Bohater w grze – o „Historii Jakuba” Słobodzianka w reż. Spišáka, z Teatru Dramatycznego w Warszawie (DOMAGAŁAsięGŁÓWNEJROLI cz. X)

zdj. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Spektakl Ondreja Spišáka, oparty na sztuce Tadeusza Słobodzianka, ma swoją genezę w micie o mądrości króla Salomona – obecnym zresztą w strukturze spektaklu. Jego istotą jest „salomonowo” rozsądzony przez króla spór dwóch kobiet o dziecko. Słobodzianek, a dzięki niemu Spišák, oddaje głos owemu dziecku, odsuwając kwestię samego sądu na plan dalszy. Realizację starotestamentowego mitu widzi w prawdziwej, przejmującej historii życia księdza Romualda Wekslera, który już jako dorosły odkrywa, iż jest w istocie uratowanym z Holocaustu Żydem, co oznacza między innymi, że zyskuje drugą, biologiczną matkę. Spektakl Spišáka rozciąga symboliczny horyzont pojęcia „matka” na dwie rodziny, narody i wspólnoty religijne, żeby w tym kulturowym krajobrazie ukazać bezbrzeżną samotność i traumatyczne przeżycia człowieka, który całe życie tkwi uwięziony w jakiejś upiornej przestrzeni między „światami”, zmuszony przez innych do ciągłego definiowania siebie i określania się według wyznaczanych indywidualnie i społecznie zasad. W tle tej opowieści majaczy krytyka zamkniętych – narodowych czy też religijnych wspólnot – zamkniętych na głucho niczym użyte w spektaklu szafy, które nie wietrzone od wieków zatruwają zarówno życie bohatera, jak i żyjących wokół ludzi, z którymi możemy się dziś łatwo zidentyfikować. Pobocznym wątkiem są oczywiście stosunki polsko-żydowskie, którym towarzyszy krytyka dotkniętego „schizmą toruńską” polskiego kościoła katolickiego oraz żydowskiej wspólnoty religijnej.

Narratorem opowieści, a zarazem jej bohaterem jest ksiądz Romuald, w spektaklu noszący podwójne imiona, Mariana i Jakuba. Odgrywającemu ją Łukaszowi Lewandowskiemu pomaga w opowiadaniu historii życia ks. Mariana/Jakuba sześcioro aktorów, w zależności od potrzeby wcielających się w postaci z życia tytułowego bohatera. Stworzenie takiej roli wydaje się z punktu widzenia aktora najtrudniejszym zadaniem w karierze. Jej istotą jest bowiem wcielenie się w człowieka, który żyje naprawdę i ma możliwość obejrzenia siebie samego na scenie. Może dokonać weryfikacji, zakwestionować wiele rzeczy albo po prostu stwierdzić, że to nie on. Na aktorze spoczywa tu zatem wielka odpowiedzialność. Łukasz Lewandowski na prowadzonym przeze mnie  po spektaklu spotkaniu nie bardzo chciał o tym rozmawiać, wspomniał tylko, że to doświadczenie było dla niego bardzo trudne i czasem dotykało zbyt boleśnie jego prywatności, której nie sposób oddzielić od teatru podczas pracy nad tego typu rolą. Izabela Dąbrowska z kolei opowiedziała poruszający epizod z udziałem ks. Romualda, który, komentując poruszającą kreację Lewandowskiego, stwierdził, że on sam nie miał tyle odwagi. Historia ta dowodzi, że bohatera i jego sceniczną wersję połączyła autentyczna wspólnota, rodzaj komunii, którą dzielą się oni – za pośrednictwem scenicznej kreacji – z widzami. Dowodzi także czegoś jeszcze: że teatr jest po to, żebyśmy my, widzowie, wzorem księdza Romualda, przeglądali się w jego zwierciadle, odkrywając w nim różne prawdy o sobie. Sam aktor jest również takim zwierciadłem – w końcu ofiarowywanie ludziom możliwości dostrzeżenia prawdy w postaci utkanej z iluzji to cały sens i kunszt aktorskiego zawodu…