworzy znakomitą kreację potulnej i cichej żony, która widząc o wiele więcej niż inni, próbuje swoimi metodami zapobiec złu. Świetnie wybrzmiewają w jej kreacji zwłaszcza te sceny, w których pozwala sobie na większą emocjonalność względem męża. Jej postać urasta wtedy do rangi tragicznej. Znakomita jest Martyna Byczkowska w roli Catherine, wyzwalającej się z okowów pacholęctwa, ale i relacji, której jeszcze nie do końca rozumie. Proces emancypacji swojej bohaterki pokazuje Byczkowska w sposób niezwykle sugestywny. Moje serce skradł jednak w pełni Marcin Sztabiński w roli Marca, brata Rudolpha, który zostaje zmuszony przez okoliczności do podjęcia tragicznej roli mściciela. Jego wstrząsająca rozmowa z Alfierim to kolejne znakomite osiągnięcie polskiej tradycji wielkich millerowskich ról, apelujących wewnętrznym niemym krzykiem o empatię i ocalenie godności swoich bohaterów. Na wspomnienie zasługuje też napędzająca rytm spektaklu oraz rozwibrowanie aktorów jazzowa, grana na żywo muzyka Jana Młynarskiego. Miałem wrażenie, że jej pozornie chaotyczne, szybkie dźwięki napędzają zaklęty krąg scenicznych emocji.

Agnieszka Glińska powróciła do wielkiej literatury i do Warszawy. I to z przytupem. Zrobiła spektakl bardzo dobry i ważny. Mnie osobiście zabrakło w nim trochę… emocji. Był dla mnie raczej wysokiej próby łamigłówką do poskładania, niż dziełem sztuki prowokującym osobiste przeżycia. Aczkolwiek, biorąc pod uwagę jakie emocje uwalniał, może i dobrze, że mnie, jako widzowi, ich oszczędził. Może właśnie o to chodziło, żeby na chłodno, „z mostu” przyjrzeć się tej historii i z tej perspektywy zastanowić się, dokąd – jako ludzie i jako społeczeństwo – dążymy. Przyjrzeć się na chłodno i… opamiętać. Na to wciąż jeszcze nie jest za późno.