Skoczyć „W ogień!” historii – Józefa Kurasia historia według Pakuły i Klemma w Teatrze Słowackiego w Krakowie

zdj. Magda Hueckel

Józef Kuraś pseud. „Orzeł” jest żołnierzem, któremu latem 1943 roku gestapowcy mordują ojca, żonę i dwuletniego syna. Podpalają dom i czekają, aż pozostanie po nim pogorzelisko. Po tej tragedii Kuraś ucieka w góry, zmienia pseudonim na „Ogień” i wraz ze swoim odziałem podporządkowuje się AK. Nie na długo. Na skutek konfliktu z dowódcą, który zrzucił na niego odpowiedzialność za przegraną potyczkę z Gestapo, zostaje skazany przez niego na karę śmierci. Wyrok nie zostaje wykonany, a Kuraś i jego ludzie przechodzą pod skrzydła ludowców, by jako Oddział Specjalny Ludowej Straży Bezpieczeństwa stać się plutonem egzekucyjnym Powiatowej Delegatury Rządu RP w Nowym Targu, wykonującym wyroki na konfidentach i donosicielach. Współpracuje też z Armią Ludową i partyzantką sowiecką. Po wyparciu z Polski Niemców oddziały takie jak ten „ogniowy” zostają przekształcone w jednostki Milicji Obywatelskiej lub UB. Kuraś jednak, po kilkumiesięcznej współpracy tego rodzaju, na skutek niechęci do sowieckiej obecności w Polsce, znowu przechodzi do podziemia i podejmuje zbrojną działalność niepodległościową. Zakłada oddział „Błyskawica”, z którego pomocą w latach 1945-47 panuje niepodzielnie na terenie powiatu nowotarskiego, dokonując różnych czynów zbrojnych, takich jak regularne walki z komunistami, akcje uwalniania więźniów, wykonywanie wyroków podziemnych sądów czy egzekucje niewygodnych mu ludzi. Zwłaszcza ostatnia działalność „Błyskawicy” budziła kontrowersje, gdyż – jak twierdzili naoczni świadkowie – Kuraś i jego ludzie nie ograniczali się tylko do wymierzania sprawiedliwości, lecz znęcali się i mordowali niewinnych ludzi: Żydów, Słowaków czy nie pasujących im w jakiś sposób Polaków. Kres potęgi Kurasia nastąpił nagle. W lutym 1947 roku na skutek donosu zostaje wraz z towarzyszami pojmany przez grupę operacyjną KBW. Jest nieprzytomny, bo czując, że przegrywa walkę z okrążającymi go zewsząd siłami bezpieki, próbował popełnić samobójstwo. Umiera w szpitalu w wieku 32 lat. Miejsce jego pochówku nie jest znane, komuniści bali się, że po śmierci stanie się miejscem kultu.

Opowieść o tym nieoczywistym (anty)bohaterze stała się dla Mateusza Pakuły kanwą do napisania tekstu “W ogień!” Pakuła przygląda się postaci Kurasia z różnych perspektyw, używając do tego całego arsenału literackich środków: opowiadania, encyklopedycznego zestawienia wydarzeń, narracji podręcznika historii czy antropologii, monologu tragicznego jednej z postaci kurasiowej tragedii, fikcyjnego wywiadu z pisarzem, który próbuje zmierzyć się z jego legendą, wreszcie intymnego pamiętnika samego bohatera. Pomysł to bardzo interesujący, pokazuje bowiem, że żadna z konwencji literackich nie jest dostatecznie dobra, żeby dotrzeć do prawdy o człowieku, który żył naprawdę, w barbarzyńskich i podłych czasach, dziś dla nas kompletnie niezrozumiałych. Musiał dokonywać wyborów, o jakich nie mamy pojęcia, w okolicznościach, których nie jesteśmy w stanie do końca odtworzyć. W tekście Pakuły nie ma samego Kurasia, jest tylko narrator, który raz po raz przyznaje się, że postać jego bohatera ciągle mu się wymyka, że wymyka mu się cała przeszłość, że nie umie rozróżnić, co jest w tej całej historii faktem, co mitem i czyja narracja jest prawdziwa: Ognia, jego ludzi, wrogów, a może świadków czy syna, który broni tylko dobrego imienia swojego ojca. W ten sposób głównym bohaterem staje się sam narrator, a “W ogień!” – dramatem o syzyfowej pracy człowieka wadzącego się z historią konkretnych ludzi, historią przez duże H czy wreszcie – własną historią, bo przecież opowieść o końcu wojny i powojniu w Nowym Targu jest w gruncie rzeczy opowieścią o nas, Polakach, historii naszej i naszych przodków. W epilogu pełen rezygnacji Narrator zwraca się do nas słowami: “I to będzie koniec tej sztuki. Chciałbym, żeby wszyscy się tu odnaleźli, ale to przecież niemożliwe. (…) I ci, którzy nienawidzą ludzi ze skazą, z wewnętrznym cieniem, itp., itd., czyli ci, którzy po prostu nienawidzą ludzi, tutaj się nie odnajdą. Raczej nie. Nie ich muzyka.”  Trzeba przyznać, że gorycz kapitulacji przed złożonością historii, rezygnacja z łatwego arbitralnego sądu oraz pokora i roztropność w podejściu do przeszłości przydają narratorowi jakiegoś tragizmu i szlachetności, tym bardziej, że kontrastują one z obecnymi w dzisiejszej polskiej polityce aroganckimi, durnymi i napuszonymi objawieniami jedynie słusznej prawdy, głoszonymi przez ignorantów dobrej zmiany.

Wojciech Klemm twórczo rozwija zamysł Pakuły i powołuje na scenie pięciu bohaterów, którzy, wcielając się w różne postaci, wprowadzają własne narracje. Postaci owe mienią się różnymi osobowościami i spajają w sobie światy pozornie ze sobą nie do pogodzenia, a to za sprawą m.in. świetnych kostiumów Anny Marii Karczmarskiej, łączących różne elementy góralskiego stroju, ciucholandu, polskiego folkloru, współczesności i tak modnej dziś patriotycznej odzieży. Owe kostiumowe kolaże będące same w sobie dziełami sztuki, pokazują jak jesteśmy złożeni z różnych często przeciwstawnych elementów, jak barwni i niejednoznaczni, jak też do siebie podobni. Piątka postaci stara nam się nie tylko opowiedzieć o Józefie Kurasiu, lecz także, przejmując rolę pakułowego narratora, opowiedzieć o sobie, a co za tym idzie – o Polsce, dzisiejszej Polsce, w której królują bazarowe torby w kratę, obskurny przystanek autobusowy z napisami typu HWDP, obdrapany kiosk, w środku którego prócz kioskarza mamy sztuczną wyblakłą roślinę i tandetną figurę Matki Boskiej. Polskę z marzeniami w postaci rozpiętego nad sceną billboardu z rajskim widoczkiem palm i morza. W tej Polsce melodię i rytm codziennej opowieści nadaje kioskarz/dj Dominik Strycharski. To on prowadzi ten spektakl, to on swoją świetną muzyką maluje jego tony, od agresywnej naparzanki techno do melancholijnej struktury ciszy. W tych momentach odbijający nasze oblicza aktorzy są najbardziej przejmujący. Rezygnują z opowiadania przeszłości i siedzą w milczeniu, czekając na przysłowiowego Godota. Historia Kurasia i ich opowieści mają punkt wspólny – to śmierć. Zakończy ona wprawdzie ich życie, ale nie ich opowieści, bo one są jedynym, co zostaje. Może dlatego w finale opowieść teatralna Klemma i Pakuły staje się tak ważna. Bo ona przetrwa. Im będzie uczciwsza, im bardziej ułomna, tym bardziej prawdziwa. I nie będzie jej mógł pożreć żywiący się padliną przeszłości, wstający z kolan „tłustosz pospolity” romantycznego paradygmatu.

Aktorzy – specjalnie ich nie wymieniam – są świetni jako zespół, jako bohater zbiorowy, nasze polskie „my”. Ofiarnie, z pełnym zaangażowaniem obudowują aktorskim mięsem całkiem udany szkielet dramaturgiczny stworzony przez Pakułę i Klemma. Wyszedł z tego spektakl bardzo dobry, poważny, uczciwie traktujący niejednoznacznego bohatera, nie ferujący plakatowych i „jedynie słusznych” wyroków. Przedstawienie dające do myślenia, po którym zaczyna się rozumieć, że pojęcia „bohater” i „bandzior” są jednako sztuczne, płaskie i niesprawiedliwe. Spektakl historyczny – marzenie. Jakże inny, głębszy i poważniejszy od telewizyjnych płaskich hagiograficznych agitek, dyktowanych przez dyspozycyjny wobec nowej lepszej władzy IPN. Za tak realizowaną politykę historyczną naprawdę warto skoczyć w ogień. Jest duża szansa, że nas oczyści, a nie spali.