Buszująca w zbożu – o Barbarze Niechcic w „Nocach i dniach” Dąbrowskiej w/g Majewskiego w Teatrze im. Bogusławskiego w Kaliszu (DOMAGAŁAsięGŁÓWNEJROLI cz. XI )

zdj. ze strony Teatru im. Bogusławskiego

Bohaterką kaliskich „Nocy i dni” Seba Majewskiego jest Barbara, która w legendarnym filmie Jerzego Antczaka  ustami Jadwigi Barańskiej krzyczała: „Bogumił! Bogumił!”. „Kultowy” dziś okrzyk Barańskiej, parodiowany często ze względu na swoją naiwność czy pewnego rodzaju przesadę, wyrażał w istocie szczególne lęki kobiety, niemogącej odnaleźć się w świecie, który brutalnie z roku na rok weryfikował jej dziewczęce złudzenia i marzenia. Zyskiwała ona w ten sposób głęboką i okupioną cierpieniem samoświadomość tragizmu i przeciętności własnego losu, tak pięknie odmalowaną na twarzy Barańskiej, gdy w jednej ze scen filmu bohaterka ucieka na wozie z bombardowanego Kalińca.

Kluczem do lepszego zrozumienia spektaklu Seba Majewskiego jest  monstrualnych (jak na kameralną scenę) rozmiarów scenografia Karoliny Mazur, przedstawiająca łany zbóż, „porastających” wydłużone prostopadłościany, które Barbara (znakomita Izabela Wierzbicka), zapalając na nich znicze, czyni na początku spektaklu grobami. Jesteśmy w Kalińcu, Kaliszu, czyli w Polsce, gdzie każdy z nas to – jak pisał użyty w spektaklu Przybyszewski – „kłos zboża”, wyrastający z pokrytej cmentarzami ziemi. W tej scenerii oglądamy Barbarę – kobietę próbującą odnaleźć się w roli kobiety, ale też żony, siostry, matki. Teatralnie odbywa się to wciąż w tej samej przestrzeni. Jej ukochane nenufary, po które ruszał w powieści zakochany w niej Tolibowski (w spektaklu JT), to u Majewskiego sztuczne kwiaty, kupowane na grób. Miłość w jej świecie to ułuda, frazes. Nie wie tego jeszcze jej córka, Agnieszka, która inną wprawdzie drogą kroczy w to samo tragiczne miejsce, będące kresem wszelkich złudzeń.

Izabela Wierzbicka gra postać Barbary zjawiskowo. Ciągle jest jakby lepszą wersją siebie, jakby wciąż próbowała być lekko rozpoetyzowana. Ta liryczna, lekko zalatująca egzaltacją postawa życiowa Niechcicowej w zestawieniu z tragicznym i wyróżniającym się co najwyżej przeciętnością losu jej życiem, stają się podstawą znakomitej roli, która znacznie wykracza poza sam spektakl. Dodatkowo zarówno Wierzbicka, jak i grający Bogumiła Wojciech Masacz, zasługują na wyrazy uznania za sposób, w jaki podeszli do realizacji swojego aktorskiego zadania – zmierzenie się z legendarnymi kreacjami Barańskiej i Bińczyckiego wielu uważało za zadanie z góry za skazane na klęskę. Siłą ich kreacji było to, że przepuścili powieściowe osobowości Dąbrowskiej przez siebie, słuchając w czasie prób swojej intuicji i wewnętrznego głosu. Efektem ich pracy są oryginalne, liryczne role dwojga ludzi, żyjących w czasach nieszczęścia i szczerze wierzących w fantazmaty oraz własne złudzenia. Oglądanie tego na scenie właśnie w powieściowym Kalińcu było dojmujące. Dziękuję im za to z serca.

Dobre słowo należy się Andżelice Cegielskiej – Świątek, która na skutek zrządzenia losu wniosła na scenę powiew świeżości i nowej energii, dowodząc, że w teatrze wszystko jest możliwe i wszystko ma swoją wartość. Okazuje się, że pot, i łzy, pełnia i brak, radość i smutek, odwaga i strach to tylko dwie strony tego samego medalu, którym jest prezentowane na scenie życie.