Pięć postaci Elfriede Jelinek w poszukiwaniu autorki – "Podróż zimowa" w reż. Pawła Miśkiewicza na festiwalu Boska Komedia

02

Bohaterką spektaklu Pawła Miśkiewicza „Podróż zimowa” na podstawie prozy Elfriede Jelinek jest ona sama. Zjawia się na scenie już w pierwszej scenie. Grająca ją Halina Rasiakówna ma charakterystycznie zaczesane do góry włosy i znane z licznych zdjęć ogromne ciemne okulary. W ręku trzyma skrzypce. Już ma zacząć na nich grać, gdy do stojącego po lewej stronie pianina podchodzą muzycy wraz z Natashą (Maja Kleszcz). Natasha Kampus, bo o nią tu chodzi, to bohaterka słynnego porwania, ofiara jednego z austriackich zwyrodnialców – przez osiem lat więziona i gwałcona w jego willi. Natasha, przy akompaniamencie kolegów zaczyna śpiewać pierwszą z całej serii pieśni Schuberta. Elfride I opuszcza skrzypce. Przez chwilę wsłuchuje się w muzykę, po czym zaczyna nucić. “W kółko ta sama śpiewka, kto by chciał tego słuchać? Nikt. Stara śpiewka, ale melodia zawsze jara”. Odkłada skrzypce, z jej ust zaczynają płynąć słowa. Po chwili słyszymy, że “utknęła we własnej daremności”. Bo czy można beztrosko grać Schuberta czy też delektować się jego muzyką, gdy równolegle w głowie słychać opowieści ofiar. Czy skrzypce są wtedy na miejscu? Elfriede I, rezygnując z grania, powołuje do życia swoją sztukę, odtąd będzie wciąż nucić starą śpiewkę, melodię będą jej podawać skrzywdzone i cierpiące kobiety, ona, niczym katarynka będzie tę śpiewkę wciąż powtarzać. Musi, inaczej nie może. Taki jest los artysty – musi sama stać się instrumentem, katarynką, na której ktoś będzie wygrywał “melodie zawsze jare”. Kto? To właśnie od zawsze jest największą tajemnicą sztuki. Źródłem pisarstwa Elfriede Jelinek, wykreowanej na scenie przez Miśkiewicza, jest zatem daremność. Gorycz rezygnacji i niemożności będzie już zawsze towarzyszyć jej literaturze, zbliży się dzięki temu do Natashy, będzie przeżywała coś na kształt syndromu sztokholmskiego – miłość do literatury, której sama będzie największą ofiarą. Skutkiem ubocznym zaś, który zdeterminuje jej życie prywatne, stanie się rezygnacja z marzeń, dokonywana w imię uczciwości wobec wewnętrznego głosu oraz poczucia obowiązku. Paradoksalnie Elfriede I będzie tworzyła muzykę, ale będzie to muzyka słów, które będą się z niej wydobywały niczym dźwięki skrzypiec. Jej literatura stanie się wielogłosową partyturą, żeby jednak wielogłosowość stała się w ogóle możliwa, Elfriede I będzie musiała te głosy w sobie odnaleźć, usłyszeć i dać im możliwość wypowiedzi.

Paweł Miśkiewicz, wykorzystując naturę teatru, daje nam możliwość obserwowania, jak te głosy się w Jelinek rodzą, rozwijają i jak ze sobą współistnieją – po chwili obrotowa scena zaczyna się kręcić w stronę przeciwną do ruchu wskazówek zegara, a na scenie pojawiają się kolejne wcielenia Jelinek, zatrzymane w czasie w różnym wieku, od najstarszej do najmłodszej. Zatem zimowa podróż, którą odbędziemy, będzie podróżą wstecz, do początków, po to, żeby wraz z Elfriede I,  spróbować zrozumieć, czym jest sztuka, skąd się bierze i jak wygląda jej alchemia. Co ciekawe, podróż ta będzie „zimowa” zarówno dla samej Elfriede, która – by dotrzeć do sedna swojej sztuki – będzie musiała, przedzierając się przez zaspy życia, przyjrzeć się swoim kolejnym utrwalonym w lodzie czasu figurom, jak i dla nas, widzów, którzy dodatkowo jeszcze będziemy się zmagać z opadami jej gęstej poetyckiej “śnieżnej” prozy, za którą niewyraźnie majaczą kolejne przystanki na trasie tej niezwykłej podróży. A wszystko po to, żeby na końcu zmierzyć się z pytaniem o sens tej podróży, o sens literatury i sztuki w ogóle, ale o tym za chwilę.

Każde z wcieleń Jelinek, będzie się zajmowało problemami stosownymi dla jego wieku – najstarszą Elfriede II (Krzesisława Dubielówna) będzie fascynowało zjawisko czasu i śmierci, Elfridę III, w średnim wieku (Ewa Skibińska) – społeczny status małżeństwa, obserwowany z punktu widzenia kobiety dojrzałej, trochę młodszą Elfridę IV (Agnieszka Kwietniewska) – nieistniejące w życiu prawdziwej Jelinek, macierzyństwo, wreszcie najmłodszą, Elfriede V (Małgorzata Gorol) niedojrzałość emocjonalna i jej konsekwencje. Jednym z najbardziej magicznych momentów przedstawienia jest iluzjonistyczna sztuczka, wykonywana przez Elfriede V. Dziewczyna pokazuje publiczności czerwoną chusteczkę, która następnie w niewiadomy sposób znika w jej rękach. Po chwili dziewczyna wyciąga ją spod sukienki. Następnie zdejmuje sukienkę i powtarza tę sztuczkę jeszcze raz, chusteczka odnajduje się w biustonoszu, potem w majtkach, aby w finale sceny zostać wreszcie wyciągniętą z wnętrza aktorki, przez jej waginę. Chusteczką w spektaklu Miśkiewicza jest prawda: artysta ma ją przez chwilę przed sobą, po czym znika mu ona i odnajduje się coraz to w innym miejscu. Warunkiem koniecznym do jej odnalezienia jest obnażenie się – z każdą kolejną warstwą garderoby, zdjętą z siebie, artysta jest coraz bliższy odnalezienia źródła swojej prawdy, bez której niemożliwe jest uczciwe uprawianie sztuki. Jelinek Miśkiewicza odnajduje ją w swoim kobiecym wnętrzu, symbolizowanym tu przez waginę. Biorąc pod uwagę twórczość austriackiej pisarki, odkrycie tego z jej wcieleń w spektaklu nie mogło być bardziej trafne. Miśkiewicz, sam w końcu będąc artystą, jest tu bezwzględny i ironiczny dla Jelinek, ale przede wszystkim dla siebie – we współczesnym świecie poszukiwanie własnej prawdy, leżące u podstawy wszelkiej sztuki, to nic innego, jak połączenie cyrku z peepshowem. A jak skuteczne – świadczyła o tym nadzwyczaj żywiołowa reakcja publiczności. Czyż można o sobie jako artyście, dzisiejszej sztuce i jej odbiorcach pomyśleć coś bardziej brutalnego, a zarazem prawdziwego?

Na początku myślimy, że wszystkie wcielenia austriackiej noblistki są równorzędne, gdyż reżyser rozkłada strumień świadomości Jelinek proporcjonalnie na wszystkie postaci. Perspektywa zmienia się dopiero w scenie, w której Elfriede I wygania ze sceny swoje wcielenia, a sama siada na widowni. Znak to, że pierwsza część spektaklu się zakończyła, Elfriede I postanowiła zakończyć proces tworzenia swojej sztuki. Zaprosiła na scenę różne warianty siebie i dała im głos, żeby mogły się w pełni wypowiedzieć. Z upływem czasu, głosy te złożyły się w jeden wielki polifoniczny utwór, jej symfonię. Elfriede skomponowała swoją wewnętrzną muzykę i za pomocą słów zapisała jej partyturę, w ten sposób właśnie przetwarzając dzieło swojego życia w literaturę. Dzięki naturze teatru i świetnej adaptacji Pawła Miśkiewicza, możemy w tym procesie w pełni uczestniczyć. Gdy źródło, wewnętrzna prawda, rytmy, tematy jej wewnętrznej muzyki zostały odnalezione, nie pozostało Elfriede I nic innego, jak przeoblec swoje głosy w kostiumy i odegrać swoją literaturę – u Miśkiewicza w formie teatru w teatrze. A wszystko po to, żeby przyjrzeć się swojemu dorobkowi z dystansu, Elfriede I siądzie zatem na widowni i będzie wraz z nami oglądać swoje “przedstawienie” a jest ono – trzeba to przyznać – magiczne: do jej polifonicznego głosu dołącza głos Natashy, tragicznej bohaterki współczesnej rzeczywistości oraz muzyka Schuberta, a my, widzowie, mamy rzadką okazję obserwować, nie tylko poruszającą, przetworzoną w teatr literaturę, ale także jej autorkę – pełną goryczy wielką pisarkę, która “utknęła w daremności” i z perspektywy prawie siedemdziesięcioletniego życia (tyle lat skończy niebawem prawdziwa pisarka) przygląda się sobie, swojej sztuce, jej początkom, poszukiwaniom, istocie i perspektywom. „Spektakl” Elfriede I, za sprawą oprawy wizualnej i poruszających wokaliz Mai Kleszcz przenosi nas w najpiękniejsze rejony poetyckości i nastroju.

Po kilku minutach Elfriede I wstaje i przerywa przedstawienie , mówiąc: “tak dawno nie widziałam morza, a teraz mogłabym je wygrać, mogłabym wygrać morze na loterii, żeby tak się stało, musiałabym jednak być rzeką. Inaczej tam nie dotrę. Ale żaden rzeczny prąd nie wchodzi cicho przez drzwi. Nie umiem być prądem, nie umiem też być przewodem, nie takim, ten przewód przewodzi muzykę, bardzo głośną, bardzo fajną muzykę, no i fajnie, muzyka gra, ale wygrać tutaj się niczego nie da. Teraz to wszystko po prostu zostawię jak jest, bo jeśli to przepędzę, może coś gorszego przyjść w to miejsce”. Postaci z jej „teatru” znikają, a Elfriede I w przejmującym monologu wyznaje swoją niewiarę w literaturę, sztukę, jej odbiorców, porównywanych tu do narciarzy na austriackim stoku, do których dociera tylko głośne „umpa-umpa”, dobiegające z wielkich głośników, wiszących na budynkach stacji zjazdowych. Jej pozostaje rola ”nawijającego w kółko to samo grajka”, bo „chociaż to zawsze coś innego, nawet jeśli na to nie wygląda, jeśli czasami pokrywa się z innymi melodiami, moja się wysłyszy, nawet kiedy wyją głośniki na stoku, to moja melodia jednak dociera, prawda?” – pyta. Po chwili Elfriede I z rezygnacją przyznaje –  „Przecież wiem. Wiem o tym. Wiem, że państwo nie mogą już tego słuchać, powiedzieli mi to państwo już tyle razy, że wiem, ale nie umiem inaczej. Co, miałabym jeździć na nartach jak wszyscy?” – kontestuje z goryczą. Paweł Miskiewicz dokłada od siebie wymowny obraz wielkiego stada owiec wyświetlany z tyłu na dekoracji.

Końcowym pytaniem Elfriede I i Miśkiewicza nie jest zatem pytanie, jaki jest sens literatury, teatru czy sztuki w ogóle, ale kwestia bardziej zasadnicza: czy dziś sztuka w ogóle ma jakikolwiek sens? Łzy wzruszenia, burzliwa owacja na stojąco, festiwalowe nagrody dowodzą, że wciąż jeszcze ma i to – w moim przekonaniu – głęboki. Może zatem należy postawić pytanie nieco inaczej – jak długo jeszcze będzie miała sens? Czy nie zjeżdżamy właśnie na nartach w dół stoku, coraz bardziej ogłuszani przez muzykę z głośników? Czy za jakiś czas będziemy jeszcze w stanie usłyszeć „śpiewkę starą, ale melodię jarą”? Pytanie to pozostawiam widzom „Podróży zimowej”.

Aktorstwo tego spektaklu jest wybitnej próby: Elfriede II Krzesisławy Dubielówny, z rozwianym siwym włosem i skupioną twarzą manifestuje swoją niezgodę na zastały porządek i śmierć; Elfriede III Ewy Skibińskiej, z jednej strony wyrzuca z siebie traumę ofiary patriarchalnego kulturowego porządku, z drugiej – wściekłymi uderzeniami w bęben, ogłasza niezgodę na gwałt, jaki świat zadaje jej pod płaszczykiem społecznej przynależności; Elfriede IV, Agnieszki Kwietniewskiej, w zimnej przestrzeni, przypominającej kostnicę próbuje drobnymi gestami i nadmiarem słów przezwyciężyć samotność i pogodzić się z nową rolą, jaką przyniesie jej maciezryństwo. Elfriede V Małgorzaty Gorol to rola osobna – młoda aktorka TP z chirurgiczną precyzją balansuje na granicy rozpaczy i błazenady, co w momencie kluczowego dla jej roli performance’u, generuje pokłady teatralnego napięcia, mogącego stać się dla widza źródłem głębokiego przeżycia. To balansowanie odbywa się bez żadnych względów bezpieczeństwa, z brawurą, jakiej dawno w teatrze nie widziałem. Chociaż w spektaklu Miśkiewicza nie sposób rozumowo ustalić jakiejś sensownej hierarchii aktorstwa, moje serce skradła Halina Rasiakówna. W jednej ze scen jej Elfriede V, ukrywająca się pod znanym z mediów anturażem – zaczesaną do tyłu, upiętą grzywką i ciemnymi wielkimi okularami – siedzi w fotelu i poraża spokojem. Jest w niej mądrość i pokora, ironia i smutek, zwycięstwo i gorycz. Jej tajemnicza, pogrążona w sobie postać, magnetyzuje i fascynuje, a oszczędny, skondensowany, emanujący podskórną ironią sposób podawania tekstu na długo pozostaje w pamięci. Słuchając Elfride Rasiakówny miałem wrażenie, że pisze ona swój własny, sekretny, przepełniony goryczą dziennik. Proza Jelinek w jej ustach stawała się wielką literaturą, wielką, dlatego że w pełni ludzką, a to człowieczeństwo dopełniała w niej właśnie Rasiakówna, siłą swojej roli. W najpiękniejszym momencie przedstawienia, gdy Elfride V przerywa „swój spektakl”, pojawiło się wzruszenie. Nie można było inaczej zareagować na jej pełną rezygnacji próbę oceny samej siebie i swojej sztuki z dystansu, na wyrażane pełnymi goryczy i ironii gestami wątpliwości. Od tego momentu aktorka była poruszająca i tak nas w tym stanie poruszenia zostawiła. Trudno opisać coś, co przyniosło autentyczne głębokie wzruszenie, co było rzadkim i pięknym przeżyciem. Często nasze słowa wydają się śmieszne wobec emocji, których doznajemy, ale to dobrze, bo przecież na tej sile emocji ufundowano teatr. Czy zatem należy w tekście swoje emocje chować? Uważam, że nie. Że póki jeszcze się pojawiają, to należy bezwzględnie o nich pisać. Taka jest moja opinia, ale ja w końcu jestem tylko jednostkowym widzem. Choć akurat w przypadku „Podróży zimowej” nie byłem w swoich zachwytach odosobniony. Publiczność, od razu na stojąco, przez kilka dobrych minut wiwatowała na cześć aktorek, a kilka dni później międzynarodowe jury doceniło ich pracę czterema nagrodami.

Podsumowując, Paweł Miśkiewicz stworzył jednorodne, bogate w znaczenia, inteligentne i mądre przedstawienie – chyba najlepsze w tym roku, przynamniej z tych, które oglądałem, na pewno najlepsze na Boskiej Komedii. Najlepsze, gdyż przynosiło emocje, które przekładały się na nas, widzów. Dzięki temu mieliśmy rzadką ostatnio okazję przeżycia czegoś ważnego i pięknego. I niech takie będą moje życzenia dla Państwa na następny, bardzo trudny rok w polskim teatrze.