Grecka waza gorętsza od zupy – „Żaby” Michała Borczucha w STUDIO teatrgalerii w Warszawie

zdj. ze strony STUDIO teatrgalerii

Najpiękniejszym momentem spektaklu Michała Borczucha jest scena, w której Aktor, mający się mierzyć z rolą Dionizosa w komedii Arytsofanesa „Żaby” (Krzysztof Zarzecki), zostaje sam. Zgodnie z tym, co nam na początku sztuki objaśnia, udaje się właśnie do Hadesu, by „ratować upadające Ateny (…) i stamtąd sprowadzić autorytet. W tym wypadku jednego z poetów –  Ajschylosa lub Eurypidesa.”. Aktor wyraźnie nie ma na to ochoty: „nie chcę ratować tego jebanego świata, zawsze chciałem, żeby się rozpierdolił”. Siedzi na krześle przed kluczowym elementem scenografii – ogromnych rozmiarów rurą/tunelem i rozmawia z Charonem, który przybiera tu postać stewarda z samolotu. Na jego prośbę koleżanka Aktorka wykonuje piosenkę do wiersza jego syna. Wszyscy razem płyną „na drugą stronę”. Aktor w pewnym momencie prosi Charona, żeby choć przez chwilę nie wiosłował, żeby choć przez moment nic się nie działo. Chce zatrzymać czas. Może się boi, w Hadesie spotka swoich bliskich, zajrzy w oczy śmierci. Pojawia się cisza, towarzyszy nam tylko bezruch i hipnotyczna muzyka Bartosza Dziadosza. Wszyscy znajdujemy się oto na granicy światów –  arytsofanesowy Dionizos, Aktor mający zagrać jego rolę, Reżyser (Borczuch?), prowadzący narrację swojego spektaklu i wreszcie my, widzowie. Pojawia się magia.

Od tego momentu wiadomo, że spektakl Borczucha będzie się rozgrywał na kilku poziomach jednocześnie. Pierwszy z nich to dialog z tekstami Arystofanesa, drugi – zmagania Aktorów z nimi i całą dostępną kulturą antyczną, trzeci zaś – to zmagania z procesem tworzenia spektaklu oraz odkryciami, których dokonało się w trakcie pracy. Bohaterem spektaklu będzie ktoś, kto tę maszynerię dramatyczno-teatralną wymyślił, czyli narrator, który – używając postaci dramatu, aktorów, zabiegów reżyserskich, scenografii, muzyki, świateł, kostiumów  – spróbuje nam wyartykułować to, czego się w trakcie pracy nad spektaklem o sobie dowiedział. Bo jest on nie tylko tworzywem, lecz także twórcą spektaklu, tak w liczbie pojedynczej (reżyser/narrator), jak i mnogiej (pozostali twórcy, widzowie). Wyszedł z tego piętrowy, wieloznaczny obraz świata, który na pierwszy rzut oka nie za wiele nam mówi, ale gdy zaczniemy go powoli rozbierać na części i analizować, okazuje się, że nie tylko staje się zrozumiały, ale i po ludzku przejmujący, podobnie jak… malowidła na greckich wazach. Kto studiował dramat antyczny u Ewy Miodońskiej-Brookes w Krakowie (UJ albo PWST) ten wie, że wiedzę na temat greckiego dramatu pani profesor sprawdzała wychodząc od malowidła na greckiej wazie. Trzeba było rozpoznać scenę z mitologii greckiej, którą dane malowidło przedstawiało, zanalizować je pod kątem treści, a następnie zinterpretować w kontekście teatru greckiego czy szeroko pojętej kultury antycznej. Egzamin onegdaj zdałem, więc przy analizie „Żab” spróbuję tego mechanizmu użyć.

Spektakl Borczucha to waza, na której autor – wraz z autorem tekstu Tomaszem Śpiewakiem – „malują” dwa malowidła: piękno i dobro. Odpowiadają im dwie części spektaklu, oparte o swe własne mity. Pierwszy z nich to „zejście Dionizosa do Hadesu” – staje się on pretekstem do rozmyślań, co człowiek „po tamtej stronie” mógłby naprawdę zobaczyć, gdyby dane mu było takie doświadczenie. Zmusza go też do zmierzenia się z własną śmiercią. Bohater spotyka tam swoją matkę, która raz zjawia mu się jako matka potwornego Minotaura (Pazyfae, Ewelina Żak), innym razem jako poświęcająca swoje życie dla męża Alkestis (Halina Rasiakówna). Druga część opiera się na micie wziętych od Arystofanesa „chmur”, które posiadając „nosiska” „rzeczywiście, wyglądają zupełnie jak baby”. Mowa tu oczywiście o homoseksualistach. Michał Borczuch od lat nie ukrywa swojej orientacji i mocno ją we własnych spektaklach akcentuje, opowiadając o swoich doświadczeniach życiowych z tego punktu widzenia. Malowidło to stanowi osobistą, jednostkową panoramę gejowskiego świata, w której oprócz setek często bezimiennych partnerów, główną rolę grają „żaby” – chór kobiet, zgodnie z komedią Arystofanesa, początkowo będący za sceną i nie mający tam za wiele do powiedzenia. W drugiej części chór ów wkracza na scenę i to jako konkretne postacie: Przyjaciółki (Dominika Biernat) czy Siostry (Monika Niemczyk). Wątek ten podany jest w stricte arystofanejskim stylu, mocno, prostacko, wulgarnie, co stało się przyczyną oburzenia kilku widzów i oskarżeń pod adresem reżysera o kreowanie homofobicznego obrazu świata. Gdy jednak przyjrzymy się bliżej widać, że nie jest to przecież obiektywny obraz świata, lecz jego karykatura, ukazana poprzez użycie konwencji greckiej komedii i greckiego teatru (koturny, kostium ptaka). Ostatnia scena, w której Robert Wasiewicz opowiada koledze telenowelową, gejowską scenę z chłopakiem w taksówce, prosząc heteroseksualnego kolegę (Marcin Pempuś), żeby spojrzał mu w oczy i zagrał obiekt jego westchnień – jest dla mnie dowodem na to, że Borczuchowi chodziło o coś więcej, niż mitologizowanie losu nieszczęsnego homoseksualisty. Pokazał stereotypy w krzywym zwierciadle, żeby je wyśmiać, po czym zwrócił się przede wszystkim do heteryków (tych nienawidzących, tych nierozumiejących i tych dla świętego spokoju wolących trzymać się na uboczu) i pokazał im, że homoseksualista to taki sam człowiek jak oni: bojący się starości, śmierci, borykający się z ciężkimi przeżyciami rodzinnymi; zwykły człowiek, potrzebujący rozmowy, uwagi, szacunku. I tego, żeby się go nie bać. Scena ta ukazująca w humorystyczny, a zarazem liryczny sposób przerażonego heteryka, który musiał naprawdę spojrzeć w oczy gejowi, jest dowodem na to, że Borczuch mocno stąpa w tej kwestii po ziemi. Było to raczej jego marzenie, tajemnica, którą zgodnie z założeniem, że wazie powierza się swój sekret, Michał Borczuch powierza swojemu znakomitemu spektaklowi. Bo ożywiająca malowidła sztuka teatru, uprawiana przez Borczucha i jego aktorów na żywo, to jeden z najpiękniejszych zawodów na świecie. Pozwala zostawić swój ślad w wieczności, a przy tym przekształcać nas i nasz świat, podobnie jak zapisane na wazach mity. Moim prywatnym odkryciem w trakcie tego poruszającego spektaklu było to, że w chwili gdy Halina Rasiakówna krzyczała do wazy – a więc i w głąb spektaklu, w jakąś ukrytą wewnątrz nieskończoność – przypomniał mi się wiersz Herberta „Fragment greckiej wazy”, który nagle ukazał mi bohatera spektaklu Borczucha w pełnej krasie:

“Na pierwszym planie widać/dorodne ciało młodzieńca

broda oparta o piersi/kolano podkurczone/ręka jak martwa gałąź

zamknął oczy/wyrzeka się nawet Eos

jej palce wbite w powietrze/i włosy rozpuszczone/a także linie jej szaty/tworzą trzy kręgi żalu

zamknął oczy/wyrzeka się zbroi miedzianej

 pięknego hełmu/ozdobionego krwią i czarną kitą

tarczy złamanej/i włóczni

zamknął oczy/wyrzeka się świata

liście zwisają w cichym powietrzu/drży gałąź potrącona cieniem odlatujących ptaków/i tylko świerszcz ukryty/w żywych jeszcze włosach Memnona/głosi przekonywającą/pochwałę życia”

Ucieszyłem się, że Borczuch wciąż tę pochwałę życia głosi.

Tekst Śpiewaka jest bardzo dobry, ma świetny pomysł (spektakl/waza) oparty na grze między literaturą  Arystofanesa a współczesnym doświadczeniem. Umiejętnie balansuje między jednym i drugim, tworząc ciągłe napięcie, będące jednym z najważniejszych komponentów spektaklu. Śpiewak znakomicie dobiera antyczne fragmenty, widać tu duże znawstwo zarówno starożytnej literatury, jak i szacunek i dyscyplinę w stosunku do Arystofanesa oraz konwencji greckiej komedii. Spektakl jest przez to z gruntu arystofanejski. Improwizacje również wydają się stosownie powściągane, stając się – nie jak to często bywa najsłabszym ogniwem, lecz – mocną stroną literackiego tworzywa przedstawienia (polecam uwadze monolog Jana Drawnela o hrabinie). Borczuch jako reżyser znowu urzeka teatralną urodą narracji, jak choćby w opisywanej już scenie Dionizosa z Charonem, w której współczesność linii lotniczych przenika się z mitem Charona. Ileż w tych pomysłach lekkości i lirycznego piękna, podkreślanego przez zjawiskową muzykę Bartosza Dziadosza. Jest w niej coś granicznego, coś, co ściska za gardło. Nie można tu nie wspomnieć również o jednej z najpiękniejszych scen spektaklu z muzyką w roli głównej, kiedy to na scenie w ciemności trwa impreza, a z głośników słychać kultowy La Passion Gigi’ego D’Agostino, klubowy hymn lat 90-tych. Aktorzy są znakomici, piszę to pierwszy raz od wielu miesięcy w kontekście teatru Studio. Rasiakówna, Zarzecki, Niemczyk, Sobolewski, Dravnel, Pempuś, Żak, Biernat, Obara grają wyśmienicie.  Na pstryknięcie przeskakują z rubasznej komedii w liryczny dramat i z powrotem. Budują piętra spektaklu wytrwale nieoczywistymi środkami i pełnym oddaniem swoim postaciom. Daruję sobie szczegółowe opisy – to trzeba po prostu zobaczyć. Nawiasem mówiąc warto, by dyrekcja STUDIA teatrgalerii odpowiedziała sobie na pytanie, dlaczego w innych produkcjach teatru tak się nie dzieje.

Michał Borczuch zaprasza nas do kontemplacji „wazowego” obrazu swojego świata, ukazując nam go z pełną uczciwością. Raju tam nie znajdziemy, co najwyżej czyściec, dobrze, że chociaż piękny i dobry. I potrzebny, bo oczyszczenie to przecież najważniejsza wartość antycznego – i współczesnego – świata. Katharsis czyni nas lepszymi. Mam nadzieję, że go Państwo podczas oglądania tej misternej „wazy” Borczucha, tak jak ja doznają.