Fizjologia kloaki – "Mary Stuart" w Ateneum

W programie do przedstawienia “Mary Stuart” w reżyserii Agaty Dudy-Gracz, w zakładce “Listy (niektórych) postaci do aktorów”, tytułowa bohaterka w liście do Agaty Kuleszy przytacza taką oto historyjkę:

Dawno temu, jeszcze na francuskim dworze pojawiła się małpka: przywieźli ją jacyś okropni ludzie w prezencie dla Franciszka: miała puszyste futerko koloru piasku i twarz miniaturowego starca. Na początku bawiła się z nami i fikała koziołki po swojej klatce. Z czasem stawała się coraz bardziej osowiała, aż w końcu siedziała skulona na drążku i patrzyła w jeden punkt. Potem oszalała – masakrowała sobie pyszczek o pręty klatki, skakała na wszystkie strony, próbując sie wydostać, wyrywała sobie kawałki futra wraz z żywym ciałem i piszczała, piszczała, piszczała… Franciszek chciał skrócić jej męki, ale ja nie pozwoliłam: chciałam zobaczyć co będzie dalej?… Ale dalej była już tylko fizjologia – stworzenie umierało w konwulsjach, brudząc ekskrementami pręty klatki, aż znieruchomiało – brzydkie i powykręcane, ze ślepkami wpatrzonymi w niebo…

Treścią sztuki Wolfganga Hildesheimera jest właśnie fizjologia. Mary Stuart “umiera w konwulsjach, brudząc ekskrementami pręty klatki, aż znieruchomieje – brzydka i powykręcana, ze ślepkami wpatrzonymi w niebo”. Klatka w przedstawieniu Agaty Dudy Gracz otacza scenę z trzech stron, otwierając się czwartą w kierunku widowni. A więc jesteśmy z Mary w jej celi, czekamy wraz z nią, aż “znieruchomieje”. “Nie skracamy jej męki”, gdyż “chcemy zobaczyć, co będzie dalej”, a może “znieruchomiejemy” razem z nią? Przecież na każdego z nas wydano wyrok i dla każdego z nas przyjdzie te ostatnie kilka godzin, podczas których zostaniemy sam na sam ze swoją – niezbyt przyjemną – “fizjologią”. Nikt tu nie może mieć złudzeń, bo oto już początku spektaklu zjawia się przed nami jak sceniczne memento postać Kata (Przemysław Bluszcz). Przychodzi wraz z swoim pomocnikiem, niepełnosprawnym Głąbem (Tomasz Schuchardt), aby przygotować egzekucję. Zajmuje pozycję z prawej strony sceny, przodem do widowni. Nie zmieni jej przez całe przedstawienie, wszak w świecie Mary Stuart – w naszym świecie – śmierć jest jedynym pewnikiem, jedyną stałą. Tylko ona jest uczciwa i sprawiedliwa. Będzie trwała na swoim miejscu i komentowała poczynania Mary Stuart oraz jej dworaków. Nie ma się też co dziwić takiemu scenicznemu rozwiązaniu, wszak sztuka Hildesheimera reprezentuje bardzo popularny w II połowie ubiegłego wieku teatr absurdu. Obecność śmierci, jej niejako fizyczna bliskość sprawia, że Maria raz po raz ma “ślepka wpatrzone w niebo”. Całe życie patrzyła w nie z przekonaniem, że znajduje się tam Jezus Chrystus i Maryja. Na tym przekonaniu zbudowała nie tylko swoje życie, ale i politykę, wszak jest nie tylko człowiekiem, ale i królową. W ostatnich godzinach życia to przekonanie zaczyna ja jednak opuszczać. W jednej ze scen Mary każe swojej służce Jane (Paulina Gałązka) tańczyć. Ta niezbyt chętnie rozpoczyna taniec. Mimo braku talentu oraz chęci i wiary w to, co robi, Jane prezentuje władczyni (i nam) wyuczone figury tańca. Musi. To w końcu rozkaz. Mary, wstrząśnięta, obserwuje spektakl Jane ze łzami w oczach. Po chwili zwraca się do Boga: “czy Ty w ogóle istniejesz?”. Twarzy Agaty Kuleszy w tej scenie nie da się zapomnieć. Aktorka ma w oczach przepaść – mrok, czerń i rozpacz – spoza których wygląda zwierzęcy strach. Strach, że “ślepka wpatrzone w niebo” nie kłamią: widzą tylko bezkres błękitu, nic więcej. Wiara Mary musiałaby sprowadzić się wtedy tylko do bycia takim oto niezgrabnym tańcem, do którego od urodzenia jest zmuszana, do którego – być może – my wszyscy jesteśmy zmuszeni.

Jane to tancerka-artystka, Mary to widz – tak więc rolą sztuki byłoby w tym kontekście ukazywanie rzeczywistości – takiej, jaka jest naprawdę, czyli ukazanie relacji artysty z widzem. Jeśli tak, to obraz świata, który oglądamy w spektaklu, powinien pobudzić nas przynajmniej do refleksji. Istoty z otoczenia królowej, “pręty jej klatki” były kiedyś ludźmi, ale Mary “umierając w konwulsjach”, “pobrudziła” te “pręty ekskrementami” i jej otoczenie – ludzka klatka – stało się kloaką. Kloaką na którą Mary będzie skazana już do końca życia. Gdy tak patrzyłem na jej wyliniałą czaszkę, brzydką, skurczoną postać, próbującą załatwić swoje potrzeby wsród urągań sługusów, stanęły mi przed oczami tak częste sceny z naszych szpitali – niechciani, pozbawieni godności starzy ludzie na progu śmierci, upokarzani każdego dnia robieniem wszystkiego pod dyktando “miłych” pielęgniarek, “uprzejmych” doktorów, a nade wszystko “kochających” córek, synów, wnuków czy wnuczek, którzy przychodzą łaskawie do szpitala tylko dlatego, że mieszkanie czy ziemia jeszcze nie przepisane. Czy naprawdę nas to nie dotyczy? Czy w tej sprawie na pewno nie mamy sobie nic do zarzucenia?

Istoty z jej otoczenia łączy jedno – szkatuła Mary, zawierająca resztki rodowych klejnotów. Wszyscy jej pożądają, jest ona jedyną rzeczą, która ich interesuje – może poza seksem. To ludzkie zombi, które niczym wypchana, pozbawiona niektórych części ciała sfora psów Mary w finale sztuki, otaczają ją do końca. Robią to ze względu na chciwość, ale też wrodzone posłuszeństwo i bezkrytyczne oddanie władzy, którą Mary wciąż reprezentuje. Żyd Symmons (Bartłomiej Nowosielski), pokazując przez chwilę ludzką twarz, podpisuje na siebie wyrok śmierci. Zginie z rąk ludzkich bestii wcześniej, niż Mary. Ich bestialstwo jest zaraźliwe. Pokazuje to przykład Głąba – przebywając w ich towarzystwie w ciągu kilku godzin staje się mordercą. Najgorsze, że otoczenie Mary jest takie, bo sama je takim stworzyła. Oschłość, brutalność, brak empatii i okrucieństwo sług nie wzięły się znikąd. To przecież jej odbicie, jej własne metody działania, którymi posługiwała się przez całe życie, goniąc za tą czy inną szkatułą, w której była korona – szkocka, francuska, angielska, jakakolwiek.

Agata Kulesza ma w tym spektaklu zadanie niebanalne, ciekawe i wreszcie na miarę swojego talentu. Sytuacja wyjściowa postaci Mary Stuart w naturalny sposób budzi współczucie i litość – oto królowa, ofiara historii i swojego “zezwierzęconego” otoczenia musi umrzeć za parę godzin. Konwencja teatru absurdu trochę ten fabularny sentymentalizm Hidesheimera rozbija, nie na tyle jednak, żeby dać gwarancję sukcesu. Zadaniem aktorki jest zatem – inaczej niż zazwyczaj – “oskarżyć” swoją postać, zdjąć z niej odium ofiary, a wszystko po to, żeby pokazać jej tragiczną niejednoznaczność i złożoność. Jest jeszcze jedna trudność. Rola Mary Stuart u Hildeshmeiera – podobnie jak i inne – złożona jest z mikroscenek, zbudowanych często na emocjach o diametralnie różnym charakterze, odcieniu i natężeniu. Przeskakiwanie z jednej emocji w drugą w tak krótkim czasie wymaga od aktora najwyższej koncentracji, skupienia i stuprocentowego oddania swojej roli. A i to może nie wystarczyć, gdyż wiarygodność tej postaci wymaga jeszcze, aby emocje owe ciągle trzymać na wodzy i balansować, balansować na krawędzi. Można to porównać do tańca na linie: jeden fałszywy ruch i spadasz. Agata Kulesza nie tylko sprawnie chodzi tej po linie, ona chodzi po niej brawurowo. Mary Stuart Kuleszy jednocześnie bawi i wzrusza, uczy i deprawuje, budzi litość i nienawiść, prowokuje sympatię i niechęć, wzbudza pogardę i szacunek. Jednego fałszywego gestu, jednej fałszywej miny, w każdej sekundzie pełna gotowość i otwarcie na świat, na życie. Od pierwszych chwil przedstawienia nie wierzy, że umrze – całe życie czekamy na śmierć, więc dlaczego miałaby się odbyć właśnie dzisiaj? Dopiero taniec Jane pokazuje jej w krzywym zwierciadle jej własne życie. Wtedy uświadamia sobie, że to koniec. Jej twarz, z “błyszczącymi ślepkami” wpatruje się w niebo, w Boga, w siebie. Sekundy rozpoznania-klęski-strachu-rozpaczy-bezsilności przemykające po jej twarzy, poruszają do głębi. Po chwili opamiętuje się i rozkazuje lady Jane przestać. Uświadamia sobie, że jedynym ratunkiem od niebytu, czymś, czego nikt jej do końca życia nie odbierze jest – władza. To dzięki władzy historia ocali ją na wieki od zapomnienia i nicości. W ostatniej scenie, przy akompaniamencie antyfony “Salve Regina”, Mary staje przed nami w pełnym majestacie i jako królowa wygłasza zdanie – “moje ostatnie słowo”. Już wiemy, że nie mówi do nas Mary Stuart, ale Maria, królowa Francji, Szkocji i Anglii.

Przedstawienie Agaty Dudy-Gracz jest przedstawieniem klasycznym, to znaczy posiada normalną strukturę z początkiem, końcem i linearnym porządkiem. Jest spójne, dobrze zrobione, w dobrym rytmie, z ciekawymi pomysłami. A jednak nie do końca się udało. Przyczyna jest prozaiczna – zbyt szybkie tempo, zabójczy dla teatru pośpiech. Tekst sztuki, podobnie jak rola Mary, jest złożony z wielu krótkich mikroscenek, następujących po sobie kalejdoskopowo, często w odmiennym rytmie, nastroju i emocji. Przechodzenie między scenami, a także między emocjami w danej scenie – podporządkowane szybkiemu rytmowi przedstawienia – sprawia, że widz ma czas tylko na to, żeby przyswoić daną partię tekstu, ale nie ma już kompletnie czasu, żeby ją przeżyć. Choć zaproszono nas, byśmy byli “żywą czwartą ścianą”, “fizjologicznymi prętami fizjologicznej klatki” Mary – nie pozostawiono nam miejsca, nie dano przeżyć/odegrać naszej roli – archetypowej dla teatru roli widza. Widza, który powinien wyjść z teatru odmieniony, a nie jedynie oszołomiony czy przytłoczony lawiną obrazów. Zresztą w trybie turbo zawodzą nawet profesjonalni aktorzy. Co prawda Kulesza w tak szybkim tempie radzi sobie doskonale, ale już na przykład skądinąd świetny aktor, Tomasz Shuchardt, ma z tym problem. Jego niepełnosprawny Głąb jest zbyt formalny, udawany, nie wzbudza większych emocji. Podobnie dzieje się też w wielu scenach drugiego planu, na przykład w scenie seksu Raula (Grzegorz Damięcki) z Jane czy w scenie z pierścieniem, a wszystko dlatego, że reżyserka nie dała swoim postaciom – podobnie jak widzom – tak ważnego w teatrze czasu. Rzeczywistość pędzi gdzieś na łeb na szyję, pewnie po to, by nie było przerwy, a spektakl – mając duży potencjał na arcydzieło – w zbyt wielu momentach grzęźnie w jasełkowości. Ratuje go na szczęście Agata Kulesza siłą swojej kreacji, wskazując jednocześnie drogę wyjścia z tunelu – jej niespieszny “dance macabre” w finale pokazuje, co może się stać na scenie, gdy reżyser obdarowuje aktora i widza bezcennym czasem. Wówczas w teatrze zjawia się rzadki i zawsze oczekiwany gość – magia.

Ps. Zapraszam Państwa do polubienia mojej strony na Facebook-u: https://www.facebook.com/domagalasiekultury