Król Lear z Alzheimerem – Marian Opania w „Ojcu” w reż. Iwony Kempy z Teatru Ateneum w Warszawie (DOMAGAŁAsięGŁÓWNEJROLI cz. VI)

zdj. Krzysztof Bieliński

Sztuka „Ojciec” Floriana Zellera ma w miarę prostą fabułę: opowiada o André – starym, cierpiącym na alzheimera człowieku, jego życiu w chorobie oraz relacjach z bliskimi mu ludźmi z jego własnej perspektywy. Ma ona formę scen, które zgodnie z logiką objawów choroby wyłaniają się z oceanu niepamięci, tworząc szarpaną, nielinearną opowieść, której narrator jest zarazem głównym bohaterem. Iwona Kempa – specjalistka od pomysłów prostych i znakomitych – pokazała ów proces zapadania się bohatera w niebyt i bezbrzeżną samotność za pomocą zmian pozornie neutralnej i ascetycznej, niezbyt na pierwszy rzut oka oryginalnej scenografii Justyny Elminowskiej. Oto w miarę postępowania procesu chorobowego André, ze sceny znikają kolejne elementy, żeby w finale pozostawić bohatera w całkowicie zimnej i pustej niczym kostnica przestrzeni, symbolizującej to, czego nie da się już wypowiedzieć słowami. Dodatkowo oglądamy cały ten proces poprzez czwartą, tu zrobioną ze szkła, ścianę, która – niczym choroba – odgradza nas od bohatera i jego świata. W tak skonstruowaną rzeczywistość wchodzi Marian Opania (André) i całkowicie ją anektuje, tworząc niezwykle poruszający portret nieszczęśliwego człowieka, który niczym Król Lear z alzheimerem, szamocząc się między różnymi wyimaginowanymi postaciami wciąż tej samej, kochającej go w głębi duszy córki, stopniowo stacza się w niepamięć, przechodząc od skrajnego szaleństwa do pełnego rezygnacji zdziecinnienia. Opani przez pierwsze kilkanaście minut spektaklu udaje się nas, widzów oszukać, mamy wrażenie, że to bliscy mu ludzie i otaczająca go rzeczywistość są w jakimś kryzysie. Aktor prowadzi swoją postać lekko, z humorem, grając stereotypową ofiarę „złej” córki. W miarę upływu czasu, gdy dostrzegamy, że istotą jego egzystencji jest uwięzienie w szklanej pułapce własnej choroby, atmosfera na widowni tężeje, żarty André przestają nas śmieszyć, a on sam staje się coraz bardziej przestraszony i  bezradny. W finale podda się całkowicie, nie widząc sensu w dalszym opieraniu się brutalnej chorobie, która z dnia na dzień wymazuje kolejne obrazy jego życia. W tej fazie spektaklu Opania jest najlepszy: wytraca impet, zaburza rytmy, jego rola, niczym życie André traci logiczną ciągłość, rozpadając się na aktorskie okruchy, mini-etiudy, niebędące już częścią większej całości, ale reakcją na to, co tu i teraz.

Tak skonstruowany spektakl jest oczywiście szansą na znakomite one man show, które – niczym podobna oscarowa rola Julianne Moore – staje się w tym przypadku popisem Mariana Opani oraz ofiarnie partnerujących mu i pracujących na jego rolę pozostałych aktorów Ateneum (na brawa zasługuje zwłaszcza Magdalena Schejbal w roli córki André, Anne). Dla spragnionych „teatru gwiazd” widzów najważniejsze zaś jest to, że Marian Opania, wcielając się w swego poruszającego bohatera, jednego nie zapomniał, że grać potrafi w tym kraju, jak mało kto!