Teatr Bogomołowa w negatywie – krakowski "Płatonow" na WST

plat

Każdego dnia twój ton był męcząco jednakowy, i każdego dnia miałam wrażenie, że sugerujesz mi jakieś jakby zobowiązania, ciążące na nas przez naszą wspólną przeszłość” – tymi słowami zwraca się Sonia (Zbigniew W. Kaleta) do Płatonowa (Anna Radwan Gancarczyk) w jednej ze scen spektaklu Konstantina Bogomołowa na podstawie Czechowa. Słowa te w pełni oddają niepokój, jakiego może doświadczać widz po spotkaniu z dziwną, niepotykaną formą przedstawienia – zlepkiem skróconych scenek, odgrywanych mechanicznie przez pozamienianych płciami aktorów, bezemocjonalnie, jednostajnie, „na biało” wygłaszających tekst Czechowa. Gdy kilka minut później Płatonow kieruje do Soni pełne wyrzutu słowa – „Ale co się z tobą porobiło? Gdzie twoja czysta dusza, szczerość, prawdziwość, odwaga? Gdzie zdrowie? Gdzie je podziałaś? Sofio! Całe lata zmarnować w nieróbstwie, żyć z pracy cudzych rąk, przyglądać się cudzym cierpieniom i umieć jednocześnie patrzeć prosto w oczy – to upadek!(…) Co zrobiło z ciebie taką pretensjonalną, rozleniwioną frazesowiczkę? Kto cię nauczył kłamać? A jaka byłaś wcześniej! Jaka byłaś piękna, byłaś wielka! Sofia, skarbie, może nie jest za późno, może dasz jeszcze radę się podnieść! Pomyśl! Zbierz wszystkie siły i podnieś się, na Boga samego!” – rozrzucone dotąd kawałki układanki wreszcie powoli zaczynają do siebie pasować, a obraz, jaki się dzięki nim wyłania, staje się bardzo osobistą wypowiedzią reżysera na temat jego relacji z nami, widzami, z aktorami, z Czechowem i z teatrem w ogóle. Z jednej strony Płatonow/reżyser zdaje się być już nieco rozczarowany Sonią/publicznością, która nie wydaje się już tak atrakcyjna, piękna i ponętna, jak w czasach młodości, gdy miłość niczym wino uderzała do głów. Płatonow/reżyser weryfikuje dziś nie tylko swoją wizję Soni/publiczności, lecz także samego siebie, bo on tu winien najbardziej. Całe swe życie żyjąc złudzeniami, próbował dopasować rzeczywistość (teatr) do swoich wyobrażeń. Ponowne spotkanie z Sonią uzmysłowiło mu najboleśniej, że to nie ona jest inna, ale że on sobie ją zawsze inaczej wyobrażał. Jakże przejmująco w takim kontekście – brzmią płatonowskie/reżyserskie samooskarżenia:

„Nie mówię o ludziach, co ja zrobiłem sam dla siebie? Co w sobie zasiałem, pielęgnowałem, wyhodowałem?… Zło roi się wokół mnie, brudzi ziemię, pożera moich braci w Chrystusie, a ja siedzę z założonymi rękami, jak po ciężkiej pracy; siedzę, patrzę, milczę… I nie przewiduję zmian! – a później tłuste niedbalstwo, otępienie, całkowita obojętność wobec wszystkiego, co nie dotyczy ciała, a dalej śmierć!! Zmarnowane życie! Włosy mi dęba stają na głowie, jak myślę o tej śmierci”

Sonia/publiczność jest dziś nieszczęśliwa w małżeństwie, małomiasteczkowa, zgnuśniała, lecz jakże wciąż odważna, głodna szczęścia i czujna w oczekiwaniu na okazję, by je osiągnąć! Na jedno skinienie Płatonowa/reżysera gotowa pójść za nim i zostawić wszystko, całe swe beznadziejne życie – po to, by choć przez chwilę być szczęśliwą! Jakże wspaniale to przez obu artystów – Czechowa i Bogomołowa – określony cel życia/sztuki. Finał „Płatonowa” przynosi jednak ostrzeżenie, przede wszystkim dla nas, ludzi teatru. Robienie sztuki to także wielka odpowiedzialność. Nie tyle za swoje dzieło, ile za swojego widza. Umawiając się z nim na „spotkanie” dajemy mu nadzieję na szczęście. Jeśli na skutek naszych błędów, słabości czy zaniechań nadzieje widza zostaną zawiedzione, pojawia się u niego poczucie rozgoryczenia i krzywdy. Trudno wtedy odbudować jego zaufanie do nas, do teatru, do sztuki. Przyznam się, że mnie taka interpretacja „Płatonowa” bardzo poruszyła i nie mogę przestać o niej myśleć.

Wątkiem ubocznym, choć nie mniej ważnym, bo mającym zakorzenienie zarówno w dramacie Czechowa jak i w koncepcji reżysera, jest krytyczna rozprawa z tradycją wystawiania klasyki czy tekstu w ogóle. Bogomołow, zamieniając płcie (ale w ten sposób, że kobieta dalej gra kobietę, choć o nazwisku Płatonow, a mężczyzna mężczyznę, choć o imieniu Sonia), sprawia, że na scenie oglądamy niejako negatyw czechowowskiego „Płatonowa”, który – oprócz dodanego monologu z „Wiśniowego sadu” – stanowi scenicznie kompozycyjną i tekstową jedność. Słynne ufo, gadający kosz, uszy kosmity oraz rzewna muzyka, kojarząca się z radzieckimi filmami lat siedemdziesiątych to dowcipny sposób zwrócenia nam uwagi na to, że my – zarówno aktorzy, jak i widzowie – jesteśmy w stosunku do świata „Płatonowa” czy Czechowa kimś na kształt kosmitów, odnajdujących ślady po tamtym świecie i próbujących za wszelką cenę odtworzyć świat „taki, jaki był”. Bogomołow idzie inną drogą: w pokorze wobec tego, co niemożliwe, nie próbuje udawać, że wie coś naprawdę o tamtym świecie. Przywdziewa maskę „kosmity-ignoranta”, który o tamtym świecie nie wie nic, odzierając tym samym siebie, aktorów, ale i nas, widzów, ze stereotypów i wyobrażeń, które przez sto lat zostały nam (dobrowolnie czy też siłą) narzucone przez historię i kulturę. Pokazuje też naszą – ludzi teatru, ludzi sztuki – nieporadność czy ignorancję: jeśli mamy gdzieś w naszych spektaklach, opartych na klasyce „dziurę”, albo nie umiemy czegoś zrozumieć i wyreżyserować, to doklejamy sobie kawałek innej sztuki i historia ze znalezionego negatywu nam pasuje. I prezentujemy to widzom jako oryginał i „prawdziwy” obraz tamtego czasu. Cóż za ironia rosyjskiego reżysera! Przyznaję, że i ja sam, jako recenzent spektaklu, czuję się złapany w pułapkę Bogomołowa, bo przecież piszę ten tekst o spektaklu i o tekście Czechowa, analizuję jeden i drugi, próbując złapać ich wewnętrzną relację, mając w tej grze – w myśl idei spektaklu – zupełnie mierne i przeciętne karty. Jedyną moją bronią przeciwko Bogomołowi jest status widza, który ma prawo do swojej dowolnej, „kosmicznej” interpretacji. Z którego to prawa skwapliwie i chętnie tu korzystam.

Przez swoje zabiegi Bogomołow uzyskuje coś niezwykle interesującego – odzierając Czechowa ze wszystkiego, sprawdza prawdziwą siłę jego tekstu. W rezultacie, w moim przekonaniu, przypadkiem odkrywa prawdziwy mechanizm funkcjonowania i odziaływania dramatów Czechowa. Po dwóch godzinach słuchania tego tekstu na biało, bez emocji, bez gry, uzmysłowiłem sobie, że czechowowski dialog brzmi tu jakoś wyjątkowo swojsko. „Kochasz mnie?”, „Kocham?”, „Kocham cię”, „Kocham, ale nie chcę” itd…- dialogi te, odarte ze wszystkiego, brzmią jak tania, latynoamerykańska telenowela. Bohaterowie miotają się w nieszczęściu i pustce i nic nie robią, tylko mówią. Mówią w kółko o tym samym i nic nie robią. Powodem, który sprawia, że wciąż chcemy to oglądać, jest prosty fakt, że chociaż zapewne myślimy, że jest inaczej – tak po prostu wygląda nasze życie. To wielka siła telenoweli – i jak się okazuje – również Czechowa. Czym się zatem różnią? Formalnie – niczym. I to chyba jest największe odkrycie tego spektaklu. Pytanie bowiem najważniejsze: co sprawia, że Czechow jest „wielkim artystą”, a meksykańska telenowela – szmirą? Jak to się stało, że my, widzowie, w tak drastycznie odmienny sposób oceniamy to samo? Bogomołow, pozwalając nam posłuchać i usłyszeć naprawdę co mają do powiedzenia bohaterowie Czechowa, bez całej tej pompatycznej, dętej i nieprawdziwej aury „arcydzielności” zdaje się nas ostrzegać – „teksty Czechowa w rzeczywistości to banał, ale ten banał to nasze życie, a ono z kolei już banałem nie jest, bo przynosi nam najprawdziwsze dramaty, sukcesy, śmiech, pot i łzy, więc pomyślcie, o tym, czy naprawdę chcecie to oglądać, dlaczego i w jakiej formie jest to dla was znośne a w jakiej już nie”. A Wy drodzy widzowie, chcecie Czechowa czy chcecie waszego Czechowa, w formie, która zaspokoi w was jego stereotypowy i iluzoryczny obraz?

Aktorstwo krakowskiego zespołu jest znakomite. Zadanie było bardzo trudne, gdyż niegranie w teatrze wymaga największego wysiłku i skupienia. I nie ma do tego jeszcze przyjemności w postaci folgowania swoim ulubionym sposobom na wyrażenie siebie w roli. Nie ma bo nie ma ról. Ról w tradycyjnym pojęciu. Są antyrole. Świetne antyrole. Pozostałe elementy – scenografia i kostiumy Larisy Łomakiny oraz muzyka w opracowaniu reżysera, składają się na bardzo spójne, głębokie, przemyślane widowisko, będące bardzo osobistą wypowiedzią reżysera. Jako jego wierny widz zapytam go na koniec o coś, co mnie nurtuje po spektaklu, zapytam oczywiście słowami Soni:

„Chodzi o to, że kiedy mówiłeś o przeszłości, to… mówiłeś tak, jakbyś o coś prosił, jakbyś wtedy, w przeszłości, nie zdążył czegoś wziąć, co chcesz wziąć teraz… Każdego dnia twój ton był męcząco jednakowy, i każdego dnia miałam wrażenie, że sugerujesz mi jakieś jakby zobowiązania, ciążące na nas przez naszą wspólną przeszłość… Serio, można sobie pomyśleć, że czekasz na jakąś okazję, która jest ci do czegoś potrzebna”

Do czego jest Ci potrzebna ta okazja drogi Reżyserze?