Oczyszczeni w Łaźni Nowej – o nowohuckim „Wałęsie w Kolonos” w reż. Bartosza Szydłowskiego

zdj. Monika Stolarska

„KONRAD: Zagadki, Sfinksy. Otoczeni jesteśmy lasami, u skraju których stoją Sfinksy-strażnicy i samym tym, że u skrajów leśnych stoją i że są, każą się domyślać tajemnic. (…) Edyp odgadnie ich tajemnice. Edyp czytać będzie z ich oblicza, a one zrozumią i zgadną, że on czyta z ich twarzy i do głębi zagląda oczyma. (…)  I zginie jak Edyp.

MASKA 8: Więc to nie ja jestem z tych, którzy stoją u skraju lasów, ani ja jestem z tych, którym przydajesz imię Edypa. (…) Tym Edypem?

KONRAD: Jestem ja. I brat mój, i ojciec mój, i mój syn.”

Stanisław Wyspiański „Wyzwolenie”

W tragedii Sofoklesa stary, ślepy, wygnany z Teb przez własnego syna Edyp przybywa wraz z towarzyszącą mu córką Antygoną do Kolonos, osady położonej na granicy ateńskiego miasta/państwa, rządzonego przez króla Tezeusza. Zmęczony drogą postanawia usiąść na przydrożnym kamieniu, nie wie jednak, że kamień ten stanowi część sanktuarium Erynii, bogiń zemsty i wyrzutów sumienia. Gdy się o tym dowiaduje, staje się dla niego jasne coś jeszcze: niedługo umrze, a ziemia ateńska stanie się jego grobem. Apollo bowiem przed laty przepowiedział mu, że zazna „wytchnienia dopiero w tej ziemi, gdzie się znajduje gościnna siedziba czcigodnych bogiń, i że to tam właśnie dokona swego marnego żywota – z pożytkiem dla tych, którzy go przyjęli”. Nim się to jednak stanie, przybywa po niego władający Tebami Kreon, brat jego matki, a zarazem żony Jokasty. Jemu bowiem przepowiedziano w Delfach, że jeśli Edyp nie zostanie pochowany w Tebach, spadnie na mieszkańców tego miasta kara. Jego misja kończy się jednak niepowodzeniem, a to za sprawą Tezeusza, który w myśl świętego prawa gościnności udziela Edypowi azylu i ratuje go przed podstępnym, nieszanującym praw Kreonem. W finale sztuki Edyp – zgodnie z przepowiednią – w cudowny sposób umiera. Tajemnicę swojego grobu powierza jedynie Tezeuszowi.

Twórcy spektaklu „Wałęsa w Kolonos” w Teatrze Łaźnia Nowa przepisują sofoklesową tragedię w sposób niezwykle inteligentny, zderzając historię życia Lecha Wałęsy z tragicznymi losami tebańskich Labdakidów. Korzyści takiego rozwiązania są wielorakie: postać Wałęsy staje się mityczna, zaś mit Edypa zyskuje nowe, nieoczywiste wcielenie. Co więcej – następuje sprzężenie zwrotne, postać Wałęsy sprowadza bowiem rzeczywistość mityczną na ziemię, a rzeczywistość mityczna podnosi postać Wałęsy do rangi herosa. Zabieg ten ma jeszcze jedną wartość. Na scenie obserwujemy Wałęsę-człowieka, który musi się mierzyć nie tylko z rzeczywistością, ale też, a może przede wszystkim – z własną legendą. W rezultacie otrzymujemy pełnokrwisty, niejednoznaczny, pełen wad i zalet portret człowieka, któremu – zgodnie z tebańskim mitem – ślepy los wyznaczył rolę, o której on sam nawet nie mógł marzyć. Napięcie między ułomnym człowieczeństwem a legendą Wałęsy oraz podwójny, mityczno-współczesny charakter scenicznych wydarzeń stają się podstawą gęstego od znaczeń spektaklu, na którego końcu czai się to, co tak ważne w  greckiej tragedii (i w teatrze w ogóle) – katharsis.

W przedstawieniu Szydłowskiego odpowiednikiem Kolonos staje się krakowski Teatr Łaźnia Nowa. To tu stary, zapomniany przez wszystkich, wyszydzany Wałęsa/Edyp przyjdzie, by umrzeć zgodnie ze swym przeznaczeniem. Umrze jednak w szczególny, cudowny sposób – stanie się mitem. Do końca towarzyszyć mu będzie jego milcząca, piekąca szarlotkę żona Danuta oraz rozentuzjazmowany, raz milczący, raz perorujący, różnorodny wiekowo Chór, a także my, milczący widzowie – przedstawiciele szeroko pojętego społeczeństwa. Nim Wałęsa/Edyp opuści (stoczniową?) halę Kolonos/Teatru Łaźnia Nowa, odwiedzą go kolejno: jego wyrodny syn Polinejkes, rządzący obecnie edypowym państwem dyktator/uzurpator Kreon (skojarzenia to przekleństwo), Tezeusz – władca Kolonos  oraz ślepy wieszczek Tejrezjasz. Każde z tych spotkań stanie się okazją, zarówno dla Wałęsy/Edypa, jak i nas, reprezentantów społeczeństwa, aby –  niczym oślepiony Edyp (i ślepy Tejrezjasz) – coraz wyraźniej widzieć. Zobaczyć, jak jest w Tebach/Polsce naprawdę. Głębokie przeżycie przynosi scena, w której spadkobiercy Wałęsy/Edypa okładają się wieńcami. Na jej końcu Tezeusz/artysta, Kreon/dyktator oraz syn Polinejkes zwierają się w gniewnym uścisku, tworząc jakieś złowrogie, sześcionogie zwierzę, które – zakleszczone – nie może wykonać żadnego ruchu (publiczność nagrodziła tę znakomitą scenę gromkimi brawami). W finale prowadzony przez Tejrezjasza Wałęsa/Edyp, któremu nie pozostaje już nic innego, jak zejść ze sceny, znika gdzieś w drzwiach z boku, zabierając ze sobą również swoją opowieść. „O ile mityczny heros mógł w bojach torować sobie drogę do zwycięstwa, albo przynajmniej dopracować jakiegoś rozwiązania, o tyle bohater tragedii żadnego rozwiązania nie widzi”- można by podsumować słowami Karen Armstrong, autorki „Krótkiej historii mitu”. Odprowadza go wzrokiem jego żona, Danuta. Grająca ją Anna Paruszyńska zwraca się następnie do widzów i wówczas okazuje się, że nie jest Danutą, tylko Ateną, boginią mądrości. Za puentę spektaklu z powodzeniem mogą służyć jej słowa:

„Dla Greków herosi nie byli wzorcami do naśladowania. Podziwiano ich czyny, choć nikt nie miał tylu wad i grzechów na sumieniu, co oni. Brali te opowieści, bo dodawały im sił, bo pięknie brzmiały przy rozpalonych paleniskach, bo ojciec mógł synowi snuć opowieści przez całą noc. Nikomu nie przyszło do głowy podejrzewać, że lew nemejski sam zdechł, a Herkules tylko go oskórował, albo że koszula Dejaniry nie mogła płonąć, bo padał wtedy deszcz. Dociekać, że na pomysł konia trojańskiego nie wpadł Odys, ale jeden z pijanych winem żołdaków? Sugerować, że Helena była gejem, a Parys żydem? Co by zostało? Kim byliby Grecy bez swoich mitów?”

No właśnie, kim bylibyśmy my, Polacy, bez swoich mitów?

Spektakl w Łaźni jest znakomity. Jakub Roszkowski napisał świetny, niejednoznaczny tekst, Bartosz Szydłowski uzupełnił go o monolog Ateny oraz wyreżyserował (polecam Państwu zwłaszcza scenę, w której Kreon kupuje sobie za pieniądze poparcie Chóru oraz finałową walkę z wieńcami). Nie można też nie wspomnieć o znakomicie zakomponowanej przez Małgorzatę Szydłowską przestrzeni dużej sceny Łaźni Nowej – świetny pomysł z “korytarzem” łączącym Wałęsę z Danutą – oraz jej prostych, wiele mówiących kostiumach. Na osobny esej zasługuje znakomita muzyka Dominika Strycharskiego, który jako Koryfeusz Chóru, nie tylko w spektaklu nim dyryguje, lecz także wykonuje swoją muzykę na żywo. Muzyka ta, w połączeniu ze znakomicie ustawionymi przez Małgorzatę Szydłowską światłami, jest niezwykle istotna, gdyż podprogowo porusza w człowieku jakąś liryczną, tragiczną strunę, stając się pomostem między nami, siedzącymi w hali Łaźni Nowej a światem wiecznego teraz i niekończącym się labiryntem naszych głęboko ukrytych emocji. Wszystko to jednak nic wobec kreacji, jaką w roli Wałęsy stworzył Jerzy Stuhr. Ten wielki aktor, sam stojący u wrót własnego Kolonos, wypełnia swoją charyzmą i czystym, boskim talentem każdą minutę, każdą sekundę scenicznego życia swojego bohatera. Nie broni go i nie oskarża, próbuje po prostu nim być. Odkryć jego tajemnicę, a zarazem rozwiązać zagadkę własnego Sfinksa. Zadanie to niezwykle trudne, wszak Lech Wałęsa przecież wciąż żyje, to bohater z krwi i kości, który może w każdej chwili zobaczyć swoje sceniczne alter ego. Stuhr czuje odpowiedzialność artysty w takiej sytuacji i niczego nie udaje. To rola, przefiltrowana przez jego własną, bogatą, po ludzku dojrzałą osobowość. Prawdziwa i niezwykła. Pozostali aktorzy: Paruszyńska, Zięba, Stroka, Czacki – także są znakomici. Kłaniam się również świetnie prezentującemu się Chórowi pod wodzą Koryfeusza Strycharskiego.

Bartosz Szydłowski zrobił przedstawienie ważne i potrzebne. Można Wałęsę różnie oceniać, ale to on pokonał Czerwonego Sfinksa, to on dał nam, Polakom, wolność i nic tego nie zmieni, ani fałszujące historię tablice w gdańskiej stoczni czy rzesze ignorantów w państwowych instytutach pamięci, ani liczne błędy, które sam Wałęsa w przeszłości popełnił. Jego losy są polskim mitem i dobrze, że co wieczór w krakowskiej nowohuckiej hali możemy ten mit wciąż przeżywać na nowo. Forma tragedii greckiej, w jaką ubrał go Szydłowski, jest najlepszą z możliwych, bo jak pisała Karen Armstrong we wspomnianej już „Krótkiej historii mitu”:

„Tragedia ustanawiała pewien dystans między sobą a tradycyjną mitologią i kwestionowała niektóre z fundamentalnych greckich wartości. Czy bogowie byli naprawdę uczciwi i sprawiedliwi? Ile warte są heroizm, greckość, demokracja?”

 Stawianie tych pytań i poszukiwanie odpowiedzi na nie w kontekście współczesnego świata to dziś bodaj najważniejsze zadanie teatru czy sztuki w ogóle. Jeśli naprawdę chcemy mu sprostać, to droga obrana przez artystów Teatru Łaźna Nowa wydaje się jak najbardziej właściwa.